Ap 3,20
Prawdziwego pijaka można poznać zawsze po jednym. Prawdziwy pijak bowiem przechwala się, że w swoim życiu pił już wszystko. Czy rzeczywiście pił od Napoleona po wodę kolońską lub coś jeszcze bardziej szokującego to już inna kwestia. Na szczęście ja się tak nigdy nie przechwalałem, a przynajmniej nie pamiętam tego. Nigdy nie stać mnie było na drogie trunki, a z drugiej strony nigdy nie upadłem tak nisko, by pić co popadnie. Tego dnia, który tu chcę opisać miałem w portfelu tyle akurat, by kupić sobie wino, jakie kupuję zazwyczaj, gdy dopadnie mnie zły nastrój. I wszystko byłoby tak jak zwykle, gdyby nie to, że gdy już stałem przy ladzie sklepu monopolowego coś mnie podkusiło. Wybrałem jak się okazało wino szczególne.
Z początku jednak nic na to nie wskazywało. Cena przystępna, bodaj 12 złotych. Butelka jak butelka, z dwoma naklejkami – duża, kolorowa z napisami po włosku czy hiszpańsku, z tyłu mniejsza po polsku. Poszedł w ruch korkociąg – korek jak korek, przeciętny. Szybko wypiłem lampkę, potem drugą – całkiem niezłe, może trochę cienkie, na szczęście niezbyt wytrawne… Skłamałbym jednak sugerując, że piłem je tylko dla doznań smakowych. Myśli podlane alkoholem zaczęły mi płynąć po głowie bez pośpiechu. Życie zaczęło wyglądać mniej ponuro niż widziane na trzeźwo. Przyznaję, iż nie mam zbyt mocnej głowy. Wydawało się, że już teraz wino z dobrym rezultatem osiągnęło swój zbawienny wpływ, jaki miało wywrzeć na moje ciało i ducha. Tymczasem jednak, jak się rychło okazało, byłem w wielkim błędzie.
Gdzieś tak przy trzecim kieliszku poczułem się na tyle wyluzowany i towarzyski, że zachciało mi się z kimś pogadać. Oczywiście, wstyd się przyznać, piłem sam, jak to mówią „do lustra“. Jednak gadać do siebie nie chciałem – na to wypiłem jeszcze stanowczo zbyt mało. Zagadnąłem więc do butelki, bo była najbliżej i jakoś duchowo była mi w tej chwili najbliższa.
– Świetny trunek. Dziękuję buteleczko! – rzuciłem przyjacielsko.
– Na zdrowie! – odpowiedziała butelka.
– Boże Najwyższy, ta butelka gada! – wyrwało mi się. Przez głowę w oka mgnieniu przeleciał mi strumień wątpliwości: Zwariowałem? Ale czemu? Czy to wino jest aż tak mocne, że już się zupełnie ubzdryngoliłem? Nie. A może rozcieńczyli oryginalne wino jakimś zabójczym świństwem, alkoholem metylowym i mój mózg jest już śmiertelnie zatruty? Muszę natychmiast zadzwonić po pogotowie!
– Po pierwsze nie lękaj się, zmysły cię nie zwodzą. Rzeczywiście jestem butelką wina, która mówi – odrzekała do mnie. – A drugie: nie bierz imienia Pana, Boga twego, nadaremno.
– Nie, to przecież niemożliwe. To sen. To jakiś pijacki koszmar – tłumaczyłem sobie na prędce, mówiąc na głos do siebie, by nie stracić resztki kontaktu z rzeczywistością. W momencie wytrzeźwiałem.
– No przecież nie jesteś jeszcze taki pijany – stwierdziła butelka rzeczowo. Widać to mnie do niej przekonało, bo zapytałem ciągle jednak zszokowany.
– Ale jak…, no jak to możliwe?
– Jestem winem, które ma dar języków.
– Co takiego? Dar języków? – Mgliście przypominałem sobie biblijne opowieści o ludziach, którzy mówili wieloma językami zupełnie ich się nie ucząc.
– Tak. Potrafię mówić. I to różnymi językami. I wiem dużo o języku – odrzekła z dumą.
– Nie. To jakiś kawał – zacząłem się zastanawiać kto chciałby w ten sposób „nabić mnie w butelkę“. – To śmieszne. Po co flaszce sikacza dar języków? Też pomysł – obrzuciłem ją kpiącym spojrzeniem.
Zauważyłem, że wino w butelce na te słowa zrobiło się jakby bardziej ciemne, krwiste, było to bowiem wino czerwone. Butelka zamilkła. Najwyraźniej obraziła się na mnie za to, co powiedziałem.
Zrobiło mi się trochę głupio. Wypiłem i nie wiedziałem czy nalać sobie kolejną lampkę czy też spróbować z powrotem nawiązać konwersację. Wybrałem to drugie wyjście, bo na pierwsze nie miałem śmiałości. Postanowiłem rozpocząć pogawędkę od początku.
– Mam na imię Tomasz. A ty? – zapytałem nieśmiało.
– Ach, niewierny Tomasz! To sporo wyjaśnia. Ja nazywam się Sagrada Familia.
– O, to chyba po hiszpańsku? – te obce słowa wydały mi się znajome.
– Tak. Sagrada Familia znaczy Święta Rodzina.
Teraz dopiero przyjrzałem się butelce dokładniej. Faktycznie na frontowej, oryginalnej kartce była rodzina z małym dzieckiem. W tle zaś krzyż. Oświeciło mnie nagle.
– To znaczy, że jesteś winem… – zabrakło mi słowa.
– Tak. Jestem winem mszalnym – nie pozwoliła mi dokończyć, taka nagle zrobiła się rozmowna. – Świeckie wina nie mogą zostać obdarzone tym darem.
– Hm? – zamyśliłem się – naprawdę?
– Jeśli chcesz wiedzieć dar języków służy zawsze jednemu celowi – ewangelizowaniu.
– Hm?! – zbaraniałem jeszcze bardziej.
– Tomaszu, chcę porozmawiać z Tobą o twojej duszy – wypaliła bezceremonialnie niczym jakiś Świadek Jehowy.
– Zaraz, zaraz. Ale co ty, w końcu bądź co bądź butelka możesz wiedzieć o duszy? – już się przestraszyłem, że znowu się obrazi, ale skutek był wręcz przeciwny.
– Jak to co? Czyż istotą wina nie jest spirytus czyli Duch? Spiritus flat ubi vult – powiedziała niezrozumiale zaraz dodając – Duch, kędy chce, tchnie. Od ciebie, Tomaszu różnię się tylko powłoką, osobą, ale w środku, w świecie duchowym jestem taka sama jak ty. Mam swoje „ja“ i swoją duszę. Jestem tak samo jak ty podmiotem, chociaż przedmiotami jesteśmy różnymi.
– Jesteś podmiotem i przedmiotem? Jesteśmy tacy sami? Wybacz, ale nie bardzo to wszystko łapię. Szczególnie nie łapię tego spirytusowego ducha. Zrobił mi się mętlik w głowie.
– Widzę, Tomaszu – powiedziała z rozbawieniem. Wino mile zafalowało. – Nalej sobie. Bez krępacji. Będzie ci się łatwiej myślało.
– O dzięki. Naprawdę… mogę? – nie dałem się długo prosić. Gdy ja z odpowiednim szacunkiem raczyłem się trunkiem, Sagrada Familia zaczęła wykład na całego. Widać długo była zakorkowana, taka gadatliwa była teraz.
– Widzisz Tomaszu. Wy ludzie uważacie, że jesteście podmiotami, a wszystko inne to przedmioty. Mylicie się. Tak naprawdę każde boże stworzenie począwszy od winnego grona, a skończywszy na tobie można nazwać przedmiotem, bo ma cielesną formę i zarazem – podmiotem, choćby dlatego że ma duszę. – Po tym kieliszku wydało mi się to całkiem przejrzyste i wiarygodne, do tego stopnia, że zdziwiłem się czemu sam tego wcześniej nie zauważyłem. Butelka jakby czytając w mych myślach rozprawiała dalej.
– W ten błąd wprowadza was język, jakim mówicie. Język dzieli tak a nie inaczej rzeczywistość na podmioty i przedmioty, a wy bezkrytycznie przyjmujecie to za prawdę, jedyną prawdę. Myślicie, że sama umiejętność mówienia czyni was podmiotami. Tymczasem wy, ludzie jesteście tacy materialistyczni, że bardziej jesteście przedmiotami niż te stworzenia, które nie mówią. To właśnie wszystkie te pogardzane przez was ptaszki i kwiatki są bardziej boże, uduchowione, podmiotowe. – Ta przemowa zrobiła na mnie wrażenie, chociaż już nie wszystko było dla mnie takie jasne.
– Sagrada, jesteś filozofem – wyrzekłem z poważaniem.
– Och, to za dużo powiedziane – odpowiedziała tym razem przepięknie rumieniąc się za skromności. – Każdy język ma wpisaną w swą budowę mądrość, filozofię z jaką oddaje on rzeczywistość. Kiedyś wy ludzie to zrozumiecie. Do dziś zaledwie posługujecie się językiem, nieświadomie poddając się jego autorytetowi. Kiedyś to wy będziecie panem języka, kiedyś będziecie tworzyć w języku.
– Co tworzyć?
– Wspanialszy świat! – odrzekła z górnolotnie.
– W języku tworzyć wspanialszy świat? Nie jarzę.
– Na przykład to w dużej mierze język sprawia, że niektóre rzeczy, które są w was, wy spostrzegacie jako zewnętrzne, obce.
– Co masz na myśli?
– Mogę zadać ci osobiste pytanie, Tomaszu? – zapytała nagle bardzo poważnie.
– Wal śmiało – odparłem bez namysłu.
– Co masz w sobie?
– Jak to co? Chodzi ci o kości, mięśnie itd?
– A co więcej? Co jest zawartością twojego „ja“?
– No, rozum, pamięć, uczucia… – próbowałem się domyślić o co jej chodzi, a przecież nie tak łatwo domyślić się co ma na myśli butelka.
– A czy masz w sobie Boga?
– Ja… w sobie… Boga… – zacząłem się sobie uważniej przyglądać.
Albo na mojej twarzy nic nie mogło się przed nią ukryć, albo oprócz daru języków istotnie miała też dar czytania w myślach.
– Nie patrz na zewnątrz, tylko do wewnątrz!
– Że niby gdzie?
– Widzę, że bez przykładu się nie obejdzie. Zróbmy eksperyment. Stań przy oknie, z nosem przy szybie. – Stanąłem jak mówiła. Było mi trochę głupio i zimno w czubek nosa, ale co mi tam… – Widzisz tylko to, co jest za oknem, prawda? W polu twojego wzroku zupełnie nie ma tego, co dzieje się wewnątrz twojego własnego domu. Pewnie zaledwie dostrzegasz ramy okna.
– Rzeczywiście, tak jest. I co z tego?
– Tak właśnie żyje większość ludzi przez całe swoje życie. Stoją z nosem przy szybie, w nieustannym pragnieniu nasycenia się światem, ale szyba sprawia, że pragnienie to nigdy się nie może spełnić. Ważne dla nich, a nawet jedynie prawdziwe jest tylko to, co na zewnątrz. Z czasem zupełnie tracą zainteresowanie swoim wnętrzem. Zapominają nawet, że je mają.
– Może faktycznie jest w tym trochę racji. Czemu tak się dzieje?
– Bo życie na zewnątrz rozgrywa się szybko, jest gwarne, a zdarzenia są takie różnorodne. To przyciąga uwagę.
– A wewnątrz?
– Tak, wewnątrz każdy z nas ma takiego domownika, który nie jest zbyt rozmowny ani skory do robienia imprez. Ma za to inne zalety. To Bóg. Tomaszu, on cię kocha!
– Chrzanisz – wyrwało mi się obcesowo.
– Nie chrzanie! – wino wyraźnie zbladło ze złości – Jeśli chcesz wierzyć w to, że Bóg jest gdzieś daleko to twoja sprawa, głupcze!
Wydało mi się, że butelka, która dotąd stała do mnie prosto naklejką, teraz była obrócona bokiem. W winie dostrzegłem kilka pęcherzyków powietrza. Najwyraźniej Sagrada była nie na żarty wzburzona. Po chwili zaczęła już nie podnosząc głosu.
– Nikt nie może ci narzucić tego, w co masz wierzyć. Tylko ty sam możesz sprawdzić co jest w twoim wnętrzu. Ja tylko próbuję ci przekazać, że nie jesteś pusty, jak ci się teraz wydaje. Bóg jest żywą, pełną miłosierdzia obecnością w każdym z nas, tu i teraz. Jesteś zatwardziały, dlatego tego nie czujesz. Ja mogę cię zmiękczyć, ale potrwa to tylko przez krótką chwilę upojenia. Potrzeba dużo więcej czasu by ożywić twoje wewnętrzne czucie, byś znów stał się dzieckiem. Sam musisz wykazać jakąś inicjatywę.
– Jak miałbym to zrobić?
– Możesz wstąpić do którejś ze szkół mistycznych.
– Do jakiej szkoły?
– To są takie wspólnoty ludzi modlących się, medytujących, kontemplujących bożą obecność. Ja jestem winem mszalnym wspólnoty Neokatechumenalnej. Wszyscy członkowie spotykają się dwa razy w tygodniu, ale ja jestem tylko raz, zawsze w sobotę wieczorem czyli już w niedzielę.
– Ty… w sobotę… w niedzielę… – rozłożyłem ręce.
– Że też tobie trzeba wszystko tłumaczyć jak poganinowi! – Zrobiło mi się głupio, bo mimo że jestem ochrzczony to nigdy jakoś nie chodziłem do kościoła i o sprawach religijnych nie mam zielonego pojęcia.
– W soboty wieczorem jest niedzielna eucharystia i wszyscy członkowie wspólnoty jedzą chleb i piją wino – ciało i krew Chrystusa. Na pamiątkę ostatniej wieczerzy.
– To jakaś sekta? Słyszałem ,że…
– To katolicy, bałwanie. Nie masz się czego obawiać.
– No, nie obiecuję. Może kiedyś – jasne, że nie byłem zbyt chętny. – A długo tak trzeba chodzić do tej szkoły, bo ja z nauką zawsze miałem trudności?
– Spróbuj, a potem się zobaczy – wyczułem, że nie chce mi powiedzieć tego, co myśli, pewnie by mnie za wcześnie nie zniechęcać. Nie nalegałem jednak na dokładną odpowiedź, bo zaproponowała mi nalanie z niej sobie kolejnej lampki, a przecież w dobrym towarzystwie nie wypada się ociągać.
Z czasem gawędziło nam się coraz przyjemniej. Rozmawialiśmy o tym i owym, a ona ciągle sprowadzała rozmowę na językowe i duchowe zagadnienia. Nie powiem zresztą – coraz bardziej pociągało mnie odkrywanie swego wewnętrznego życia. Może właśnie dlatego tak często dotąd zaglądałem do kieliszka. Starałem się wypełnić swą wewnętrzną pustkę alkoholem. Nikt wcześniej nie potrafił mi przekonująco pokazać, że można inaczej. Sagrada nauczyła mnie, że nie w tym rzecz, by uchlać się całą butelką. Sztuka upić się łykiem wina, ale ciało i umysł mieć trzeźwe, czyste. Trzeba wpuścić w siebie Ducha i dać się mu porwać, a nie rozpaczliwie topić się w nim całymi dniami.
Gdy w czasie zajmującego dyskutowania nieopatrznie opróżniłem do końca butelkę zrobiło mi się smutno. Duch uleciał, Sagrada umilkła. Następnego dnia poszedłem do sklepu i kupiłem nową butelkę tego hiszpańskiego, mszalnego wina. Ta jednak nic nie mówiła. Próbowałem nawet przelać wino z nowej do tamtej butelki, ale bez żadnego rezultatu. Wtedy jeszcze niewiele rozumiałem z tego, co wydarzyło się tamtego dnia. Wkrótce całe to zdarzenie stało się dla mnie nierealnym wspomnieniem, niczym fantastyczny sen.
Jakiś czas później zbiegiem okoliczności dowiedziałem się o rekolekcjach neokatechumenalnych w kościele. Przypomniałem sobie to, co o tej wspólnocie mówiła mi Sagrada. Postanowiłem wybrać się na nie. Rzeczywiście, jak mówiła Sagrada, nie było się czego bać. Dziwna to „szkoła“, w której nie tylko można, ale wręcz należy pić wino. Nie zwykłe wino, ale przemienione. Jego łyk wprawia nas w taki nastrój, że czasem tańczymy wokół stołu – stołu też niezwykłego, pełnego kwiatów i świec. Ucztujemy z Chrystusem. Będąc tak blisko Niego, jesteśmy o wiele bliżej samych siebie. I bracia, ludzie których tu poznałem nie wydają się już tacy szarzy, nieciekawi, jak z początku mi się wydawało. Gdy opowiadają o sobie, o swoim życiu okazuje się, że każdy ma w sobie jakąś ważną historię, pełną tajemniczości żywą drogę, na której zmaga się ze swym cierpieniem, „niesie swój krzyż“.
Wiara sprawiła, że zacząłem inaczej siebie widzieć. Bardziej jako żywą butelkę, której istotą jest jej zawartość, niż jako człowieka, którego jedyną wartością jest jego zewnętrzna osoba i to, co do niej należy. Teraz będąc człowiekiem wierzącym zacząłem siebie widzieć jako chrystusową świątynię, z której rozlewa się wola boża, a nie jako byt równy Bogu, kreatora, który chce być niezależny od swego Stwórcy. Zrozumiałem też, że nie jestem płaskim „ja“. Że nie jestem tylko tuż za mymi oczami. I że to, co widzę przez oczy nie jest jedynym na co mogę zwrócić mą uwagę. Teraz czasem już na trzeźwo wzrok mi się rozmywa i patrząc w głąb siebie czuję, że nie jestem w mym ciele sam. Jak mogłem dotąd ignorować ten świat, który dziś stał mi się tak bliski? Praca, rodzina, przyjemności… wszystko to, co zewnętrzne stało się dla mnie o wiele mniej ważne niż kiedyś. To tu jest mój prawdziwy dom. We mnie jest moja ziemia obiecana, moje wyzwolenie! Nie tylko od pijaństwa. Przede wszystkim od całej tej kretyńskiej dwulicowości w jakiej trwa ludzki świat. Świat uczy nas tylko gonitwy i wyrzutów sumienia, że zostajemy w tyle za innymi. Świat ciągle stara się byśmy reagowali na strach, który sam w nas budzi. Świat słodko szepce nam byśmy nieustannie zapełniali nie mającą dna beczkę pragnień.
W końcu stało się ze mną coś dziwnego, a może nawet szalonego. Jeśli tak, to mam nadzieję, iż jest to boże szaleństwo. Zrobiłem się jakiś nieludzki, bezosobowy, przezroczysty… Przestałem być człowiekiem. Sagrada Familia tak silnym wzorem życia stała się dla mnie, że za jej przykładem zmieniłem się fizycznie. Zostałem przemieniony w butelkę mistycznego wina. Do szczęścia wystarcza mi nie robić nic, tylko stać lub leżeć i zaglądać w głąb siebie. Wpatrywać się w uśpiony we mnie ogień Świętego Ducha. „Uśpiony“ znaczy nieoddychający. Sagrada mówiła, że w każdym oddechu – wina czy człowieka – jest Bóg. A gdy kiedyś jakiś człowiek otworzy mnie wyciągnąwszy korek, a Bóg tchnie we mnie, nie pozwolę mu się sobą po prostu upić. Wiem co zrobię. Będę go ewangelizować. Tylko to jedno naprawdę warto w życiu robić. Zmiękczać zatwardziałość ludzkich serc i głosić z miłością: Bracie, ratuj duszę swoją!
Będzin, 29.12.2002r., Świętej Rodziny
