Znaki Mel Gibson

Skoro „Nowy początek” to historia o kosmitach i języku to zostańmy w tych tematach. W wielu wpisach na forum filmowym ludzie porównują ten film do innych filmów. Nikt jednak nie skojarzył tego filmu z obrazem pt. „Znaki”.

Tytułowe „znaki” to znaki zrobione w zbożu przez przybyszów z kosmosu. Tylko pozornie! Tak naprawdę reżyser gra z widzem w grę słowną. Chodzi o zupełnie inne znaki, jak przekonamy się w scenie kulminacyjnej. Obejrzyjmy ten film, ale inaczej. By nie dać się oszukać trzeba ten film obejrzeć od końca!

Zacznijmy więc od ostatniego ujęcia.

Najpierw widzimy sielski obrazek. Potem kawałki szyby przypominają o minionych dramatycznych przeżyciach. Podniosła muzyka cichnie. Najazd kamery na drzwi budzi zaniepokojenie. W normalnym horrorze zza drzwi wypadłby kosmita i tego się może spodziewamy. Tymczasem wychodzi ksiądz, pastor. Nic się tu nie dzieje, a jest to najważniejsza scena w filmie. Najważniejsza nie naszymi oczami, ale oczami Boga. Oto człowiek. Oto człowiek, który odzyskał wiarę. Oto boże fanfary dla niego. Cały film prowadził do tej sceny. Dla nas to oczywiście nic nadzwyczajnego. Setki duchownych codziennie tracą wiarę, a niektórzy ją odzyskują. Jakie to ma znaczenie? Dla nas… żadnego. No, chyba że ten film jest o nas, że ów pastor symbolizuje naszą wiarę.

W tej scenie bohater filmu wreszcie zrozumiał, to scena olśnienia. „Czy ktoś mnie uratował?” – pyta chłopiec. „Tak, ktoś cię uratował” – odpowiada ojciec. Podobnie jak „Nowy początek” ten film, „Znaki” nie jest o kosmitach, a o ludziach. Jest przesłaniem dla nas i o nas. Ktoś chce nas uratować. Powtórzę to jeszcze raz: Ktoś chce nas uratować. Uratować naszą duszę. By to uczynić daje nam… znaki. Jeśli je zignorujemy, zginiemy. Nie rozumiemy znaków. Są niejasne, a znaczenie ich wątpliwe. Zajęci sprawami codziennymi nie myślimy o nich, aż do momentu kulminacyjnego.

W tej scenie widzimy wreszcie obcego. Jest pełna grozy, ale to tylko pozór. Ta scena służy temu, by pokazać logikę całej opowieści. (Pominąłem tu dalszą część tej sceny.) Rozsypane kawałki zostają złożone. Różne informacje, zbiegi okoliczności. Ta scena to symbol. Symbolizuje ten moment naszego życia w którym dochodzimy do wniosku, że dalej już nie chcemy tak żyć jak przedtem. Poddajemy się. Stwierdzamy, że sami z własnym życiem sobie nie poradzimy. Ktoś, kto takiej chwili sam nie przeżył nie zrozumie tego. „Kryzys osobowości”, stan przed popełnieniem samobójstwa? Nie ważne jak to nazwiemy. To moment w którym nasza wiara w ludzką logikę, w racjonalność musi upaść. Zachowując ją umrzemy. Odrzucając, przetrwamy.

Na koniec retrospekcja.

„Musisz się zastanowić kim jesteś.” To szalenie ważne zdanie. Tu nie chodzi o nasze przekonania. O to, co myślimy i mamy do powiedzenia. Nie chodzi o wiarę w duchy, które mają nam coś do przekazania. Nie chodzi o życie pozagrobowe… Tu chodzi o twoją tożsamość. O coś co jest fundamentem twojego istnienia. „Kim jestem?” – to najważniejsze pytanie. Czy jestem tylko intelektem, który stwierdza, że jest? „Myślę, więc jestem” – jakie to żałosne. Czy na tym polega człowieczeństwo? Na stwierdzeniu logicznego faktu. Większość ludzi żyje w najgorszym zniewoleniu – zniewoleniu umysłem. Wyznaje najgorszą z religii – wiarę we własny umysł, choć pozornie deklarują oni wiarę w Jezusa. Człowieczeństwo to często doprowadzenie życia do absurdu jak w Mechanicznej pomarańczy – życie które jest piekłem już teraz. Piekłem w którym szatan jest już niepotrzebny, bo umysł odcinając się od obecności Boga sam jest dla siebie katem i ofiarą. To ograniczenie egzystencji ludzkiej tylko do lewej półkuli mózgowej. Odcięcie się od prawej półkuli – tej artystycznej, intuicyjnej, służącej do kontaktu z Bogiem. Nie mówię już o odcięciu się od uczuć, od ciała w znaczeniu jakie nadaje temu bioenergetyka Aleksandra Lowena. Umysł jest tylko narzędziem, nie człowieczeństwem. Narzędziem, które tak sprawnie podszyło się pod człowieczeństwo, że sam człowiek uwierzył w to, że jest sobie Panem i sędzią swego życia.

Na forum filmowym dyskutowałem z lingwistą, który jest ślepy na to, co dla każdego lingwisty jest najważniejsze. Nie widzi on znaków. Bóg, tak jak my między sobą, komunikuje się z nami za pomocą znaków. Duchowość jest konsekwencją tych znaków. Oczywiście ludzka religijność jest często żałosna, kiczowata, nieautentyczna, ale to już wina nas, ludzi. Nie na religijność trzeba patrzeć (choć warto w niej uczestniczyć), ale szukać znaków w ich oryginalnej formie. Jest ich bardzo dużo, a najważniejszym jest Biblia, a w niej przykazanie miłości. Ten lingwista tymczasem jedyne co potrafił to walić swoim umysłem jak młotkiem na oślep: „Ja mam rację, a resztę niech diabli porwą.”

Ślepy na znaki lingwista… Fascynujące doświadczenie, ale czy my sami nie jesteśmy ślepymi lingwistami? Czy Bóg nie stworzył nas i nie zainwestował w nasze wykształcenie czasu i wysiłku po to, byśmy nauczyli się czytać jego znaki? Choćby dziś, 8 grudnia 2016 roku. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – byłem dziś w południe na modlitwie za świat. A 25 lat temu… rozpadł się Związek Radziecki. Niedługo stulecie objawień w Fatimie. Bóg komunikuje się z nami nieustanie. Ma swoje pismo. Znakami nie są tylko litery. Językiem nie są tylko słowa. Choćby znaki drogowe – to też język. Mrugnięcie okiem to też znak choć nie da się go zapisać. Znakiem jest wszystko co zawiera w sobie treść. My jednak myślimy wybiórczo. Dostrzegamy tylko to, co chcemy dostrzec. W tym problem. Nie widzimy tego, czego się nie spodziewamy zobaczyć. Stoimy zbyt blisko tego obrazu, którym jest świat i dlatego zamiast zobaczyć jego piękno i sens, widzimy tylko chaotyczne pociągnięcia pędzla. A tymczasem świat jest utkany ze znaków, jest doskonały. To tylko my jesteśmy ślepi na to, co dla naszego życia jest najważniejsze.

Dalej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *