Zaraz, powoli. Trzeba najpierw zrobić klimat. – Abbott dał dziwnym gestem do zrozumienia Costello by ten poruszył swoją wyobraźnią.
Dwanaście statków przybywa na ich planetę. Piękne widoczki, atmosfera tajemniczości. A potem pojawia się piękna lingwistka, taka milutka, szara myszka. Jest sympatyczna i już w pierwszej scenie wszyscy w kinie ją lubią.
Nazywa się dr Lousie Banks. Najlepiej gdyby miała jakiś osobisty problem. Problem z tym dzieckiem…
Co dalej?
I gdy już widzowie będą gotowi, zza siódmego kosmicznego lasu, zza siódmej kosmicznej góry przybywają Nasze! Siedmiooczni, siedmionożni, siedmiomądrzy…
Moja rozumie. „Piękna i bestia” w wersji z mackami – złośliwie skomentował Prychacz.
W tej historii spotykają się dwie zupełnie odmienne cywilizacje: ziemskich gospodarzy i gości z nieba. Czy jednak heptapody są tak różne od ludzi? – Costello spojrzał znacząco na Abbotta, by skłonić go do zastanowienia, ale wielkich nadziei sobie nie robił.
Tak naprawdę cywilizacja ludzka, którą ta historia pokazuje to kultura Zachodu, rzec można kultura europejsko-amerykańska, której korzenie są łacińskie. Jednak wbrew pozorom na tej kulturze ich świat się nie kończy. Ich wschodnia kultura jest bardziej podobna do kultury heptapodów. Japonia poprzez swoją izolację i specyfikę osobowości Japończyków wykształciła najbardziej rozwiniętą szkołę duchową w dziejach ich świata jaką jest buddyzm zen.
Żadna inna religia nie stworzyła tak perfekcyjnego systemu weryfikacji oświeconych mistrzów i bezsłownego kształcenia uczniów. Nie o wiedzę tu jednak chodzi, nie o umiejętności czy świadome działanie, ale przeciwnie, o sztukę zapominania o sobie, sztukę nie-działania.
Latami ćwicząc się adept odzyskuje utraconą dziecięcość, naturalność. Już nie to, co robi jest ważne, ale to, na ile potrafi pozwolić unieść się prądowi rzeki życia. Gdy to się stanie odkrywa wielką tajemnicę świata – to, że wszystko ma swój sens, nawet najbardziej błaha rzecz ma swą wielką wagę tu i teraz. W jego oczach świat staje się mozaiką niepodzielonej Jedności.
Nie może on niczego od siebie dodać do tego, co już by nie było stworzone przez „się” dzianie. Buddyści bowiem, sami zanurzeni w Jedności, nie odczuwają Boga jako bytu zewnętrznego wobec nich samych. Nie twierdzą też, że są Bogiem, bo to też tworzyło by opozycję wobec tego, co Bogiem nie jest. Zadowalają się więc trudnym do zrozumienia dla innych ludzi pojęciem „się”, które oddaje istotę sprawy.
Zatem na niby tylko to będzie fantazja o przybyszach z kosmosu, a naprawdę ta historia pokaże spotkanie świata zeświecczonego Zachodu ze światem Wschodniej mistyki. Chiang pisze: „Sądząc po tym, co nam pokazali, ludzie byli bardziej podobni do siedmionogów niż jakikolwiek inny napotkany przez nie gatunek.”