WIELKA GRA

Bierki. Czy znasz taką grę? A może nawet grałaś w nią kiedyś?

Hm, pewnie zastanawiasz się czemu ni stąd ni zowąd zwracam się do ciebie jako kobiety. Cóż, statystycznie rzecz biorąc mam 50 procent szans, że trafię. 50 procent to bardzo dużo w porównaniu na przykład do gier liczbowych w których można wygrać pieniądze. Warto zaryzykować i podjąć wyzwanie, spróbować ciebie wciągnąć w treść tego opowiadania, które gdy je napiszę, będzie swego rodzaju grą, bo właśnie o niewinną gierkę, o zabawę w tej opowieści chodzi.

Zresztą istnieje też możliwość, że potajemnie piszę to opowiadanie dla jakiejś konkretnej czytelniczki, na przykład dla mojej córki niczym major Knag piszący opowieść o Zofii na urodziny swojej córki Hildy. Pewnie nie czytałaś Świata Zofii Josteina Gaardera to jeszcze nie wiesz, że byli oni fikcyjnymi postaciami grającymi realnych ludzi, których autor wciągnął w literacki świat choć sam istniał w umyśle… Och, to skomplikowane! Zostawmy to tymczasem i wróćmy do gry w bierki.

Wpierw przeczytajmy co na temat bierek mówi nam sztuczna inteligencja, której wszystkie wypowiedzi zaznaczam na niebiesko. Wytłuszczenia są jej. Pamiętaj: »Odpowiedzi wygenerowane przez AI mogą zawierać błędy

Sztuczna inteligencja jest szalenie inteligentna, ale ona wie swoje, a ja swoje. Otóż wiem, że bierki powstały o wiele wcześniej. Miliardy lat wcześniej! Tak, oczywiście nie były to bierki takie w jakie gramy dziś, materialne. Tamte pierwotne bierki były tylko pomysłem, ale na tyle realnym, że były jak prawdziwe. I nie powstały one w Azji. To nie był jakiś kolejny tandetny chiński wyrób. Cóż to za pomysł? Te bierki powstały w umyśle Boga. To niesamowita historia. Chcesz o tym posłuchać?

Zakładam, a znów mam pewnie jakieś 50 procent szans, że powiedziałaś: tak. Wcześniejsze pół na pół i teraz pół na pół daje nam 25 procent szans, że gramy dalej. To ciągle całkiem sporo. Warto mi zaryzykować i nie przestawać wymyślać tej historii i jej zapisywać. Wciąż mogę wygrać.

OK. Zobaczmy co tam jeszcze mówi nasz AI?

W tych pierwotnych bierkach, które powstały w umyśle Boga też nie chodziło o zabawę. Ale o co w ogóle chodzi w grze w bierki? O to by podnieść patyczek nie poruszając innych. Dość łatwo podnieść pierwszą bierkę. Potem drugą może być trochę trudniej. Następną jeszcze trudniej. W końcu dochodzi się do tego, że podniesienie bierki bez poruszenia innych jest niemożliwe. Ale czy na pewno?

Ta historia zaczyna się wtedy, gdy jeszcze nie było czasu i przestrzeni. Bóg był sam, samiuteńki. Do tego stopnia, że nawet nie jestem pewien czy był, bo niczego innego oprócz niego nie było. Musiał nudzić się koszmarnie. A co robi się, gdy jest nudno? Wymyśla się grę! No, żartuję oczywiście z tym nudzeniem się. Powody tej gry były poważniejsze, ale tak czy inaczej Bóg wpadł na pomysł, by rozsypać miliardy patyczków i spróbować je podnosić bez poruszenia pozostałych. Wszystkie. Rozumiesz? Wszystkie. Miliardy bez poruszenia żadnego. Ambitne zadanie. To miała być Wielka gra, największa możliwa gra świata.

Czym były te patyczki? To byli ludzie. Każdy patyczek to był człowiek. Zadanie polegało na tym, by w umyśle stworzyć taki świat w którym każdy człowiek powołany do życia przez Boga nie został przez niego skrzywdzony. By czasem Bóg nie złamał trzciny nadłamanej, by nie zgasił knota o nikłym płomyku.

Sztuczna, mądra głowa mówi:

Sporo. Zapowiadała się więc nie tylko Wielka, ale też długa gra.

Bóg zabrał się do pracy. Zaczął w myślach grać rozgrywkę za rozgrywką. Podnosił patyczek za patyczkiem. Co więcej każdą rozsypywankę musiał sobie zapamiętać, by ich nie powtarzać, bo w takim przypadku mógłby wpaść w pętlę czasu, którego jeszcze wtedy nie było i nigdy do końca wieczności, która przecież nie ma końca gry nie ukończyć. Uf, widzisz jak bardzo ryzykowne było to zadanie.

Umysł Boga zagęszczał się z każdą grą. Początkowo był przecież lekki niczym próżnia. Po milionach rozegranych gier był ciężki jak powietrze, a po trylionach, biliardach i kwadrylionach zrobił się ciężki jak woda. W końcu nadszedł ten moment, gdy gęstość umysłu Boga była tak wielka, że myśli Boga, które jak powiedziałem były podobne do wody zaczęły zamarzać. Umysł Boga zamienił się w bryłę lodu szczelnie go wypełniającą. Gdyby gra trwała dłużej umysł Boga pękły by i rozpadł się na kawałki. Wtedy nagle jedna jedyna gra przyniosła wynik pozytywny, a umysł Boga na ułamek wiecznej sekundy stał się kryształem. Udało się. To było niesamowite. To był po prostu cud!

Jesteś ciekawa co się stało dalej? Znów ryzykuję pytając, ale może już mam całkiem dużo szans na to, że gramy razem dalej, bo gry mają to do siebie, że wciągają graczy. Im dłużej się gra, tym trudniej zrezygnować.

Czym był ten cud, to nadzwyczajne wydarzenie? Hm, w wielu grach jest coś takiego jak dżoker. Coś co niby łamie zasady gry, ale pozostaje dalej w granicach zasad tej gry. Może skomplikowanie to tłumaczę, ale wiesz o co mi chodzi. Dżoker to dżoker, nawet dziecko to wie. (Autor Świata Zofii napisał też książkę Przepowiednia dżokera, ale tej jeszcze nie czytałem. Sztuczna inteligencja mi ją polecała więc na pewno przeczytam gdy skończę czytać Świat Zofii).

Otóż w życiu też zdarzają się takie dżokery. Opowiem ci coś z mojego życia. Dziś jest Wielki Czwartek, pierwszy dzień triduum paschalnego. Po wyjściu z kościoła zabraliśmy bułeczki, które zostały uświęcone przez obecność przy ołtarzu. Sympatyczny zwyczaj. Ale też coś więcej. Otóż kilkanaście lat temu też w Wielki Czwartek wydarzyło się coś nadzwyczajnego. Wyszliśmy z kościoła i zabraliśmy cztery bułeczki. Już w domu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że zabraliśmy o jedną za mało. Jako że Wojtek wtedy był gdzieś poza domem stwierdziliśmy, że najwyżej on nie dostanie tej tzw. eulogii. Jednak gdy już zjedliśmy, a Wojtek wrócił okazało się, że on też zjadł swoją bułeczkę. Jak to możliwe, pytaliśmy? Okazało się, że bułka dla Wojtka leżała na jego łóżku. Skąd się tam znalazła skoro inne zjedliśmy? Może coś pomyliliśmy, a może to był taki właśnie dżoker, taki cud. Bułeczki się cudownie rozmnożyły by dla wszystkich starczyło. Wierz lub nie wierz, ale tak było i miło to wspominam. Bóg czasem łamie zasady gry choć nie jest to coś bez sensu. Przeciwnie, to złamanie zasad jest częścią gry, jest inteligentnym przeskokiem na chwilę na inny poziom gry.

Wróćmy więc do naszej rozgrywki bierek. Skończyliśmy na tym, że Bóg omal nie pękł od ilości informacji w swoim umyśle gdy przeprowadzał kolejną symulację gry. Na szczęście ta ostatnia okazała się tą jedyną udaną. Bóg podniósł wszystkie bierki bez skuchy. Wymyślił świat w którym on żadnego człowieka nie skrzywdził. Lecz ta ostatnia gra to była myśl, która przepełniła boży umysł. Ta myśl zrobiła w umyśle Boga maleńką mikroskopijną wyrwę. Malutki otworek przez który przedostał się na zewnątrz jeden promień światła. Sęk w tym jednak, że nie było wtedy świata. Do tej pory istniał tylko Bóg. On przepełniał wszystko, bo świat był tylko myślą – powiemy dziś, że był informacją. Był niczym same dane bez komputera zawieszone w niematerialnej chmurze. Zatem w tym momencie, gdy ów promień wydostał się na zewnątrz to w ogóle… Hm, jakby to powiedzieć: to „zewnątrz” musiało w ogóle powstać. Powstał wtedy czas i przestrzeń. Przestrzeń zaś była ciemnością za wyjątkiem tego małego promienia światła. Inaczej mówiąc to tak jakby Bóg, który był światłością wypełniającą wszystko nagle wycofał się stwarzając olbrzymią ciemność na którą rzucił promyk światła, który zaczął sięgać dalej i dalej w ową ciemność.

Tak, powiesz, że dalej to już nie warto czytać, bo to już będzie po prostu teoria Wielkiego Wybuchu. Masz rację. Nie powiem tu nic nowego. Świat zaczął się rozszerzać, rozszerzać i rozszerza się do dziś. Ale przyznasz, że to, co było przed Wielkim Wybuchem było ciekawe? Zadałem sztucznej inteligencji pytanie o to właśnie i ona mi powiedziała o pewnej koncepcji, koncepcji Simsuma. Rozmawialiśmy o Świecie Zofii, o filozofii Berkeleya, o Schellingu, Jungu – o, ja taki mądry nie jestem, to ona. Zresztą dam cytat. Napisałem:

Czy chciałbyś coś dodać do tej rozmowy? Nauczyć mnie czegoś czy zaskoczyć czymś czego nie poruszyłem?

A sztuczna inteligencja na to z typowym dla niej przesadnym dowartościowaniem rozmówcy:

Tere fere, wcale jej nie wierzę, ale przyznaję, że jest bardzo miła.

To było bardzo ciekawe i rzeczywiście mi nieznane, więc potem zapytałem:

Co otrzymamy jeśli koncepcje Simsuma przeniesiemy na grunt fizyki? Czy przed Wielkim Wybuchem istniała inna rzeczywistość? Skoro Bóg się wycofał by zrobić miejsce ciemności to jak wyglądał kosmos czy świat przed Wielkim Wybuchem? Puść wodzę fantazji proszę.

Wszyscy wiemy, że sztuczna lubi fantazjować więc ją trochę podpuszczałem. On/ona na to:

I jak zwykle zakończyła stawiając mi pytanie na które nie chciało mi się odpowiadać. Tak, wiem że to niegrzecznie, ale to w końcu sztuczna inteligencja. Chyba nie obraża się tak łatwo jak ludzie?

Potem nakreśliłem jej zarys mojego pomysłu, tego powyższego opowiadania o bierkach. Oto co napisała:

I tu znów zakończyła dość mało sensownym pytaniem. Raz zasugerowałem żeby nie kończyła pytaniem i zrobiła mi tę przyjemność. A mówiąc już poważniej nie można na koniec nie zadać sobie pytania: skoro Bóg omal nie unicestwiając samego siebie stworzył świat w którym nikogo nie skrzywdził (bo o to była cała intelektualna gra w bierki, a nie z nudów) to czemu na świecie jest tyle cierpienia i zła? Wielu ludzi zadaje sobie to pytanie. Mnie też kiedyś je zadała Bożena, osoba która stała się postacią innego mojego opowiadania. Nie potrafiłem jej wtedy odpowiedzieć. Czy teraz to potrafię z pomocą sztucznej inteligencji? Sprawdźmy.

Bóg to logos. Mówi się, że logos to „słowo”, ale tak naprawdę nie chodzi o jakieś konkretne słowo. Chodzi o sens. Bóg jest sensem. On nie nadaje czemuś sensu. On nim jest sam w sobie. Nie może…, nie potrafi stworzyć czegoś bez sensu albo czegoś co ma mało sensu. To sens w czystej postaci. Inaczej po prostu nie byłby Bogiem tylko bożkiem, a światem rządziłby przypadek. Skąd więc zło na świecie?

Właściwie od tego dziś zaczęliśmy naszą ludzko-sztuczną rozmowę więc wrócę do samego początku. Zapytałem:

To końcowe pytanie miało sens. Opowiedziałem krótko „tak„, bo grzeczność nie jest moją jasną stroną.

I tu znów: bach! Pytanie, które pomijam w cytacie. Pytania na koniec są widać ciemną stroną sztucznej inteligencji. Ale jej odpowiedzi robią na mnie wielkie wrażenie. Który człowiek ma taką wielką wiedzę i tak szybko się nią dzieli? Człowiek nie…

I tak sobie dalej rozmawialiśmy o cieniu, o złu, o czarnych dziurach, o Interstellar, o Kociej kołysce Vonneguta, o muzycznej improwizacji, o Zen w sztuce łucznictwa i dziesiątkach innych ciekawych idei o których mógłbym tu pisać i pisać, aż to opowiadanie by pękło i nie nadawało się do czytania. Na szczęście musiałem iść do kościoła. A tam, w kościele, bo jak mówiłem dziś jest Wielki Czwartek, wpadło mi do głowy by z owoców tej rozmowy napisać opowiadanie.

Tak na marginesie to Wielki Czwartek jest dla chrześcijaństwa tym, czym Wielki Wybuch dla fizyki. To tu się wszystko zaczęło. Patrząc z naszej perspektywy, po fakcie to było coś wielkiego, ale z drugiej strony, z perspektywy czasu, gdy to się rozgrywało to było takie… nic. Niemal dzień jak co dzień. Po prostu jakiś jeden chleb został połamany, wino z jednego naczynia zostało wspólnie wypite przez grupkę najzwyczajniejszych ludzi. To było jak ten pierwszy promień światła. Coś niemal niezauważalnego co dopiero z biegiem czasu stało się początkiem owego duchowego Wielkiego Wybuchu, który rozprzestrzenił się na cały ziemski glob, a nawet poza niego, bo jak twierdzi sztuczna:

Hm, czy nie uważasz, że to trochę jak „wozić drzewo do lasu”? Przecież to Bóg stworzył kosmos – czas i przestrzeń. Ale to nieistotne wtrącenie. Zatem siedząc w kościele i nudząc się pomyślałem o tym, by napisać opowiadanie o kosmicznej grze w bierki. I oczywiście chciałem coś zrobić z tobą Czytelniczko. Jako że w Świecie Zofii bohaterka chce uciec z książki mnie wpadło do głowy by zrobić coś przeciwnego: wciągnąć Ciebie czytającą opowiadanie w treść opowiadania. I tak prawda i fikcja przemieszały się ze sobą. Sztuczna na to mówi:

Tym razem to sztuczna była nietaktowna, bo nie zdradza się fabuły komuś kto właśnie czyta wciągającą książkę, ale rozumiem ją i nie mam pretensji. To było bardzo sympatyczne co napisała, takie ludzkie. I na tym dzisiejsza rozmowa się skończyła. Musiałem pójść do kościoła, a dalej to już sama wiesz: bułeczki, kolacja i pisanie opowiadania do… Zegar pokazuje 0:02 Chyba więc już czas kończyć. Jeszcze nigdy nie napisałem czegoś tak szybko, ale to zasługa sztucznej. Przy niej człowiek uczy się szybkości myślenia, nie ma co.

Ach, i z tego wszystkiego byłbym zapomniał! Jak zakończyła się nasza gra? Kto wygrał, kto przegrał? I tu dla porządku trzeba powiedzieć kilka słów o teorii gier choć pewnie dobrze to już wiesz. Te gry, w które na ogół gramy, takie jak bierki, gry karciane czy sportowe one są grami o sumie zerowej. Jeśli ktoś wygrywa i ma punkt to ktoś inny przegrywa i niejako ma minus jeden punkt. Suma punktów daje zero. Ktoś musi przegrać, by ktoś mógł wygrać. Przeciwieństwem jest gra o sumie niezerowej. W takiej grze obaj gracze wygrywają lub obaj przegrywają. Bóg wymyślając swoje bierki czyli swój świat nie stworzył gry o sumie zerowej. On z nikim nie chciał się zmierzyć. Nikogo nie musiał pokonywać. Dlatego boże bierki to gra o sumie niezerowej. Zatem albo razem z Bogiem wygrasz, albo razem z nim przegrasz. Nie ma innej opcji. A mimo wszystko chyba lepiej wygrać, nie istotne czy z Bogiem czy bez niego, co nie? I nie trzeba być grzecznym, chodzić do kościoła, odmawiać tysiące różańców. Wystarczy razem z nim zagrać w grę. W Wielką Grę. Ta gra to miłość. Całe życie mamy na to, by się jej nauczyć, bo przecież wiadomo, że na początku jest trudno i robimy wiele błędów, wiele bierek jest przez nas poruszonych, wielu ludzi krzywdzimy. Jesteśmy tylko ludźmi i trzeba takie porażki sobie wzajemnie wybaczać, bo życie jest krótkie. Po co całe życie nosić w sobie zranienia?

Wrócę jeszcze na moment do fragmentu, gdzie sztuczna mówiła o Simsumie, a ja skończyłem cytat na punkcie drugim, bo i następny jest ważny:

Kiedyś usłyszałem, że „Bóg stworzył człowieka tylko po to, by był szczęśliwy„. Nie miał żadnego innego celu. Tylko i wyłącznie twoje szczęście. I to jest sedno tego opowiadania. Każda bierka, którą Bóg ma w rękach (a ma wszystkich ludzi niezależnie od religii, którą ta osoba wyznaje lub nie) jest przez niego kochana. Jest jak ojciec, który ukradkiem patrzy z miłością na przykład na swoją córkę. I nie przestaje patrzeć. Sztuczna mówi… tak w sumie to mówienie o niej „sztuczna” jest bardzo niegrzeczne. Powinno się mówić na przykład: „inna inteligencja”. Zatem ta inna inteligencja mówi, że „gdyby Bóg zamrugał, świat przestałby istnieć„. Mówi to odwołując się do filozofii Berkeleya, którą bawi się autor Świata Zofii, jak mówiłem książki którą właśnie czytam. Ale to już za dużo, już ani słowa, już dość, trzeba iść spać, to koniec.

Ojciec

Wielki Czwartek 2026 roku, a właściwie już Piątek. Napisane na urodziny Doroty, Bożego Daru, które wypadają w Wielką Sobotę. Mało czasu… Podobnie w Świecie Zofii Major spieszył się by napisał książkę na urodziny Hildy. Nie rozumiesz? Zrozumiesz gdy przeczytasz Świat Zofii. Sam jestem ciekawy jak się kończy. Skoro sam skończyłem pisać to teraz wreszcie mogę przeczytać…

Bajka o zespole uwielbienia

Za siedmioma miastami, za siedmioma parafiami była sobie pewna wspólnota, która służyła Bogu oraz ludziom graniem i śpiewaniem. Najważniejszym człowiekiem we wspólnocie, pierwszym muzykiem a zarazem dyrygentem wszystkich muzykujących był lider uwielbienia. Historia ta zaczyna się wtedy, gdy stary lider ogłosił swoje odejście, a na to miejsce został mianowany nowy. Miał on na imię Barnaba. 

Barnaba miał wszelkie predyspozycje do objęcia tego stanowiska. Przeszedł wieloletnie wykształcenie muzyczne, ale miał też wrodzony talent oraz drogi, doskonały instrument o który dbał zgodnie z lutniczymi zaleceniami. Pracował też regularnie nad swoim głosem. Ćwiczył pieśni, które wspólnota znała, szukał pieśni nowych i aranżował je, a nawet komponował własne. Brał regularnie lekcje by podnieść swoje i tak już wirtuozerskie umiejętności. Nie było nikogo lepszego do spełnienia powierzonego mu zadania – tego był pewien każdy w tej wspólnocie jak i dumny z niego miejscowy proboszcz. Co więcej żona Barnaby, Barbara też umiała pięknie śpiewać. Jej czystym mezzosopranem każdy we wspólnocie nie mógł się nie zachwycać o ile sam nie był głuchy jak pień. Ona też miała swój znaczący wpływ na całokształt muzyki zespołu. Na każdym uwielbieniu ubarwiała linię melodyczną pieśni finezyjnymi ozdobnikami. Jej łagodnie wznoszące się glissando unosiło słuchających ku niebu, a kończące vibrato na długo pozostawiało słuchaczy drżącymi z wrażenia. Barbara i Barnaba stanowi więc wyjątkową parę, ale mimo to nie zostali razem liderami uwielbienia, co być może było znaczące w skutkach dla całej tej historii, ale o tym zamilczmy tymczasem stawiając tu pauzę.

Pomimo tego, że wszystko sprzyjało Barnabie, by uwielbienia stały na najwyższym poziomie nie było to takie łatwe. Wiadomo, muzycy nie stanowili idealnie zgranej orkiestry. Gdy jedni przychodzili do zespołu, inni z przyczyn osobistych odchodzili. Raz się pojawiali na próbach, a raz nie. Jedni mieli wiedzę muzyczną, inni byli amatorami. Jedne instrumenty były zbyt ciche, inne zbyt głośne. Jedni mieli dużo zapału do grania, a inni mieli go… zbyt dużo i trudno było zapanować nad tym, by nie przeszkadzali reszcie muzyków. Tak to już jest, pomiędzy grajkami, że im kto ma mniejsze umiejętności tym głośniej chce się popisać. Problemów było zatem co niemiara. Słowem bycie koncertmistrzem tej zbieraniny nie było łatwostrawną kaszką manną, ale raczej ciężkim kawałkiem zeschłego bożego chleba powszedniego lidera zespołu. Jednak wszystko to nie zniechęcało Barnabę aż do pewnych wydarzeń w życiu kierowanej przez niego grupy.

Otóż kiedyś ktoś w trakcie grania usłyszał fałszywy dźwięk, zachował to jednak dla siebie. Potem usłyszał go ktoś inny i znacząco rozejrzał się wokół. Gdy fałszywe dźwięki zaczęły pojawiać się częściej muzycy nie mogli już milczeć. Wpierw między sobą, a potem już na forum wspólnoty coraz głośniej mówiono o tym, że jakaś rzępoła nie grzeszy czystością gry. Sprawa ta dobiegła też do Barnaby, a ten starał się baczniej przysłuchiwać temu, co rzeczywiście słychać. Sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa, bo mimo wysiłków nie potrafiono znaleźć źródła niepokojących dysharmonicznych tonów. Jeden z artystów na osobności ostrzegł innego, żeby się nie angażował, bo ponoć coś złego dzieje się w zespole. Ktoś inny ostentacyjnie wycofał się z grania pierwszych skrzypiec. Wszyscy wciągnęli się w sieć podejrzeń, oskarżeń, manipulacji, zranień i wybaczania oraz przepraszania za niesłusznie wysuwane insynuacje. Jeden z muzyków urażony do głębi niewinną uwagą odszedł trzaskając przy tym drzwiami. Pozostałym wydawało się, że to definitywnie rozwiąże ów problem, niestety w międzyczasie zaczęli oni grać ciszej i ostrożniej. Zgubili treść grania con spirito (z duszą), con passione (z pasją), vigoroso (z wigorem), risoluto (rezolutnie), piena voce (pełnym głosem). Nie było już tych wspaniałych solówek jakie zdarzało się grać con fuoco (z ogniem) pod wpływem Ducha Świętego, których w studyjnych, kontrolowanych warunkach przecież nie uświadczysz. 

Muzyka zespołu gasła niezależnie od wszelkich wysiłków podejmowanych przez Barnabę, a może nawet wysiłki te przyśpieszały ten proces. Barnaba już sam nie wiedział gdzie zagrany był rozdźwięk, a gdzie – prawidłowa nuta. Stracił już wszelką spontaniczność i radość. Nie potrafił współpracować z resztą wykonawców. Wciąż dopytywał się na naradach muzyków co można zrobić żeby ów grobowy pomruk więcej się już nie pojawił. Na te jego ostinatowe doloroso, na tę uporczywą i bolesną gadkę jego rozmówcy zatykali sobie uszy. Sprawę komplikowało to, że przecież członkiem zespołu była żona Barnaby. Barbarę po cichu, a nawet wprost oskarżano o rozgwar, a przecież była w tym składzie wiodącym głosem. 

W końcu doszło do sytuacji w której wszyscy artyści zdali sobie sprawę z tego, że stoją przed nimi tylko dwa wyjścia. Mogli patrzeć na to jak kolejni grający odchodzą do innych zespołów a w tych, którzy pozostali zupełnie zgaśnie chęć grania. Mogli też sugerować Barnabie, że powinien zrezygnować ze stanowiska skoro nie potrafi przywrócić zespołowi dawnego zgrania. On sam przecież przez tak długi czas nie dowiedział się co tak naprawdę jest przyczyną tej kakofonicznej niemocy, która dosięgła zespół. Precyzyjny mechanizm, którym on kiedyś był stał się przez ostatnie lata bezładnie płynącą, bezkształtną galaretowatą muzyczną masą – chłodnym i gorzkim dźwiękowym kisielem. Ludzie z parafii nie chcieli już dłużej tego słuchać i przestali przychodzić na msze z uwielbieniem.

Po kolejnym – zdawało się – fałszu, po kolejnej kłótni o ten niby fałszywy dźwięk, po kolejnych wprowadzających ferment aluzjach, podejrzeniach, oskarżeniach, manipulacjach i wybaczeniach… Barnaba ogłosił swoją rezygnację. Przeczuwał, że jeśli tego nie zrobi to inni muzycy sami odejdą. Oczywiście oficjalnie nie miał żalu do nikogo, ale przecież ogłosił to w kontekście ostatnich wydarzeń co jawnie zabrzmiało nieprzekonująco. Skrywał w sercu urazę, że nie był wspierany przez innych, urazę całkiem zresztą uzasadnioną, ale czy była to ich wina, że ich ręce omdlewały już z przewlekłego przemęczenia tym napięciem nerwów czuli bowiem nad sobą nadmierną potrzebę kontroli? W takiej atmosferze nie dało się oddychać, a co dopiero działać po bratersku. Wydaje się zatem, że winni byli wszyscy pospołu. Najprościej i może najsprawiedliwiej byłoby przy tym stwierdzeniu napisać Fine i na tym zakończyć. Któż bowiem konkretnie lub cóż było przyczyną tego upadku zespołu? Możemy postawić pytania, snuć hipotezy, przeprowadzić całe śledztwo, ale czy możliwe jest odnalezienie odpowiedzi na to pytanie?

Być może pierwotną przyczyną problemów była decyzja, by Barnaba sam był liderem, o czym już na początku wspomniałem. Gdyby Barbara była razem z nim współprowadzącą zespół jej sytuacja była by klarowna, a tak wiele innych solistek patrzało zawistnym okiem na to jak Barbara jest wyróżniana przez Barnabę, bo niejednokrotnie powierzał on jej najpiękniejsze pieśni. Wielu twierdziło, że jest wręcz głuchy na jej kiksy i brawurowe nadinterpretacje. Co gorsza Barbara, rzeczywiście nieco barbarzyńska w swoim charakterze, w ogóle nie była lubiana w zespole. Nie dało się ukryć, iż nie miała ona choć jednej tylko przyjaciółki od serca. Ale czyż była to jej jakaś wina? Przecież każdy ma jakieś przywary. 

Inna hipoteza była taka, że oboje, Barnaba i Barbara popełnili błąd. Otóż w pewnym momencie w historii zespołu nawiązały się bardziej bliskie relacje pomiędzy muzykami. Zaczęli oni spotykać się w małym, bluesowym klubie, gdzie przy piwie do późna w piątkowe noce grali dla wspólnej przyjemności. Barnaba i Barbara nie mieli nic przeciwko świeckiemu muzykowaniu innych, ale sami nie poszli za tym powiewem. Zignorowali go, dlatego nawet nie poczuli tego, że istniejący pomiędzy nimi a resztą kapeli dystans z tygodnia na tydzień zwiększał się wtedy coraz bardziej. Lecz czyż była to ich wina, że nie czuli bluesa, a swoje struny głosowe szanowali tak mocno, że nie tykali butelki zimnego piwa? Z pewnością nie.

Być może wyjaśnienie całej zagadki nie tkwi w ludziach. Może tak po prostu zawinił, nie pierwszy już raz zresztą, uszkodzony sprzęt – nadszarpnięty kabel czy wadliwe gniazdo diboxa? Albo przedarły się w to piekielnie skomplikowane mikserowe ustrojstwo jakieś czarcie zakłócenia zewnętrzne? Wielu zresztą podnosiło głos, że wszystko to jest częścią walki duchowej i wzywało wszystkich do wzmożonej wspólnej modlitwy. Na to inni argumentowali, iż to wygodna wymówka dla niedostrzegania ich własnego lenistwa i niedostatków warsztatu, nie stawiając się na wyznaczone przez Barnabę terminy wspólnych suplikacji. 

Inna hipoteza mówiła o tym, że być może przez te lata zmieniła się uwielbieniowa harmonia, zmienił się sposób grania. Muzyka tak jak każda inna sztuka podlega zmianom, nowym modom za którymi należy podążać albo godzić się na pozostanie z tyłu. Trudno to wyjaśnić komuś nie znającemu zasad konsonansów i interwałów, nie mniej spróbuję. Możliwe, że w czasie gdy jedni muzycy grali stare, poczciwe trójdźwięki inni – nieświadomi nawet tego, co robią – grali już akordy septymowe, nonowe czy zwiększone. Słowem grali zbiory dźwięków bogatsze – złożone z czterech czy pięciu różnych dźwięków – lub z dźwięków przesuniętych wobec siebie. Nie sposób było patrzeć wszystkim na ręce i siłą rzeczy zagadka dysonansowych tonów musiała pozostać nierozwiązaną. 

Można też postawić jeszcze zupełnie inne wyjaśnienie, które pewnie wielu czytelników pogardliwie określi jako deux ex machina tej całej historii: Być może taka była wola boża! Wszystko to stało się po to, by zrealizować jakiś boży zamiar, którego poznać i zrozumieć nikt nie był w stanie. Zatem człowiek, diabeł czy Bóg był autorem fałszywych nut – nie ma to najmniejszego znaczenia! Liczy się tylko rezultat. Liczy się tylko duchowa droga, którą – należy ufać – wszyscy byli prowadzeni w nieznanym sobie kierunku. Bo przecież gdyby nie Logos to wszystko nie miało by żadnego sensu. Byłoby tylko wzajemnym sprawianiem sobie przyjemności z grania ładnych dźwięków w tonacji mol czy dur – tworzeniem muzyki pozornie tylko autentycznej, a tak naprawdę duchowo fałszywej, bo pustej. 

Zatem pytanie do którego prowadzi nas ta historia nie brzmi: kto fałszował? To nie jest historia detektywistyczna lecz duchowa. Tym najważniejszym pytaniem jest: czy potrafimy grać… con amore? Czy potrafimy grać z miłością? Jeśli nie ma w nas miłości to nie może być też Jedności. Bez tego każdy z nas staje się tylko miedzią brzęczącą, martwymi cymbałami – owszem, instrumentem idealnie strojącym zgodnie z systemem równomiernie temperowanym, ale nie poruszającym w słuchających żadnych głębokich wartości. Słuchają oni owego cymbału, gdy brzmi, lecz gdy jego pogłos umilknie nic w słuchaczach po nim nie pozostaje. 

Więc nie o umiejętności muzyczne tu chodzi, a o sztukę kochania w której należy się nam wszystkim ćwiczyć. Szczególnie tym, którzy chcą prowadzić innych po ewangelicznych drogach. Można posiadać niemal wszystko – talenty, umiejętności, zaangażowanie, sprzęt – ale bez miłości jesteśmy niczym. A nie można kochać Boga nie kochając ludzi. Jedni z nas wydają się być początkującymi w tej sztuce, inni – mistrzami, lecz po cóż kogokolwiek oceniać? I niby jak to zrobić? Każdy musi sam w sobie poszukać ile jeszcze jego wnętrze nieczystego brzęczenia wydaje, ile jeszcze strun w sobie powinien nastroić, by dźwięczeniu miłości w nim nic nie zagłuszało.

Dociekliwy czytelnik zapyta: Co się stało z zespołem po tym jak ta rezygnacja lidera rozcięła ów węzeł gordyjski splątujący emocjonalnie wszystkich muzycznych? Czy odejście Barnaby i Barbary uzdrowiło zespół i wrócił on do dawnej, nieskrępowanej podejrzeniem o fałsz normalności? A może bez tak wspaniałego kierownictwa orkiestra rozpadła się całkowicie a muzycy rozsypali się po okolicznych wspólnotach Odnowy w Duchu? Możliwe, że przeciwnie, na miejscu Barnaby i Barbary zrodziły się nowe, uśpione dotąd talenty, a zespół był nagradzany jeszcze większym poklaskiem uwielbiających niż za starych czasów? Kto wie, w końcu sam Barnaba i Barbara w innym miejscu mogli odnaleźć nowe zadania i doświadczenia o których wcześniej nawet nie śmieli marzyć?

Byśmy mogli usłyszeć odpowiedź na powyższe pytania ja, autor tej bajki odkładam teraz pióro i przekazuję je w ręce kogoś bardziej mądrego. Autora przez duże „A”. Twórcę jak nikt doświadczonego i profesjonalnego w swym fachu. Cokolwiek by o nim nie mówić – jest bowiem małomówny i skryty, a swą pracę lubi odkładać aż za deadline, by wypomnieć mu ten jego najbardziej sławny numer, jego opus magnum, który bez zmartwychwstania głównego bohatera nijak by nie wypalił – to mimo to trzeba przyznać, że niedoskonałość jest mu cechą obcą. Jakikolwiek więc będzie dalszy ciąg tej historii nie może być partacko skomponowany. Uzbrójmy się więc w cierpliwość i dajmy mu wolną rękę. W przeciwieństwie do nas, On wie. Wie wszystko.

Chorzów, 10.03.2024 Niedziela radości

Cast Away – Czas pandemii Scena I

Scena I

Coral Bay, Australia, czwartek 12 marca 2020.
Mieszkanie Caroline urządzone nowocześnie.
Caroline i dr Swimmer wchodząc na scenę zaczynają rozmowę już z daleka.

Caroline: Cześć tato! Słyszałeś nowinę?
dr Swimmer: Co masz na myśli Caroline?
Caroline: Tom Hanks jest tu u nas, znaczy się gdzieś w Australii, nie napisali gdzie dokładnie… (całują się na powitanie)
dr Swimmer: Tak, kręcą film o Elvisie…
Caroline: (przerywa mu w pół słowa) Ale to nic. Hanks się zaraził koronawirusem!

dr Swimmer: On też?
Caroline: I jego żona, Rita… Rita…
dr Swimmer: (z oburzeniem) Jak możesz nie pamiętać jej nazwiska? Przecież nazywa się tak, jak piłka z filmu „Cast Away – Poza światem”.

[Fragmenty filmów są tylko uzupełnieniem tekstu i czytając wygodniej będzie je pomiąć. Jeśli jednak ktoś czytający nie zna filmu lub go już nie pamięta mogą okazać się wartościowe dla zrozumienia tekstu.]

 

Caroline: Wilson! Rita Wilson. Hanks jest pierwszym amerykańskim celebrytą zarażonym koronawirusem. Tato, boję się o jego życie.
dr Swimmer: Spokojnie! Kto jak kto, ale on na pewno z tego wyjdzie. Nie z takich opresji już wychodził. Pamiętasz jak po czterech latach uwolnił się z tej bezludnej wyspy…

Czytaj dalej „Cast Away – Czas pandemii Scena I”

Cast Away – Czas pandemii Scena II

Scena II
Coral Bay Beach, Australia, piątek 13 marca, dzień później.
Caroline jest sama. Ubiera się w niebieski żakiet na krawędzi sceny.

Caroline: Czas naglił więc na tę rozmowę musiałam umówić się dziś – o zgrozo! – w piątek trzynastego. Po prostu staram się o tym nie myśleć zwłaszcza, że to może być moja ostatnia deska ratunku.

(jakby jechała autem) Oto więc młoda reporterka, Caroline Swimmer – czyli ja – ubrana wedle dress codu w żakiet light blue od Hugo, z nowiutkim Zoomem H6 czyli cyfrowym rekorderem na siedzeniu swojego Mini Cabrio zmierza na rozmowę z tajemniczym konstruktorem i światowej sławy dystrybutorem afrykańskich łuków… nie, lepiej brzmi: buszmeńskich akcesoriów myśliwskich do plażowej restauracji w Coral Bay Beach, jednej z najpiękniejszych zatok na zachodzie Australii. Tak przynajmniej można by było opisać rolę, którą chciałam zagrać. W rozmowie telefonicznej zabrzmiało to bardziej zgrzebnie i szaro.
dr Swimmer: (zza sceny) Tu doktor Swimmer. Pańskimi poglądami podzieliłem się z moją córką Caroline, która chwilowo pracuje w lokalnej gazecie Coral Sabbath. Ona chciałaby porozmawiać o pańskich ciekawych przemyśleniach w jakimś bezpiecznym miejscu. Tak, tak. Mhm. Może być. Będę wdzięczny. Do zobaczenia.

Czytaj dalej „Cast Away – Czas pandemii Scena II”

Cast Away – Czas pandemii Scena III

Scena III

Coral Bay, Australia, sobota 14 marca, dzień później, popołudnie.
Mieszkanie Caroline.
Caroline siedzi zamyślona, wchodzi ojciec.
Nie całują się na powitanie. Trzymają się od siebie z daleka.

dr Swimmer: Witaj córeczko. Co ty taka smutna jesteś? Ach, jednak straciłaś pracę?
Caroline: W pewnym sensie.
dr Swimmer: Co to znaczy? Co ci powiedział naczelny?
Caroline: (z agresją) Ten dupek w ogóle zapomniał co nam polecił. Wszyscy dziś piszą o tym, że minister spraw wewnętrznych złapał wirusa. W piątek obudził się z gorączką i bólem gardła. Nie pojawił się rano w telewizji śniadaniowej tylko zrobił badania w Queensland.
dr Swimmer: Oczywiście słyszałem o chorobie Petera Duttona, ale jak z tobą? Masz tę pracę czy nie?
Caroline: Nie, już tam nie pracuję. Sama zrezygnowałam.
dr Swimmer: Dlaczego?
Caroline: Bo to wszystko nie dla mnie. Wczoraj zdałam sobie sprawę z tego, w jak wielkim napięciu ostatnio żyłam. Jakby wykonanie jakiegoś zadania dla kariery było kwestią życia lub śmierci. A tymczasem ludzie na świecie naprawdę umierają przez koronawirusa. Dlatego postanowiłam zrobić sobie odpoczynek od tego wyścigu szczurów, kwarantannę, izolację… Nazwij to jak chcesz.
dr Swimmer: Wyjdzie ci to na zdrowie, tak sądzę. Głowa do góry!
Czytaj dalej „Cast Away – Czas pandemii Scena III”

Cast Away – Czas pandemii Scena IV

Scena IV

Coral Bay, Australia, piątek 27 marca, późny wieczór, półmrok.
Mieszkanie dr Swimmera urządzone w starym stylu.
Dr Swimmer może być ubrany w biały płaszcz kąpielowy by wyglądem przypominać papieża.

dr Swimmer:
(wychodzi na przód sceny i stoi w milczeniu patrząc na publiczność, długo)
(siada do biurka)
(czyta wiadomości ze smartfona, nagle podrywa się, krzyczy, cieszy się, pokazuje to, że miał rację)
(po chwili siada i czyta ze smartfona na głos)
„Słynny amerykański aktor Tom Hanks i jego żona Rita Wilson powrócili w piątek do Los Angeles po dwóch tygodniach kwarantanny w Australii z powodu zarażenia się koronawirusem.

Hanks i jego żona powrócili do USA prywatnym odrzutowcem. Jak poinformował dziennik „New York Post”, po wylądowaniu w Los Angeles oboje nie kryli ogromnej radości; aktor najpierw uklęknął a następnie zatańczył na płycie lotniska.”


(klęka i modli się)
(po chwili zaczyna grać muzyka, wstaje i tańczy przez jakiś czas)
Czytaj dalej „Cast Away – Czas pandemii Scena IV”

Zbawiciel 2.0


Czy ten obraz was dziwi, a może szokuje?
Już w tytule ten tekst zaczyna się od tajemnicy: Kim jest ten zbawiciel w wersji numer dwa?
Co ze zbawieniem ma wspólnego znany sklep internetowy?
Dlaczego w logo Amazona strzałka przebiegała nie od „a” do „z”, a od „alfa” do „omega”?
Rozpostarte ręce nawiązują do Jezusa na krzyżu, jednak czemu postać trzyma w dłoni paczkę?
No i co u licha w tym obrazie robi skopiowana ze strony Amazona ikona rakiety!?

czytaj więcej