Scena II
Coral Bay Beach, Australia, piątek 13 marca, dzień później.
Caroline jest sama. Ubiera się w niebieski żakiet na krawędzi sceny.
Caroline: Czas naglił więc na tę rozmowę musiałam umówić się dziś – o zgrozo! – w piątek trzynastego. Po prostu staram się o tym nie myśleć zwłaszcza, że to może być moja ostatnia deska ratunku.
(jakby jechała autem) Oto więc młoda reporterka, Caroline Swimmer – czyli ja – ubrana wedle dress codu w żakiet light blue od Hugo, z nowiutkim Zoomem H6 czyli cyfrowym rekorderem na siedzeniu swojego Mini Cabrio zmierza na rozmowę z tajemniczym konstruktorem i światowej sławy dystrybutorem afrykańskich łuków… nie, lepiej brzmi: buszmeńskich akcesoriów myśliwskich do plażowej restauracji w Coral Bay Beach, jednej z najpiękniejszych zatok na zachodzie Australii. Tak przynajmniej można by było opisać rolę, którą chciałam zagrać. W rozmowie telefonicznej zabrzmiało to bardziej zgrzebnie i szaro.
dr Swimmer: (zza sceny) Tu doktor Swimmer. Pańskimi poglądami podzieliłem się z moją córką Caroline, która chwilowo pracuje w lokalnej gazecie Coral Sabbath. Ona chciałaby porozmawiać o pańskich ciekawych przemyśleniach w jakimś bezpiecznym miejscu. Tak, tak. Mhm. Może być. Będę wdzięczny. Do zobaczenia.
Caroline: Po cichu liczę na to, że ten gość będzie miał choć mizofobię – znaczy się lęk przed zarazkami. Zeszłabym do piekła, byle napisać coś, czego jeszcze nie było na temat tych cholernych wirusów. Posiedzieć godzinkę na plaży z widokiem na ocean indyjski to będzie pryszcz pomimo tego, że od dziecka boję się pływać. Przecież pływać mi nie każe, chyba… (nagle zesztywniała, po chwili otrząsając się) Uf! Ta myśl zmroziła mnie przez chwilę, ale odwrotu już nie ma. Do ataku! Muszę myśleć o tym, co robię. Zaparkować, zgasić silnik, skontrolować fryzurę w lusterku i wziąć kilka głębokich oddechów jak każą poradniki psychologii biznesu. (idąc) Przede mną słomkowa żółć piasku i dalej już tylko – o Boże, jaki wielki! – turkus oceanu.
(plażowa restauracja)
Caroline: (zaczyna pewna siebie) Rozmawiałeś z moim ojcem o tym, że świat jest wyspą, którą trzeba bronić. My Australijczycy dobrze wiemy co to znaczy chronić wyspę. Na każdym lotnisku i w każdym porcie kontrolujemy wszystkie wwożone na kontynent przedmioty. Wszystko, co nowe może przecież zagrażać zachowaniu równowagi w przyrodzie kontynentu, choćby to było zaledwie kilka ziaren jabłka czy brud na butach trekingowych. Teraz jednak mamy trudniejszą sytuację. To, co właśnie dzieje się na świecie niepokoi większość ludzi nawet jeśli nie dotyczy to ich osobiście i wydaje się jeszcze odległe.
Prot: To jest jak tsunami tylko w zwolnionym tempie.
Caroline: (z pretensją) Ależ nie można tak mówić. To szarzenie paniki.
Prot: (nieco przestraszony) To tylko moja opinia. Przecież nigdzie jej nie publikuję.
Caroline: (twardo) Rząd twierdzi, że wszystko jest pod kontrolą.
Prot: Ale wielu ludzi właśnie to podświadomie czuje. Ludzie czują, że nadciąga tsunami.
(cisza)
Caroline: (zupełnie nie przekonana nie podejmuje rozmowy, kontroluje rekorder, daje znak by dalej mówił)
Prot: (powoli, niepewnie) To taki inny rodzaj strachu… strachu przed czymś ogromnym, nieuniknionym. Próbujemy się śmiać, oswoić się z nim, ale ciągle w nas jest obawa. Z koronawirusem jest inaczej niż z kontrolą celną o której wspomniałaś. Tu raczej jest tak, jakby zagrożenie było ukryte w maszynowni statku i niepostrzeżenie miało się przedostać na ląd. Tu kontrola w postaci mierzenia temperatury na granicach nic nie pomoże. Daje nam tylko złudne poczucie bezpieczeństwa.
Caroline: (Caroline patrzy na zegarek, sugeruje że traci tylko czas rozmawiając z tym oszołomem) Naprawdę? Przesadzasz.
Prot: (On przygląda jej się uważnie) Nie wierzysz mi? Hm? Wyjaśnię ci to na przykładzie. Wyobraź sobie jednego człowieka, który dużo i bardzo szybko się przemieszcza, bo dla niego czas to pieniądz. Jest na przykład pracownikiem firmy kurierskiej o zasięgu globalnym, ale nie takim zwykłym, jest inżynierem. Szkoli kurierów na całym świecie by działali szybko. Rano jest w Sydney, popołudniu w Delhi, by następnego dnia być w Moskwie.
Caroline: Rozumiem, ktoś taki jak bohater filmu „Cast Away – poza światem”?
Prot: (ucieszony) Tak, dokładnie tak.
Caroline: Słyszałeś, że Tom Hanks i jego…
Prot: Już wczoraj…
Caroline: To smutne…
(spuszczają głowy, przez chwilę milczą)
Prot: W tym filmie… w „Poza światem” Tom Hanks grał właśnie takiego człowieka, inżyniera FedExu. Więc ten nasz człowiek jest zarażony koronawirusem, ale lekceważy objawy choroby.
Caroline: Pamiętasz? (podrywa się, łapie się za szczękę, a potem imituje wybijanie zęba) W filmie Hanks miał ból zęba, który potem o mało go nie zabił. Musiał sam usunąć tego zęba wybijając go sobie łyżwą, no takim butem łyżwiarskim, bo miał je z przesyłek, które wyrzuciło morze…
Prot: (rozgniewany usadza Caroline) Dasz mi dokończyć? Otóż ten nasz człowiek, zakażony wirusem, każdego dnia ma bliski kontakt z dziesiątkami ludzi w różnych miejscach globu. Podróżuje małymi samolotami kurierskimi. Nikt nie mierzy mu temperatury na lotniskach, bo podróżuje poza systemem zwykłych pasażerskich lotów. Taki człowiek w ciągu dwóch tygodni błyskawicznie rozsiałby zarazę po całym świecie.
Caroline: To czarny scenariusz. Mimo to trzeba mierzyć temperaturę. Nie można tego puścić na żywioł.
Prot: Moim skromnym zdaniem to tylko spowalnia to ogólnoświatowe tsunami choć i to jest ważne, bo każda służba zdrowia ma określoną przepustowość.
Caroline: Ale w jakimś stopniu można się izolować. Jak to zrobić?
Prot: Na wyspie z której pochodzę po prostu zabija się każdego obcego, kto postawi na niej stopę.
Caroline: (zszokowana) Co?! Przecież to obłęd! Nie można zabijać każdego zakażonego. To nieludzkie. To nawet nie… nielogiczne. Przecież śmiertelność w przypadku tego koronawirusa to tylko trzy procent. I umierają tylko ludzie starzy i chorzy.
Prot: Ale gdyby tak na jakiejś wyspie żyli tylko ludzie o osłabionej odporności, którzy w wyniku zarażenia niechybnie by umarli?
Caroline: To i tak nie można by nikogo zabijać. Raczej trzeba by taką wyspę odizolować od świata.
Prot: A gdyby mimo wszystko ludzie z zewnątrz chcieli się na taką zamkniętą wyspę dostać?
Caroline: Po co?
Prot: Mieli by swoje irracjonalne powody, to teraz nieistotne.
Caroline: Wtedy mieszkańcy wyspy powinni się bronić.
Prot: Jak?
Caroline: Tak jak potrafią. Powinni postawić tablice ostrzegawcze, apelować w internecie, zwrócić się do ONZ.
Prot: A gdyby potrafili tylko strzelać z łuku?
Caroline: Strzelać z łuku? (śmiejąc się) Takiego prehistorycznego?
Prot: Tak, na mojej wyspie potrafią tylko strzelać z łuku.
Caroline: (nie wytrzymuje, podnosi głos) Skąd ty jesteś u diaska? Jesteś Papuasem?
Prot: (waha się czy powiedzieć, mówi cicho) Pochodzę… Pochodzę… z Sentinelu Północnego.
Caroline: Co!? Z tego Sentinelu? Robisz sobie jaja ze mnie.
Prot: Gdzież bym śmiał.
Caroline: (podrywa się i w rozgorączkowaniu rozważa) Czy wiesz co to oznacza? Jeśli to prawda to za ten wywiad nie tylko dostanę pracę w Timesie, ale i Pulitzera! Nikt nigdy jeszcze nie rozmawiał z kimś z North Sentinel Island. Dla dziennikarza to jak pierwszy w dziejach świata autoryzowany wywiad z kosmitą.
Prot: Czy ja wyglądam na kosmitę?
(oboje śmiejąc się)
Caroline: Z tego, co wiem kosmici nie chodzą ubrani w T-shirt i jeansy.
Prot: I nie popijają pina colady na plaży koralowej.
Caroline: Nie, ale na australopiteka też nie wyglądasz.
Prot: (robi małpę drapiąc się po bokach) Fakt. Nie biegam nagi wymachując kijem.
(oboje zaśmiewają się, po chwili ciszy)
Prot: Caroline, co ty w ogóle wiesz o Sentinelu?
Caroline: („szukając w pamięci” patrzy do góry) Właściwie to… nic. To, co piszą w encyklopedii to bełkot: Na Sentinelu żyją Sentinelczycy, którzy mówią językiem sentinelskim.
Prot: Ach ta wasza wikipedia… A geografii już was w szkole nie uczą?
Caroline: Sentinel Północny to jedna z wysp archipelagu Andamanów w Zatoce Bengalskiej. Oficjalnie należy do Indii, ale co z tego, skoro jej mieszkańcy nawet nie wiedzą o tym. Tych kilkudziesięciu czy może kilkuset mieszkających tam ludzi nawet nie wie o tym, co to Indie. Oni nie wiedzą… oni nie wiedzą o świecie nic, a my nic nie wiemy o nich.
Prot: To by się nawet zgadzało.
Caroline: Naprawdę? Naprawdę jesteś z tego Sentinelu? Przecież ta wyspa jest otoczona rafą koralową niczym murem niemal nie do przebycia dla ludzi z zewnątrz. Tylko przez krótki czas w ciągu roku można się tam dostać.
Prot: (z zadowoleniem) Widzisz. Wiesz całkiem sporo.
Caroline: Czytałam przed laty o tym artykuł w National Geographic. A tubylcy nie chcą z wyspy odpłynąć.
Prot: Nie tyle nie chcą, co nie mogą. Przybój jest tak silny, że na naszych prymitywnych łódkach nie można się stamtąd wydostać. Dostaliśmy bilet tylko w jedną stronę.
Caroline: Rozumiem. To coś takiego jak właśnie w filmie „Cast Away – poza światem”. Samolot kurierski, którym leciał bohater grany przez Hanksa rozbił się na oceanie w pobliżu bezludnej wyspy. Próbował odpłynąć z niej, ale nie potrafił. Fale wyrzucały go z powrotem. Omal go nie zabiły.
Prot: (nagle przypominając sobie ciekawostkę zadaje zagadkę) Pamiętasz jaką płytę Hanks czyli filmowy Chuck Noland daje chłopakowi, który dostarczył pierwszą swoją paczkę w Moskwie, tę paczkę z budzikiem? (oczekując odpowiedzi)
Caroline: (Caroline kręci głową w milczeniu)
Prot: To była płyta Presleya. Jest go tam pełno: Elvis w trumnie, Elvis w aucie, Elvis w radiu!
Caroline: Pijesz do tego, że Hanks teraz u nas gra rolę sławnego i tajemniczego „Pułkownika”, Toma Parkera. Niewątpliwie Robert Zemeckis tworząc scenariusz bawił się tym filmem.
Prot: Zemeckis bawił się rzeczywistością fikcyjną, ekranową, a czas bawi się prawdziwą rzeczywistością.
Caroline: Więc to nie przypadek? To jakaś pętla czasowa?
Prot: (odgrywając scenę z filmu mówi zdecydowanym tonem nauczyciela) „Czas rządzi nami nieubłaganie. Zdrowymi czy chorymi. Głodnymi, pijanymi, Rosjanami czy Amerykanami. Jest jak ogień – niszczy albo ogrzewa. Dlatego każde biuro FedEx ma zegar. Żyjemy i umieramy według niego. Nigdy go nie ignorujemy i nigdy nie pozwalamy sobie na stratę poczucia czasu.”
Caroline: (jest pod wrażeniem) Tak powiedział bohater filmu w pierwszych słowach! Tak świetnie znasz ten film? Ja tylko pamiętam, że do tej roli Hanks schudł ponad 20 kilo – też bym tak chciała.
Prot: Ale najpierw przytył.
Caroline: (rozczarowana) Ach, więc to raczej w drugą stronę…
Prot: Hanks w „Poza światem” gra człowieka, który oszczędza czas. Ni mniej, ni więcej. Podobnie jak inni oszczędzają pieniądze czy zdrowie, on oszczędza czas. Bynajmniej nie jest chory psychicznie. Nie jest to jakaś mania – po prostu sposób życia.
Caroline: Pamiętam, że obsesyjnie w tym filmie powracały obrazy zegarów: wskazówkowe, cyfrowe, słoneczne…
Prot: Ów człowiek żyje dosłownie ze stoperem w ręce. Pomiędzy jedną a drugą jego czynnością nie ma ani chwili zwłoki. Ani chwili na odpoczynek, refleksję, a nawet miłość. Przez całe swe życie goni za umykającym szybko czasem i – o dziwo – dogania go i łapie. Początkowo udaje mu się oszczędzać sekundy. Później nawet minuty i godziny… Mało tego! Zagarnia dla siebie całe dni, tygodnie, miesiące… To, co było oszczędnością, teraz stało się zuchwałym rabunkiem.
W końcu jego kapitał zagrabionego czasu osiąga stan krytyczny: cztery lata. Rozbieżność pomiędzy czasem ogólnie panującym, a czasem jego życia staje się zbyt duża. Dochodzi do katastrofy, w wyniku której zostaje on przeniesiony poza świat.
Tu lata, które zaoszczędził kradnąc sekundy musi wykorzystać naraz. Cały ten czas bez najmniejszej przerwy. Staje się więc więźniem czasu. Nie znajduje z tego więzienia żadnej drogi ucieczki. Ani chwili nie może poświęcić na zajęcia, które kiedyś tak szczelnie wypełniały mu życie.
Sekunda po sekundzie, minuta po minucie spłaca swój dług. Odmierza go promieniem słońca skonstruowany przez niego samego – w jego celi – słoneczny kalendarz. Cztery lata aż do ostatniego dnia. Wreszcie ostatnie ziarnko piasku w klepsydrze przesypało się. Zostaje zwrócony światu.
Caroline: Pamiętam, że ocean wyrzucił na brzeg ratunek dla niego: jakieś plastikowe drzwi, chyba fragment toalety. Długo dymał nad tym, co oznacza ten dar. Powiał wiatr, przewrócił drzwi. Zrozumiał, że jego tratwa potrzebuje żagla, by mógł uwolnić się z wyspy i powrócić do domu.
Prot: Ale tu stała się rzecz dziwna, wprost niesamowita. Nie może już powrócić do momentu, w którym został wyrwany ze świata. Świat wcale nie stał, nie czekał na niego. W świecie też upłynęły cztery lata, a życie potoczyło się swoim nurtem bez jego udziału.
Powraca więc do innego, zmienionego świata. Świata, dla którego on przez te cztery lata był martwy. Świata, w którym nie ma już dla niego – takim, jakim był kiedyś – miejsca, bo miejsce to zajął już ktoś inny.
Człowiek ów staje przed dramatycznym wyborem dalszej drogi życia. Może udawać, że nic się nie stało. Na przekór wszystkiemu żyć tak, jak przedtem. Musiałby co prawda oszukiwać innych i siebie, ale mógłby tak żyć. Mógłby gdyby tylko jego duch, który kiedyś pchał go do kradzieży czasu nie został złamany.
Jaką ma więc drugą ewentualność? Kontynuować swoją karę. Teraz już dobrowolnie, świadomie żyć poza światem. Ale po co? Jaki w tym sens? On sam tego nie wie. Nie pojmuje sensu, zaledwie go przeczuwa, ale właśnie ku udaniu się tą drogą się skłania.
Caroline: Tak w tym filmie było… choć pokazałeś to zupełnie inaczej.
Prot: „Poza światem” to tylko pozornie nowa wersja „Robinsona Crusoe”. Co prawda można ten film obejrzeć jako obraz zmagań współczesnego człowieka z dziką naturą. Człowieka pozbawionego wszystkich tych tak oczywistych a niemal niezbędnych narzędzi jak zapałki czy telefon. Jednakże – według mnie – tak obejrzany ten film będzie tylko stratą czasu.
Caroline: (wesoło, z entuzjazmem) To kino jak najbardziej współczesne. Wspaniałe, barwne widowisko. Najbardziej niesamowita jest scena katastrofy… dla ludzi o mocnych nerwach. Wzruszająca jest scena rozstania z Wilsonem, jedynym przyjacielem, z którym bohater dzielił samotność. Wzruszająca, a przecież jednocześnie szokująca zważywszy kim lub raczej czym był ów odpowiednik Piętaszka.
Prot: (wychodzi na środek i odgrywa scenę rozstania z Wilsonem) Where’s Wilson? Wilson, where are you? (dostrzega go) Wilson! I’m comin’! Wilson! Wilson! (rozpacza) I’m sorry! Wilson, I’m sorry! (ogląda się w przeciwną stronę „na tratwę”) I can’t! Wilson! I’m… I’m sorry.
Caroline: (zakrywa twarz rękami, nie może patrzeć)
Prot: (siada, po chwili)
Prot: Dla mnie „Poza Światem” było czymś więcej niż kinem przygodowym. Ten film był pytaniem, które twórcy filmu postawili przede mną. Wskazali mi zegar. Skierowali mój wzrok na tykający zegar mego życia. I zapytali mnie: Co chcesz zrobić z tym czasem? Jak chcesz wykorzystać ten czas? Decyzja, którą podejmiesz lub której nie podejmiesz teraz zaważy na reszcie twojego życia. Czas upływa.
Caroline: Powinieneś to napisać.
Prot: Ach, to tylko fikcja. Choć Monuriki gdzie kręcono film istnieje naprawdę. Dziś ta mikroskopijna wyspa w archipelagu Fidżi jest atrakcją turystyczną zwaną Castaway Island. My na Sentinelu jednak nie jesteśmy w takiej sytuacji jak bohater filmu. Sentinel jest dużo większy i jest dla nas całym światem. Mamy tam niewiele, ale wszystko, co wystarczy do przeżycia: ryby, kraby, rośliny… I oczywiście rodziny, które chcemy chronić.
Caroline: Chronić przed obcymi?
Prot: Nie tyle przed obcymi co przed tym, co oni przynoszą.
Caroline: Co niosą? Cywilizację? Sentinelczycy przecież nawet nie budują domów. Śpią na ziemi. Potrzebujecie cywilizacji, co? (Caroline mówiąc coraz bardziej zdaje sobie sprawę z absurdalności swojego toku myślenia) Maszyn… telewizji… telefonów… internetu? Wykształcenia? Potrzebujecie choćby leków.
Prot: Przecież wiesz. Pomyśl co niosą ze sobą obcy ludzie.
(cisza, daje jej pomyśleć)
Caroline: Wirusy?
Prot: Tak.
Caroline: Ale skąd wiecie o wirusach?
Prot: Nie wiemy. To wasi naukowcy obliczyli, że na Sentinelu mieszkamy w izolacji od świata już 60 tysięcy lat. W czasie gdy ludzie na kontynencie zdobywali odporność na różne patogeny my tego nie robiliśmy. W dziejach wyspy wielokrotnie już jacyś ludzie przybywali z lądu na wyspę i nieświadomie przynosili nam śmierć. Przeżywali tylko nieliczni, najsilniejsi. Podobnie było z kolonizacją Australii czy Ameryki. Ponoć większość tubylców umierała wtedy na niegroźne dla białych choroby takie jak ospa. Jednak w odróżnieniu na przykład od Ameryki na 70 kilometrach kwadratowych Sentinelu na szczęście nie ma nic, czego ludzie cywilizowani by pragnęli, a my potrafimy się bronić – choć nie zawsze, bo jest nas mało.
Caroline: Co masz na myśli?
Prot: Na zakazaną wyspę udawały się wyprawy ciekawskich badaczy. Dla nich łupem nie było złoto czy złoża ropy, ale sława – napisanie poczytnej książki czy publikacja w naukowej gazecie. (patrzy na nią wymownie)
Caroline: (zawstydzona spuszcza z niego wzrok)
Prot: Grupa badaczy udała się kiedyś na North Sentinel Island, a było ich tak wielu, że mieszkańcy nie odważyli się ich zaatakować. Ukryli się w głębi wyspy. W wiosce badacze znaleźli tylko dwójkę starców i czworo dzieci. Zabrali ich na kontynent. Staruszkowie rychło zmarli, a jakże… wykończyły ich wirusy.
Caroline: Ach, rozumiem! Jesteś jednym z tych dzieci?
Prot: Chybiony strzał. Dzieci z podarkami – oczywiście nie wyjałowionymi, bo nikt o tym nie pomyślał – odstawiono z powrotem. To typowa dla białego człowieka nonszalancja i brak logiki.
Caroline: Więc skąd, więc jak? Jak udało ci się wydostać? Przecież teraz wyspa jest chroniona przez straż, przez hinduskie łodzie patrolowe. Nikt już tam nie może przypłynąć ani niepostrzeżenie odpłynąć.
Prot: To proste. Zajrzyj na Google maps. Co tam widać?
Caroline: (Caroline wyciąga smartfona, po chwili) Malutką wysepkę w kształcie kwadratu.
Prot: Co jeszcze?
Caroline: Okalającą ją rafę koralową.
Prot: A jeszcze?
Caroline: Nic. Och, to co na wyspie: drzewa, drzewa, drzewa.
Prot: Nie, na brzegu. Tu, w lewym, górnym rogu.
Caroline: Zaraz, zaraz. Tam widać wrak statku! Pamiętam. U brzegów wyspy rozbił się statek towarowy, a załoga została pilnie zabrana przez helikopter, bo tubylcy chcieli ich zaatakować, ale dalej mi to niczego nie wyjaśnia.
Prot: (uśmiechając się tajemniczo) Szalupa.
Caroline: Jaka szalupa?
Prot: Tam była taka łódka z małym żagielkiem.
Caroline: I ty na niej odpłynąłeś?
Prot: (w ciszy potakuje po czym oboje milczą, powoli zaczyna mówić rozkładając ręce jakby tłumaczył się z popełnionego grzechu) Sam nie wiedziałem co robię. Nie… nie wiedziałem na co się porywam. Byłem wtedy młody. To była chwila. Tego dnia, gdy rozbił się statek… rano… dopłynąłem, wsiadłem do spuszczonej łodzi, dostałem wiatr w żagiel, lęk ścisnął mi serce i… (zasmucił się)
Caroline: …i odpłynąłeś. (ze współczuciem) Biedaku, tak nagle zostawiłeś bliskich i wszystko to, co znałeś. Kiedy to było?
Prot: Frachtowiec Primrose rozbił się na rafie przed północą 2 sierpnia 1981 roku.
Caroline: (licząc w pamięci) To… 39 lat temu. I co było dalej?
Prot: Prądy zniosły mnie na Sumatrę. W końcu jak widzisz znalazłem swój dom tu, na zachodnim wybrzeżu Australii. Nauczyłem się angielskiego, ucywilizowałem się. (uśmiechając się bez przekonania) Zabawny paradoks: żyję z tego, czego nauczył mnie mój ojciec – robię łuki.
Caroline: A te wirusy – nie zabiły cię? Ach tak, przecież mój ojciec…
Prot: Byłem chory, byłem nawet martwy, ale uratował mnie twój ojciec i mój ojciec… mój ojciec w Niebie.
Caroline: Że niby masz kontakt spirytystyczny ze swoim ojcem?
Prot: (ojcowskim tonem) Nie głuptasie. Mówię o Bogu.
Caroline: Wierzysz w Boga? Jakiego? Sentinelskiego?
Prot: Nie. Wierzę w Boga objawionego w Biblii.
Caroline: Naprawdę? (patrząc jakby szukała czy nie ma na szyi łańcuszka z krzyżykiem albo amuletu czy uduchowionego pierścienia na rękach) To dobrze, że się nawróciłeś. Aż strach pomyśleć w co wierzą ludożercy.
Prot: (oburzony) Sentinelczycy nie są ludożercami. To tylko czarna legenda, którą dawno temu przyczepiono do wyspy. (po chwili) Ludożercami są chrześcijanie.
Caroline: No wiesz co!? Przecież chrześcijanie są dobrymi ludźmi.
Prot: (pyta całkiem poważnie) Czy nie zjadają Jezusa?
Caroline: Spożywamy chleb i pijemy wino. Wierzymy, że to ciało i krew Chrystusa, ale to nie tak naprawdę, nie dosłownie. W każdym bądź razie nie zabijamy kogoś by mieć jego siłę jak papuascy kanibale.
Prot: Nie? A kto jest winny śmierci Jezusa: żydzi żyjący dwa tysiące lat temu czy dzisiejsze grzechy popełniane przez każdego wyznawcę Chrystusa?
Caroline: Ze szkółki niedzielnej pamiętam, że nasza grzeszność.
Prot: A czy spożywając ciało Jezusa nie zyskujecie duchowej mocy Ducha Świętego?
Caroline: Można tak powiedzieć.
Prot: Słyszałaś może o cudach eucharystycznych? O tym, że w ich przypadku w hostiach niezależni naukowcy wielokrotnie potwierdzali obecność mięśnia sercowego człowieka w etapie agonii?
Caroline: No, to cud.
Prot: Cud, który jest faktem. Sama widzisz, że to chrześcijanie są ludożercami: zabijacie i zjadacie człowieka dla duchowych celów, których nie sposób zmierzyć, a niby tacy jesteście światli.
Caroline: Ale przecież powiedziałeś, że też jesteś chrześcijaninem.
Prot: Zatem stałem się kanibalem gdy zostałem człowiekiem cywilizowanym. Jednak wcześniej, będąc człowiekiem prymitywnym kanibalem nie byłem.
Caroline: Po której ty jesteś stronie?
Prot: Jakie to dla was proste. Bóg jest dobry, szatan zły. Chrześcijanin dobry, niewierzący zły. Biały człowiek dobry, a inny to już nie koniecznie. To wasz uprzywilejowany punkt widzenia właścicieli Jezusa… (ironicznie) przez zasiedzenie! A gdyby tak Jezus dziś miał wybrać gdzie ma zamieszkać, to co by wybrał? Przepych Watykanu, którego źródła tkwią w układach z Mussolinim, który miał przez ówczesny Kościół być wybawcą świata chrześcijańskiego od komunizmu, a pogrążył go jeszcze bardziej? Czy raczej wybrałby biedę i poniżenie krajów trzeciego świata przez bogatych białych wykorzystywanych do niewolniczej pracy przy tworzeniu towarów z odpowiednią metką czy logo?
Caroline: Po co rozdrapywać stare błędy Kościoła? To były inne czasy.
Prot: Ale to jest zupełnie aktualny problem: co ma wspólnego watykański bank z nauką Jezusa o ubóstwie? Watykan powinien odrzucić ten balast, bo idzie na dno razem z tym światem, w którym absolutna mniejszość jest w posiadaniu absolutnej większości kapitału. Niektórzy są tak bogaci, że kupują sobie prywatne wyspy. Tymczasem dla wielu ludów pierwotnych pojęcie własności było abstrakcją. Ziemia należała do wszystkich tak, jak to jest ciągle z powietrzem. Ten świat, świat cywilizowany jest postawiony na głowie. Wyobraź sobie, że w językach wielu ludów pierwotnych czy to żyjących na wyspach czy gdzieś w trudno dostępnych zakamarkach kontynentów w ogóle nie było słów oznaczających kłamstwo czy kradzież. Te ludy w ogóle nie wiedziały o tym, że można tak niecnie postępować. Gdy tylko dotarł do tych miejsc człowiek cywilizowany pojawiały się nie tylko choroby ciała, ale nad to choroby duszy czyli wszelkie zepsucie cywilizacyjne.
Caroline: Ale przecież zawsze chcemy dobrze. Wysyłamy w świat najbardziej wierzących ludzi, misjonarzy.
Prot: Albo oni wysyłają sami siebie jak ten Amerykanin John Allen Chau. Półtora roku temu w imię Jezusa dotarł na Sentinel. Złamał prawo – to kontynentalne prawo i prawo wyspy, jedyne prawo jakie ustanowili sobie Sentinelczycy.
Caroline: Tak, o jego śmierci było głośno w mediach. Ale on nie miał broni. Miał tylko piłkę i Biblię. Chciał tylko pobawić się z dziećmi i ewangelizować.
Prot: Chcieć dobrze nie znaczy czynić dobrze. Problem w tym, że nie potraficie oddzielić Boga – Boga który jest ojcem każdego człowieka i przemawia w jego duszy – od swojej cywilizacji, cywilizacji białego człowieka, która niesie śmiertelne dla innych patogeny i grzeszność. Wydaje się wam, ludziom z kontynentu, że niesiecie ciemnym ludom światło i to uświęca zniszczenie naturalnego ekosystemu wyspy, systemu biologicznego, ale też tego duchowego. Ile języków już zanikło, ile wierzeń przepadło, ile istnień świat kosztowała wasza biała obłąkańcza ekspansja w imię Jezusa w której tak tylko przy okazji chcecie się wzbogacić?
Caroline: Ale też pomagamy…
Prot: (z ironią) Pomagacie, rzeczywiście – rzucając resztki z własnych, obfitych stołów. Zrozum, w świecie toczy się konflikt cywilizacji różnych prędkości. To, że czas gdzieś płynie wolniej nie znaczy, iż ta kultura jest gorsza. Przeciwnie, często ona jest mądrzejsza – jest samowystarczalna, zdrowa, szczęśliwsza, familijna. Niestety wy te kultury wciągacie w wyścig, mamicie dobrobytem. I tak właśnie globalna cywilizacja białych niczym czarna dziura wciąga wszystkie kultury w których czas płynie swoim naturalnym, powolnym tempem.
Caroline: (cisza, Caroline jakby próbując poskładać myśl)
Jeśli dobrze cię rozumiem to zachodnia cywilizacja niczym Tom Hanks w tym filmie goni za czasem, kradnie czas i zmierza do katastrofy, do rozbicia się i spłacenia długu, długu czasu?
Prot: (bijąc brawo) Brawo, Caroline! Błyskotliwie to skojarzyłaś. Widzę, że za tym reporterskim chłodem jest bystry intelekt i wielka wrażliwość serca. Będą z ciebie ludzie.
Caroline: (zawstydzona) Dziękuję.
Prot: Popatrz co stało się właśnie w Chinach, najszybszej gospodarce świata? Koronawirus po prostu ją zatrzymał. Stanęły fabryki. Mieszkańcy wielkich miast zostali uwięzieni we własnych mieszkaniach. Naukowcy twierdzą, że nawet ziemia odetchnęła, bo zmniejszyła się produkcja dwutlenku węgla. Myślę, że wkrótce podobnie będzie gdzie indziej na świecie. Co by było gdyby świat zatrzymał się na cztery lata jak ów rozbitek z filmu? Czy musimy produkować wciąż nowe auta? Czy musimy co sezon zmieniać ubrania, bo projektanci kreują nowe mody? Wyobraź sobie takie cztery lata. Zdrowieje się w czasie bezczynności, w czasie snu…
Caroline: To raczej byłby koszmar! Bessa, bankructwa, wzrost bezrobocia… Prorokujesz karę bożą?
Prot: Nie powiedziałbym tak. To raczej byłby czas na duchową przemianę polegającą na uwolnieniu się od lęków i pragnień. Pod ich wpływem tworzy się i umacnia nasze ego, napięcia. Wyzwoleni od nich przestajemy się utożsamiać z ego, a zaczynamy być tożsami z duszą, żyć tu i teraz. Nie, nie, to nie kara. To naturalna konsekwencja braku mądrości tej cywilizacji.
Caroline: Są jednak rzeczy, które w pełni udały się zachodniej cywilizacji, które były postępowe. Na przykład wynalazek druku! Biblia jest w każdym domu!
Prot: A czy dzięki temu przyjęliście Jezusa?
Caroline: Trudno to obiektywne ocenić.
Prot: Nie, mnie nie jest trudno ocenić. (stojąc jakby pokazywał na mapie świata na prawo) Wystarczy, że spojrzę na to, co biali osadnicy zrobili z Indianami. (pokazując na lewo) Co Rosjanie zrobili z rdzennymi ludami Syberii. (pokazując w dół) Co Europejczycy zrobili z Afryką. Na każdym kontynencie widzę krew ich mieszkańców przelaną przez białych chrześcijan. Nic dziwnego w tym, że sami straciliście wiarę. Chrześcijaństwo to dla was co najwyżej narodowe muzeum, którego symbolem stała się płonąca katedra Notre-Dame.
(chwila przerwy, zasmucony)
Popatrz na inny efekt, który może wyzwolić koronawirus. W wyniku wybuchu epidemii są zamykane teraz kościoły. Oczywiście z myślą, że jest to tylko tymczasowe, profilaktyczne działanie. Ale jeśli w najbliższych latach umrze większość ludzi starszych, wymrze to pokolenie, które jeszcze chodzi do kościołów to nie będzie dla kogo tych kościołów otwierać.
Caroline: Przesadzasz. Zawsze w dziejach Kościoła były jakieś kryzysy, a po nich chrześcijan było coraz więcej. Jezus nakazał swoim uczniom: idźcie w świat i nauczajcie. Nie da się tego zatrzymać. Jak mówią statystyki jest nas ponad dwa miliardy. Chrześcijanie to jedna trzecia ludzkości.
Prot: Z czego większość nawet nie poznała Jezusa osobiście. Na miano uczniów Chrystusa zasługują tylko nieliczni. Chrześcijaństwo tak naprawdę powinno być małą sektą, złożoną z ludzi, którzy autentycznie doświadczyli Ducha Świętego, doświadczyli chrztu w Duchu Świętym tak, jak było na początku w Dziejach Apostolskich. Prawdziwi uczniowie Jezusa to ludzie wyjątkowi, bez ego, bez napięć, bez podziałów wewnętrznych. To ludzie, których przepełnia Duch Święty i nimi kieruje.
Caroline: Więc co według ciebie powinniśmy robić jako chrześcijanie?
Prot: Może nic.
Caroline: Nic?
Prot: Nic co nie jest wam wyraźnie objawione przez Ducha. Biały chrześcijanin jednak nie umie czekać, nie umie nie myśleć, oddać się Bogu, słuchać. Boi się medytacji jak diabeł wody święconej. Nie potrafi dryfować na oceanie życia. Biały wierzący łapie za wiosła i chaotycznie wali nimi w taflę wody, by płynąć tam, gdzie wydaje mu się, że ma dopłynąć by czynić tak zwane „dobro”, a ono uświęca wszystkie krzywdy. (przerwa, spokojnie, spojrzał w dal ponad wodą, ale zaraz odwrócił wzrok ku lądowi) Biały człowiek tak naprawdę nie zna Boga, bo on tylko wie, ale nie czuje. Ma wiedzę, ale ta wiedza bez czucia jest na nic.
Caroline: Czy ty… czy jesteś uczniem Jezusa?
Prot: To trudne pytanie. Trudno samu określić czy moje myśli są myślami Jezusa. Sama widzisz, że miałem wspaniałe, jedyne w swoim rodzaju życie. To, co usłyszałaś to tylko cząstka cudów jakich doświadczyłem, a mimo to ciągle jestem grzesznikiem. Nawet nie umiem się modlić. Nie próbuję nikogo nawracać. Nie uważam się za autorytet. Ja po prostu staram się zawsze być autentycznym. Czasem jakiś klient myśląc, że sprzedaję paleolityczne łuki pomyśli, że jestem animistą albo że skoro uczę medytacji poprzez strzelanie z łuku jest święcie przekonany, że wyznaję Buddyzm. Wtedy chętnie wyprowadzam ich z błędu, ale gdy mówię, że po prostu wierzę w Jezusa zwykle spotykam się z milczącym rozczarowaniem.
Caroline: Też to widzę, że chrześcijaństwo wydaje się tak mało atrakcyjne dla nas, młodych.
Prot: Być może, w duchowej perspektywie patrząc, to dusze ludzi starszych właśnie teraz poświęcają swoje cielesne życie, by ratować wasze dusze, dusze młodszych pokoleń.
Caroline: Hm? Ciekawy punkt widzenia.
(po chwili)
I co, młodzi pytają cię dlaczego wierzysz w Jezusa?
Prot: Rzadko. Wtedy odpowiadam, że wśród tego, co człowiek stworzył nie ma niczego piękniejszego. Nie trzeba patrzeć na tłum ludzi wierzących, ale należy dostrzec piękno bożego zamysłu miłości. (chodzi pokazując) To jakby bez końca zwiedzać jakąś katedrę i ciągle na nowo się zachwycać. To piękno jest żywe, aktualne. Można odnaleźć to piękno w swoim życiu. Odnaleźć sens…
Caroline: Inspirujące…
Prot: A ty pewnie spodziewałaś się, że będę mówił ci tylko o moim lęku przed wirusami.
Caroline: Skąd takie przypuszczenie?
Prot: Przecież wiedziałaś, że wiele razy byłem w ciężkim stanie na skutek niegroźnych chorób wirusowych. Białej i wykształconej osobie łatwo postawić diagnozę: „wariat”. Zresztą tu też wrzucę ci kamyczek do waszej niby doskonale uporządkowanej, światłej rzeczywistości. Jak to możliwe, że wchodząc do kościołów tysiące ludzi macza palce w tej samej wodzie? Czy w magiczny sposób woda święcona ma właściwości odkażające? Teraz okazało się, że nie. Podobnym rozsiewaniem zarazków jest zwyczaj całowania relikwii. A co dalej będzie z komunią podawaną ręką do ust? Koronawirus zmiecie wasze uświęcone tradycje weryfikując waszą wiarę. Chrześcijaństwo jakie znamy to kolos na glinianych nogach.
Caroline: (po chwili ciszy) Chyba wreszcie coś o tobie zrozumiałam.
Prot: Co mianowicie?
Caroline: To, że jesteś człowiekiem, który zawsze idzie pod prąd, zawsze swoją własną drogą. I że zawsze jesteś samotny.
Prot: Rzeczywiście tak może się wydawać. Z twojego punktu widzenia, ale nie z mojego. Ja nie staram się płynąć w odmiennym kierunku niż inni. To samo tak wychodzi. Inaczej mówiąc: to Bóg mnie prowadzi swoją drogą, ku swoim celom. Mylisz się też myśląc, że jestem samotny. Tylko pozornie będąc sam mogę zanurzyć się w Jedności i żyć w pełni w Bogu.
Caroline: (rozmyśla w ciszy)
Prot: Wiesz czemu bohater „Cast Away” nazywa się „Chuck Noland”?
Caroline: Pojęcia nie mam.
Prot: Bo to człowiek wyrzucony poza świat, dosłownie „rzucony bez kraju”: Chuck No-land. Jednak tylko tracąc związki z miejscem mógł odnaleźć samego siebie.
Caroline: A enigmatyczne zakończenie tego filmu tak często krytykowane przez widzów? Jak je wytłumaczyć?
Prot: Nie można go zrozumieć bez zrozumienia początku. Wszyscy widzowie skupiają uwagę na jednym związku, związku Chucka z Kelly, a nie na drugim…
Caroline: Jakim u licha? Tam przecież nie ma nikogo.
Prot: Jest! Jest związek Chucka z Bettiną! Tę epizodyczną rolę wspaniale zagrała Lari White, rok temu zmarła pieśniarka country. Film otwiera scena, gdy Bettina – co znaczy „błogosławiona” – wysyła paczkę do swego męża, który zdradza ją z kochanką w Moskwie. Ów mąż jak widzimy na bramie ma na imię Dick czyli…?
Caroline: (łapiąc się za usta) „kutas”…
Prot: (śmiejąc się grozi jej palcem) Po czterech lata na bramie na której było wcześniej napisane „Dick & Bettina” jest puste miejsce, nie ma imienia Dick. Zatem ukradziony czas, który musiał zwrócić Chuck zabrał mu ukochaną Kelly, ale też z drugiej strony stworzył dla niego miejsce u boku innej kobiety, bardziej pasującej do „nowego”, przemienionego Chucka. To jest właśnie mądrość Boga, mądrość czasu, losu – bez względu jak to określisz musisz być świadoma tego, że istnieje siła, która działa doskonale, która współtworzy nasze życie z niebywałą mądrością. Ta siła nie usiłuje być „dobra”, bo ona po prostu jest zawsze doskonała, nie potrafi działać niedoskonale nawet jeśli sprawia tym ból. Problem w tym, że ludzie tej doskonałości nie potrafią docenić, zaufać jej. Rzeczywistość, którą uważają za przypadkową, uparcie próbują nagiąć do własnych wyobrażeń. To jest właśnie największym błędem nowoczesnego człowieka: ślepota na doskonałość.
Caroline: Ślepota na doskonałość? Coś takiego…
Prot: Tak, wybiórcze widzenie, uszkodzone spostrzeganie, jak daltonizm. Na premierze filmu jeden z dziennikarzy zapytał Roberta Zemeckisa: co było w tej nieotworzonej paczce?
Caroline: I co on na to?
Prot: Powiedział z błyskotliwą ironią, że był tam wodoodporny, napędzany światłem słonecznym telefon satelitarny.
Caroline: A to żartowniś.
Prot: Ale to jak w mordę strzelił wyraża wasz stosunek do świata. Modlicie się w takiej sytuacji: Boże ześlij mi telefon satelitarny! Niby modlicie się, ale oczekujecie pomocy w sposób jaki wy sobie wyobrażacie. Oczekujecie ratunku nie tam gdzie on rzeczywiście przychodzi w swej doskonałej formie.
Tę doskonałość symbolizują w filmie anielskie skrzydła, które widzimy na farmie Bettiny i na wysłanej przez nią paczce, która – jak stwierdził Chuck na koniec – ocaliła mu życie. Chuck przed katastrofą wierzył w ludzki porządek, porządek narzucony przez zegary. Wcześniej nie zauważał w ogóle istnienia porządku duchowego. Może z poczucia zawodowego obowiązku, tknięty przeczuciem jednej paczki nie otworzył, postanowił ją osobiście dostarczyć. I potem los przyniósł mu ratunek na skrzydłach: drzwi z których mógł wykonać żagiel tratwy. Skrzydła, które uniosły go nad morderczą falą, gdy jest na oceanie porywa wiatr, ulatują niczym anioł, który dłużej już nie jest mu potrzebny. Tak krok po kroku odkrywał mądrość zawartą w skrzydłach, bo one go prowadziły na duchowej drodze. Uczył się tego doświadczając, mistycznie, a nie w sposób narzucony, religijny. W tym sensie jest to historia nawrócenia, bo w nawróceniu nie chodzi o coniedzielną mszę w kościele, ale o ocalenie duszy.
I to właśnie oznacza ów nieśmiały uśmiech w ostatnim kadrze filmu: zobaczył skrzydła na tyle auta Bettiny i w pierwszej chwili jest zrozpaczony, bo ona odjechała. Został zupełnie sam. Rozgląda się w którą stronę ma ruszyć. Zauważ, że w tej scenie cień Chucka raz pada z jednej strony, a zaraz z drugiej strony, jakby to, co dla nas jest krótką chwilą dla niego trwało cały dzień. To dla niego najważniejsza decyzja w życiu. Teraz już w wolności, świadomie musi zdecydować się czy chce pójść za skrzydłami. Tym dla nas, chrześcijan jest właśnie chrzest w Duchu świętym – jest osobistym, dobrowolnym, świadomym wybraniem Jezusa jako Pana i Zbawiciela. I on po chwili się zaczyna uśmiechać – narodził się do nowego życia – już wie, że nie ma dla niego innej drogi niż pójść w kierunku skrzydeł.
Caroline: Ale po co ona malowała te skrzydła na aucie, na paczkach, spawała w garażu? To było… nienormalne. To była jakaś jej obsesja!
Prot: Może to ona była tak naprawdę rozbitkiem na bezludnej wyspie. Może te skrzydła były niczym butelki z wołaniem o pomoc, które rozbitek wrzuca w ocean.
Caroline: I co dalej? Małżeństwo, dzieci, sielanka na samotnej farmie niczym wyspie pośrodku oceanu…
Prot: Owszem, z filmowego punktu widzenia to nudne – zupełnie jak nudnym wydaje się nam teraz życie w raju.
Caroline: Nie chcemy żyć w raju?
Prot: Jeszcze raz spójrz jak to było pokazane w filmie z Chuckiem, Kelly i Bettiną, ale to jednocześnie też mówi nam o tym w jakiej sytuacji znalazł się teraz świat. Bóg odbiera nam jedną ręką to, co dla nas nieodpowiednie, jakieś nasze wyobrażenie spełnienia – w filmie to było szczęście z Kelly graną przez Helen Hunt, a w obecnej sytuacji to porządek w jakim jeszcze wczoraj rozwijał się świat goniący za dobrobytem materialnym. Odbierając jednak jedną ręką, Bóg drugą ręką daje nam szczęście doskonałe…
Caroline: …szansę na życie z idealnym partnerem…
Prot: …czy też szansę na przemianę duchową świata. (pokazując rękami) Te ręce są jednością, działają w zgodzie. Sęk w tym, że my skupiamy całą uwagę na tej pierwszej ręce, oddajemy się poczuciu żalu, lękom czy pragnieniom. Chcemy wyszarpać z tej pierwszej ręki to, co tracimy. Tę rękę określamy jako złą, okrutną. Tego, co jest w drugiej ręce nawet nie zauważamy. Podobnie przedstawia to Jezus w dzienniczku świętej siostry Faustyny: „Powiedz grzesznikom, że żaden nie ujdzie ręki mojej. Jeżeli uciekają przed miłosiernym sercem moim, wpadną w sprawiedliwe ręce moje. Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daję im, czego pragną.”
Caroline: (zaskoczona) Największą karą jest realizacja naszych pragnień?
Prot: Zaskakujące, co? Czyż zaraza dziesiątkująca ludzi starych i schorowanych nie jest reakcją na brak szacunku dla takich ludzi u białych? Propagujecie eutanazję więc oto macie realizację waszych pragnień w postaci masowej eutanazji. Czy kiedyś nazizm nie był odpowiedzią na faszyzm popierany przez ludzi wierzących? Co siejecie spotęgowane zbieracie.
Caroline: Więc to my? Nasze pragnienia?
Prot: Pamiętasz, Chuck na wyspie chciał popełnić samobójstwo. Nie udało mu się. Potem wbrew nadziei chciał żyć. Ja dobrze go rozumiem, bo też czułem ten żal przez długi czas. Odpływając z Sentinelu utraciłem moją rodzinę, mojego ojca i matkę, ale z czasem dostałem nową rodzinę, tę duchową. Moim ojcem stał się Bóg, a moją nową matką Matka Boska Częstochowska.
Caroline: (z niedowierzaniem) Jaka?
Prot: To czarna Madonna czczona w Polsce.
Caroline: Czemu właśnie ona? Czemu jakaś ikona z kraju na drugim końcu świata?
Prot: Dlatego, że jest czarna. Przyszła do mnie w widzeniu. Gdyby przyszła Matka o białej skórze z pewnością bym ją odrzucił. Wpierw myślałem, że to Erzulie Dantor, bóstwo voodoo z Haiti. Była czarna, z dzieckiem na ręku, z blizną na twarzy. Lecz nie miała noża w ręku jak ta haitańska. Okazało się, że na wyspę ten obraz przywieźli polscy legioniści w czasach napoleońskich. Potem dowiedziałem się, że na oryginalnej, tej chrześcijańskiej ikonie ona była namalowana biała, ale jej obraz sczerniał od palących się świec.
Caroline: Zabawne.
Prot: To zabawne według ciebie? We wrześniu zeszłego roku w Trevignano Romano Matka Boska przepowiedziała chorobę wirusową, która nadejdzie z Chin i uderzy w świat. Przepowiedziała, że tych chorób i nieszczęść będzie więcej. Zapowiedziała też trzy lata oczyszczenia świata.
Caroline: Nie, nie! To już mnie przerasta. Wszystko pomieszałeś. To nie ma najmniejszego sensu. Tu film, a tu rzeczywistość, tu fikcja, a tu nauka, psychologia zmieszana z religijnymi objawieniami. Kim ty jesteś? Prorokiem czy pisarzem naukowo-fantastycznym?
Prot: To że Bóg przemówił przez Biblię nie znaczy, że na zawsze wyczerpał tym swoje wszystkie środki wyrazu. Teraz mówi nowymi językami.
Caroline: Przez kino?
Prot: A czemu by nie?
Caroline: (milczy przygnębiona)
Prot: (żartuje próbując ją rozbawić) Przez cały czas Bóg jest na bezludnej wyspie. Wysyła nam butelki z wiadomością, lecz nie odczytujemy ich. Uważamy za śmieci. Może teraz tą butelką wali nas po głowie, bo to już ostatnia chwila.
(zreflektował się, że był to kiepski żart i próbując ją pocieszyć, pokazując do góry)
Teraz jest czas, by zobaczyć, że nad tobą cały czas stoi anioł. Nie dostrzegasz go, bo nie potrafisz zobaczyć jego skrzydeł. Powoli będziesz się uczyć dostrzegać skrzydła w swoim życiu.
Caroline: (dalej siedzi w milczeniu, w końcu odzywa się z rezygnacją) Nic już nie rozumiem.
Prot: To wspaniale! To najlepsza rzecz jaką mogłaś powiedzieć. To znaczy, że zaczynasz płynąć w oceanie.
Caroline: Jakim znowu oceanie?
Prot: Mówię o Bogu. Przestań myśleć, zacznij czuć! Zanurz się w swoje wnętrze.
Caroline: (łapiąc się za głowę) Mówisz jak ci wszyscy nawiedzeni aborygeni.
Prot: Tak, australijscy tubylcy mają swoją mądrość, której nie należy niszczyć, bo ten kto niszczy innych sam zniszczy siebie.
Caroline: A ty znów swoje.
Prot: Niestety to definicja białego człowieka. To proste. Wyobraź sobie, że niedługo pojawi się jakiś inny wirus. Ale ten nowy dla odmiany będzie się powoli wylęgał tak, że wszyscy nieświadomie się nawzajem pozarażają. Śmiertelność będzie zmierzać do stu procent. Gdzie wtedy będziecie szukać ratunku?
Caroline: (odpowiada mechanicznie) W szczepionce, w badaniach.
Prot: Właśnie. Wierzycie w wiedzę, nie w Boga.
Caroline: Oczywiście będziemy się też modlić.
Prot: A jeśli nie uda się na czas skonstruować skutecznej szczepionki to kto przeżyje?
Caroline: Nikt.
Prot: Czy aby na pewno? Pomyśl – kto przeżyje?
Caroline: (łapie myśl, odrzuca ręką, znów łapie) Ten kto się nie zaraził. Nonsens. Może Bóg ocali jakiegoś nowego Noego i jego rodzinę?
Prot: (wskazując na ocean) A kto jest w pełni odcięty od świata?
Caroline: Ludzie na Sentinelu! Ale oni pewnie przez następne tysiąclecia będą żyli tak, jak do tej pory, prawie jak zwierzęta…
Prot: A co w tym złego?
Caroline: Są nieświadomi Boga, nie czytają Biblii, przecież wiesz.
Prot: Żydzi też tak kiedyś myśleli o innych, a Jezus odrzucony przez swoich zbudował Kościół właśnie wśród pogardzanych przez żydów pogan.
Caroline: Jaki z tego wniosek? Nasza cywilizacja wymrze? To tsunami koronawirusa to potop? Bóg zacznie jeszcze raz? Sentinel to boża arka?
Prot: Nie udźwigniesz ziemskiego globu na swoich barkach. Od tego jest przecież spec – zbawca świata. Zostaw to Jezusowi. Zaufaj mu.
Caroline: Ale…
Prot: Nie, nie licz na zgrabną puentę twojego artykułu. Jeśli chcesz go mądrze zakończyć po prostu postaw znak zapytania.
Caroline: Tak nie można.
Prot: To, że inni tak nie robią nie znaczy, że ty nie możesz. Bądź pierwsza tak jak ja byłem pierwszym, który od paleolitu wydostał się z wyspy. Znajdź żagiel, jak Hanks, jak Noland… choćby wydałby cię się on w pierwszym momencie tylko śmieciem, tylko kawałkiem plastikowego sracza…
(zerwał się z krzesła i wskazał na swoją pierś, a gdy zdał sobie z tego sprawę znów wskazał na rozciągający się za nim ocean)
Odpłyń. Odpłyń z wyspy, która cię więzi. Odrzuć ego. Pokonaj lęk. Ratuj swoją duszę póki czas. Przed tobą jest ocean. Choć może myślisz, że on jest jakąś durną pustką, ale to właśnie on jest Bogiem. On cię poniesie, tylko mu na to pozwól. Zapomnij o sobie i stań się z nim jednym. A odpowiedź?
(podchodzi do niej i z czułością ściska rękę na pożegnanie)
W odpowiedniej chwili nie… nie zdobędziesz wiedzy, Caroline, ale wtedy po prostu poczujesz ją, poczujesz odpowiedź i nie będziesz już miała potrzeby stawiania żadnych pytań.
(rozchodzą się, Caroline zostaje sama, opowiada powracając na skraj sceny)
Caroline: Co to wszystko znaczy? Przejrzał mnie? Jakoś duchowo zobaczył to, że boję się pływać? Czy to była tylko taka duchowa metafora?
(jest jakby w aucie)
I właśnie w chwili gdy przekręcałam kluczyk stacyjki auta coś wybuchło w mojej głowie. Spojrzałam na zegar w aucie i wróciłam do rzeczywistości. Piątek trzynastego! Teraz dopiero do mnie dotarło dlaczego tak szczerze wszystko mi o sobie powiedział. Właśnie mnie, młodej reporterce, wyznał to, co skrywał przed innymi od prawie czterdziestu lat. Zaklęłam: „Shit! Nikt mi w tę rozmowę nie uwierzy. Naczelny mnie wyrzuci albo gorzej jeszcze: na stałe przeniesie mnie do działu science-fiction dla gówniarzy. Mój deadline mija. Jestem martwa. Zabił mnie ten skubany koronawirus.”
