„A tym, którzy uwierzą, będą towarzyszyły takie znaki:
(…) będą mówić nowymi językami” (Mk 16,17)
I
Znaczenie
Pytanie od którego chcę wyjść dotyczy każdego wierzącego: co z tego, że ktoś „wierzy w Boga” skoro świadomie nie doświadcza bożego piękna w swoim własnym życiu? Przecież tak naprawdę niewiara nie polega na tym, że nie wierzy się w nic. Nie wierzyć w nic to szaleństwo. Tak zwany niewierzący wierzy zatem w chaos oraz w swoją wolę. Wierzy, że życie przypadkowo podsuwa mu różne ewentualności spośród których on wybiera. Mistyk przeciwnie – wierzy, że to Bóg z doskonałością realizuje jego życie, ponieważ dostrzega ponadludzkie piękno i mądrość swego losu. To nie on usiłuje kreować siebie i swój los, ale jego życie w przedziwny, najlepszy z możliwych sposób jakby samo się realizuje. On raczej usiłuje zapomnieć o sobie, pomniejszyć swoje „ja”. Zatem przeciętny wierzący – człowiek, który tylko „wierzy w Boga” (wierzy w to, że Bóg jest, ale nie dostrzega Go w swoim życiu) jest gdzieś pomiędzy niewierzącym a mistykiem. Tak zwana „wiara” jest często pułapką – ową „letniością” pomiędzy byciem zimnym lub gorącym.
W takim kontekście Kościół winien być miejscem, gdzie można nauczyć się widzieć boże piękno w swoim własnym życiu. Jest to możliwe wtedy, gdy wspólnota jest grupą małą i zaangażowaną. Bowiem Kościół, który obsługuje tylko wiernych, który stawia ich w sytuacji jedynie biernych odbiorców jest niczym nadopiekuńcza matka – nie pozwala swym dzieciom na rozwój. Takim miejscem… można rzec, że taką katolicką szkołą kształcącą mistyków jest Neokatechumenat. „Szkołą” w bardzo dosłownym znaczeniu, choć nie taką, gdzie za odpowiedzi stawia się oceny. Uczestnicy tej drogi doświadczają tego, że to nie oni wybierają temat czytań na dany dzień, że to nie oni stawiają przed sobą pytania, widząc wszakże nieprzypadkowość tych zdarzeń. Można powiedzieć, iż doświadczają tego, że ktoś prowadzi ich do właściwej odpowiedzi i w końcu ktoś zachęca ich do podzielenia się tym w echu słowa z innymi członkami wspólnoty. Czytania nie są tu tylko mądrymi, pouczającymi historiami czy przypowieściami, będącymi „w cieniu” kazania, jak to jest dla ogółu wierzących na niedzielnej mszy (o ile w ogóle w tłumie można się odpowiednio skupić na nich). W neokatechumenalnych, kameralnych warunkach czytania są konkretną pracą, która w rezultacie prowadzi właśnie do owego dostrzeżenia bożego piękna w życiu każdego z uczestników drogi.
Nie chciałbym jednak, by zabrzmiało to jak reklama Neokatechumenatu jako najlepszego środka do zbliżenia z Bogiem dla katolika. Mistykiem można zostać niezależnie od rodzaju praktyki, a nawet niezależnie od religii. Mistycyzm jest bowiem czymś zupełnie naturalnym, dziecięcym, naiwnym. Najwspanialszy mistyk o jakim czytałem był myśliwym żyjącym w ussuryjskiej tajdze. Prosty, nieuczony człowiek, który obrócił mój świat myśli na drugą, wydaje się tę właściwą stronę. Żeby jednak uniknąć zarzutu jakobym tylko teoretyzował chcę przytoczyć – przyznam szczerze – dość zwariowane zdarzenie z mojego własnego życia, moją naiwną próbę życia mistycznego.
II
Doświadczenie
Kiedyś udało mi się nieustannie myśleć o Bogu. Pomysł był naprawdę zwariowany, prosty… i skuteczny, jak się potem okazało, aczkolwiek wymagał niesamowitej siły woli. Polegało to na tym, że cokolwiek robiłem starałem się być tego świadomym i wspominać Boga. Na przykład zamykając drzwi mówiłem w myślach: “zamykam drzwi i myślę o Bogu”. Starałem się stale mieć wgląd we własne wnętrze (w tym tkwi sedno sprawy – bez tego była by to tylko głupia zabawa) i nie myśleć mechanicznie. Był więc to taki niemal nieustanny monolog: “idę korytarzem i pamiętam o Absolucie, patrzę przez okno i mam świadomość Boga, siadam do komputera – kocham Cię Boże!”
Ta wymyślona przeze mnie praktyka skończyła się zupełnie nieoczekiwanie. Otóż tego dnia wieczorem pokłóciłem się z żoną. Pierwsza niezwykła rzecz to ta, że my się niemal nigdy nie kłócimy. Druga – krzyczałem i to tak, jak nigdy dotąd. Wydaje się, że krzyczałem na maksymalnej wydolności gardła tak, że potem mnie ono bolało od kilku zaledwie krzyków. Ale trzecia naprawdę niesamowita rzecz to ta, iż kłóciłem się z żoną o jej duszę. Walczyłem z depresją w którą wtedy wpadła o zbawienie jej duszy, a nie o to by “postawić na swoim”, jak to bywa w przypadku normalnej, małżeńskiej sprzeczki.
I tu chcąc być w zgodzie z własnymi przekonaniami muszę się poprawić. Otóż stwierdzenie “ja walczyłem” jest mylące. Powinnem napisać “moja osoba walczyła” albo “ta walka toczyła się we mnie”, bo to jakby działo się samo, bez mojego rozmysłu. “Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”(Ga 2,20) – o tę różnicę mi chodzi. “Nie ja”, ale “we mnie”, ale “moja osoba”. Zaimek osobowy należy zamienić na dzierżawczy. Nie akcentować osoby, ale raczej wskazać miejsce rozgrywania się zdarzeń.
Ta “kłótnia” uświadomiła mi jedno. Wszystko to, co nas normalnie całkowicie zajmuje, wszystkie te treści życia, dla Boga są właściwie nieistotne. On ma na uwadze tylko jedno – zbawienie duszy. Niby teoretycznie wiemy o doniosłości zbawienia, ale trzeba mi było takiego doświadczenia, by przekonać się o tym, jak to wygląda od strony Boga.
III
Przemyślenia
Z mych skromnych doświadczeń ośmielam się wysnuć taki wniosek. Życie mistyczne polega na tym, że się w pewien sposób umiera, a umierając oddaje się swoją osobę Bogu, by mógł On walczyć o dusze innych ludzi. Potem znów wraca się do normalnego, ludzkiego życia. Im więcej owych śmierci (czy też „narodzin dla Boga”) zdarza się na drodze mistyka, tym pilniej pragnie on pracować nad sobą, by stać się lepszym narzędziem dla bożej ręki. Wszystko to (nasz kontakt z Ojcem, jak i dzieło boże) dąży zaś do Jedności.
Cóż to znaczy „umierać w pewien sposób”? Wedle mistyka o którym wspomniałem nie tylko człowiek jest istotą myślącą. Tak naprawdę każde naturalne stworzenie myśli. Myśli źdźbło trawy, myśli dzik w stadzie, myśli chmura na niebie, myśli płomień w ognisku… Każde stworzenie – nawet kamień – ma swój własny charakter, pełną swoistego, niepowtarzalnego piękna żywą, myślącą naturę. Człowiek od całego tego świata różni się tym, że poza naturalnym myśleniem potrafi myśleć także na inny sposób: potrafi kalkulować, porównywać… Przede wszystkim ta umiejętność go wyróżnia. Przesada w takim myśleniu odgradza go od świata, wpycha własną duszę w ciemny kąt jaźni i tym samym oddala też od Boga. Bóg bowiem nie posługuje się tzw. konwencjonalną arytmetyką, nie umie dodawać czy mnożyć. Nie umie też podejmować lepszej lub gorszej decyzji. Jest On na swój, a nie na nasz, ludzki sposób sprawiedliwy, ponieważ nie potrafi oceniać i wynagradzać. Bóg działa doskonale, bo nie potrafi celować i pudłować lub trafiać.
Oczywiście człowiek to istota mówiąca. Posługiwanie się słowem pozytywnie nas wyróżnia spośród reszty stworzeń i czyni szczególnymi dziećmi bożymi, ale i tu wychodzi na jaw nasza ułomność – kalkulowanie. Gdyby nie to, słowem potrafilibyśmy góry przenosić. Inaczej mówiąc gdyby „na początku było słowo” nie boże, ale ludzkie – słowo przemyślane, wykalkulowane, zadecydowane – świat nigdy by nie powstał. Tymczasem stało się inaczej – świat wedle takiej zrodził się harmonii: Jedność rozpadła się na części z których każda myśli, każda jest żywym słowem Boga. Te części jednak nie decydują same za siebie: drzewo nie wątpi w to czy zrzucić liście, ani wiatr nie duma nad tym czy dotarł już we właściwe miejsce. Za wszystkimi działaniami stoi więc Bóg. Z sobie tylko znaną logiką dotyka ich swą doskonałością, którą można dostrzec jako pełne piękna i mądrości się dzianie – taniec świata. Jak pięknie, jak mądrze się to zdarzyło – mówi mistyk z premedytacją nie używając wielkich słów. Mistyk zresztą nie pragnie wcale wzniosłych rzeczy. Jeśli pociągają go wielkie wyzwania to znaczy, że ciągle jeszcze żyje swoim małym, ludzkim wyobrażeniem. Prawdziwy mistyk ma pragnienia najzupełniej skromne. W chwilach, gdy oddala się od Boga pragnie tylko wrócić do bycia tym, czym jest w istocie – do bycia żywym słowem. Nie „mistykiem”, „duchownym”, „pisarzem”, „mędrcem”, ale słowem jedynym, niepowtarzalnym, wypowiedzianym przez Stwórcę. Zapisem zaś tego słowa jest jego los – im bardziej wiernym zapisem, a mniej ludzkim, tym losem piękniejszym.
Mistyk szuka szczęścia nie w świecie, a w sobie samym. Zmierza swą świadomością w głąb samego siebie. Lecz tę samą drogę można przemierzać na dwa sposoby. Pierwszy sposób – rzec można Wschodni – wyraża się w zapytaniu „kim jestem?” lub „czym jestem?” Tu uwaga mistyka skupia się na tym, co leży w jego centrum, na prawdziwym „ja”, a zatem na tym, czym jest w istocie. Niejako „za plecami” swej uwagi pozostawia on swą osobę. Najczęściej używa się tu przeciwieństwa „ja” i „nie ja”. Drugi sposób – powiedzmy że Zachodni – polega na wyrzeczeniu się siebie i wyrazić go można na przykład w słowach „Bądź wola Twoja”. Uwaga mistyka jest skierowana na zewnątrz, ku swej osobie, którą oddaje on Bogu. Jego prawdziwe „ja” nie zaprząta tu jego uwagi, ale właśnie – często zupełnie nieświadomie – ku niemu zmierza. Rzec można kroczy ku niemu idą do tyłu, próbując oddalić się od swej osoby. Ostatecznie bowiem nie można wyrzec się tego, czym się jest w istocie. Najczęściej używa się tu przeciwieństwa „ja” i „Ty” czyli „Bóg”.
Żadnego z tych sposobów nie można uznać za lepszy lub gorszy od drugiego, skoro oba prowadzą do świętości, którą jest utożsamienie się ze swą nieśmiertelną naturą. Mistyk, który izoluje się od społeczeństwa, który żyje w swym wewnętrznym świecie niczym autystyczne dziecko nie jest w niczym gorszy od tego, który oddaje się służbie potrzebującym widząc w nich cierpiącego Boga. Podobnie ten, który ze znawstwem opowiada o „jaźni” i „tożsamości” nie jest mądrzejszy od tego, który z naiwną prostotą mówi o bożej miłości. Każdy na swój sposób doświadcza jedynego w swym rodzaju misterium, którego nie można opisać żadnymi słowami – spotkania z Prawdą.
Zatem „umierać w pewien sposób” to znaczy gubić tę naszą kalkulującą cząstkę, gubić to wybierające „ja”. To znaczy stawać się znów dzieckiem, które jeszcze nie wie co to dwa plus dwa, które nie wie co to dobro i zło. To stawać się s powrotem niemowlęciem, które łapie palec rodzica tak doskonale, iż żadną siłą go nie sposób uwolnić. Ten sposób umierania jest możliwy tylko wtedy, kiedy posiądziemy sztukę zapominania o sobie. Przestaniemy utożsamiać się z ego, z tym „ja”, które zostało stworzone przez cywilizację. Zaczniemy natomiast utożsamiać się z duszą – z „ja” danym nam przez Ojca.
IV
Przemiana
„JA JESTEM” wielokrotnie mówi Chrystus (J 8,24. 28. 58. 13,19) zupełnie tak, jakby koniecznie chciał nas przekonać o tym, że to Bóg jest istotą bytu – nie jakąś konkretną osobą, ale jej sednem, osią każdego stworzenia. Tę treść odnajdujemy także w Księdze Wyjścia (Wj 3,14-15). Jezus wskazując na siebie gotowym do zarzucenia go gradem kamieni ludziom stara się przekazać Prawdę przebudzonej Jedności (J 14,10. 11. 10,30. 38.). W swym zapamiętaniu dochodzi do stwierdzenia, które współczesny chrześcijanin przypisałby raczej hinduskiemu mędrcowi niźli Chrystusowi (J 10,34-35). Aż chciałoby się w zniecierpliwieniu zapytać: „Czemu On tak mąci? Czemu nie powie tego prosto: Ja jestem Bogiem, we mnie wierzcie! koniec i kropka”. On tymczasem wskazując na siebie chce ukazać żywą prawdę, która jest w nas samych, a której my samodzielnie dostrzec nie potrafimy. Tak, Jezus jest żywym lustrem – lustrem, które pokazuje odbicie nie naszego ciała, lecz ducha. Można z oburzeniem rzucić weń kamieniem i zbić, zastąpić je „świętym obrazkiem”, bowiem Bóg daje nam prawo do ukamienowania własnej duszy, ale bynajmniej nie tego od nas oczekuje. Oczekuje raczej dziecięcego zadziwienia, dziecięcej chęci badania, której nie można zaspokoić prostym nazwaniem danej rzeczy.
Lecz w tym chrystusowym, stanowczym „JA JESTEM” brzmi też inna treść – już nie tylko duchowa, ale o dziwo lingwistyczna. Zupełnie tak, jakby Bóg twierdził, że tylko On ma prawo do użycia zaimka osobowego. Zdaje się mówić: Nie Ty jesteś, ale Ja jestem – Ty nie jesteś! Tak jakby twierdził, iż każdy z nas wypowiadając „ja” ma na myśli tylko swą osobę czyli niewiele więcej niż ciało, tylko jakoweś chwilowe wyobrażenie siebie, a nie tę nieśmiertelną Prawdę, którą jest w istocie. Czyż wobec tego człowiek, zamiast używać dziesiątek równie nietrafnych imion na opisanie tej Prawdy, nie powinien zwrócić jej tego jednego imienia, które niesłusznie przypisuje sobie – „ja”?
Człowiek nie jest Bogiem, nie jest sam sobie Panem. Człowiek tak, jak każde inne stworzenie nie jest samym Stwórcą. Jest on jednak Bogu niezbędny do tego, by byt przezeń stworzony do życia przebudzić. Przebudzić wpierw do życia cielesnego, a później – duchowego. Niemniej czło- wiek nigdy nie jest właścicielem życia – swojego czy jakiegokolwiek innego, nawet tego przez niego cieleśnie czy duchowo poczętego. Swe życie on zaledwie dzierżawi i zgodne z tym stanem należy mu się miano – zaimek dzierżawczy. Człowiek nie „ja” określać siebie powinien, ale „moja”.
Współczesny mistyk pod którego tak wielkim wrażeniem jestem tak właśnie uczynił – zmienił w swej mowie zasady określania osób. Mówiąc o sobie „moja”, o innych „jego”, a zwracając się do nich „twoja” ten zupełnie niewykształcony człowiek dokonał rewolucyjnego, iście kopernikańskiego przewrotu myślowego – przesunął językową granicę podziału na podmiot i przedmiot. Dotąd granica ta przebiegała pomiędzy bytami różnego rodzaju – rzeczami i osobami. Teraz zaczęła przebiegać w głębi każdego bytu, pomiędzy tym, co w nas jest śmiertelne, chwilowe i tym, co boskie, wieczne.
Wiele jest rzeczy ważnych na drodze mistyka, podobnie jak i na duchowej drodze ludzkości. Takie z nich jak miłość czy współczucie, jeśli dane jest mistykowi ich zaznać, prowadzą go do świętości. Jest wśród nich wiara – być może z nich najbardziej ścisła, uchwytna. Wiara nie jako przypisanie człowieka do danych obyczajów religijnych. Wiara nie jako uważanie za pewnik tego, czego nie sposób jest udowodnić. Wiara raczej w znaczeniu chrystusowym, szalenie praktycznym (Mk 11,23). Wiara jako umiejętność myślenia – myślenia bez wątpliwości, bez roztrząsania wielu możliwości, które mogą nastąpić. Podobnie tak, jak dzień nieodłącznie związany jest ze słońcem, choć rzadko to bezpośrednio spostrzegamy, tak myślenie ściśle związane jest z językiem. Zasady rozumienia świata, jakie nieświadomie przyjmujemy za naturalne i jedyne, tak naprawdę są często arbitralnymi zasadami językowymi. Można je zmienić tak, by język prawdziwiej odzwierciedlał rzeczywistość duchową. I mimo tego, że proces taki musi trwać setki lat, należy je zmienić po to, by przemienić świat.
