Dobrze, to w filmie ludzie będą się pytać, pytać i pytać: dlaczego przybyliście do nas? Zaczną – jak to oni – kombinować, wymyślać, zaczną się bać, wpadną w panikę, zabiją Twoją, a potem to już pogryzą się między sobą, świat stanie na krawędzi katastrofy nuklearnej, ale… Amy – to znaczy Lousie – dogada się z tym Chińczykiem, z chińskim generałem dogada się po kantońsku i uratuje ludzkość od zguby, a potem napisze ten podręcznik i wszyscy nauczą się języka uniwersalnego. Ogólno-planetarne szczęście, happy end na miarę galaktyki.
Mniej więcej o to chodzi. Ale w opowiadaniu Moja nie da się ukatrupić, o nie! A Ted Chiang napisze, że konflikt był inny. Że ludzie ukrywali informacje o sobie, że nie chcieli heptapodów uczyć swoich języków, a to wszystko po to, by handlować z kosmitami. I kiedy dostaną już uniwersalny język, to oni nie będą rozumieć, że już dostali to, co mieli dostać. Ciągle będą czekać na jakąś cudowną technologię, która zmieni ich życie. Bystrzaki? – ludzie do nich nie należą.
A może… – zadumał się Abbott. – A może tak filozoficznie. Że heptapody są dla nich darem od wszechświata, a za jakiś czas jak oni dorosną – hm? trzy tysiące lat im starczy? – to pomogą heptapodom, gdy one będą miały problemy.
Dobra, to już Twoja sama sobie załatwi z ekipą filmową. Moja Twojej powie jedno! Moja się nie zgadza z tym, żeby historia matki i dziecka była tylko ckliwym melodramatem. Ta historia powinna ilustrować rozważania o czasie.
Owszem, na początku filmu ten scenarzysta Eric Heisserer czy reżyser Denisa Villeneuve mogą trochę ponabierać widzów, wprowadzić ich błąd, że to są traumatyczne wspomnienia Lousie po śmierci jej dziecka. Ale potem ma się okazać, że to były wizje przyszłości. W opowiadaniu cała ta historia będzie ilustrować zasadę Fermata. Dzięki myśleniu w języku nielinearnym Lousie zacznie widzieć całe swoje życie.
Oczywiście każdy linearnie myślący człowiek powie, że to niemożliwe, bo widząc swoją przyszłość i dokonując zmiany zmieniłby przyszłość, tworząc nieskończoną liczbę możliwości swojego losu.
Właśnie, i tu Chiang musi dowieść, że jest rozwiązanie dla tej sprzeczności. To można zrobić tylko literacko. W swym opowiadaniu Ted Chiang wprowadzi czytelników w tajniki zasady Fermata: „Zasada Fermata brzmi dziwacznie, ponieważ opisuje zachowanie światła w kategoriach celu, jakby była wydanym mu przykazaniem: Będziesz minimalizowało albo maksymalizowało czas potrzebny, by dotrzeć do miejsca przeznaczenia„.
Wedle niej światło podąża do celu tak, jakby z góry obliczyło sobie najkrótszą lub najdłuższą drogę. Kłóci się to z ludzkim zdroworozsądkowym, linearnym myśleniem.
Z ludzkiego, mocno ograniczonego punktu widzenia, ludzie organizują swoje życie. Codziennie podejmują decyzje, które wedle nich coś zmieniają. Z nieskończoności czyli z naszego punktu widzenia, ich życie już się stało. Ono zaledwie realizuje się teraz. Cokolwiek zrobią to będzie tylko dalej jednym wątkiem rzeczywistości. Nie można rozszczepić rzeczywistości. Nie ma więc żadnej alternatywy. Wszelka zmiana jest złudzeniem. Każdy mistrz zen im to powie albo ten ich nauczyciel świata, Jiddu Krishnamurti.
Teraz to już Twoja przesadziła. Do Japończyków i Chińczyków jeszcze Hindus! To może jeszcze Nisargadatta Maharaj czy Ramana Maharishi? Przecież ci na Zachodzie boją się tych na Wschodzie jak czortów. Ludzie, szczególnie ci z Zachodu, myślą w kategoriach wykluczających się przeciwieństw, a nie przeciwieństw uzupełniających się. Tam gdzie ci ze Wschodu widzą yang i yin, tam ci z Zachodu widzą dobro i zło. Im do rozumu trzeba przemówić inaczej. Trzeba powołać się na Jezusa. Sięgnąć do Biblii.
Dobrze, jak sobie Twoja życzy. Moja jest ciekawa jak Twoja to zrobi – rzekł z przekąsem grubas.