1
Nazywam się Polikarp Olientiew. Historia, którą chcę wam opowiedzieć zaczyna się w roku 1902. Miałem wtedy 26 lat. Byłem mężczyzną średniego wzrostu, dobrze zbudowanym. Miałem jasne włosy, wydatne rysy twarzy i niewielkie wąsy. Służyłem w armii jako strzelec, a nie chwaląc się byłem jednym z najlepszych. Stacjonowałem we Władywostoku, zwanym „Perłą Wschodu”, niepodobnym do żadnego z miast syberyjskich. W malowniczym porcie pośród okrętów wojennych i statków handlowych uwijały się zgrabne dżonki chińskie. Spotykało tu się japońskich kupców, chińskich i koreańskich rybaków, norweskich poławiaczy wielorybów, amerykańskich handlarzy oraz włóczęgów z całego świata czujących się doskonale w każdej szerokości geograficznej. Zapach dalekich mórz mieszał się w tym niezwykłym mieście z zapachem pierwotnej tajgi, która wciskała się tu wszystkimi porami. O krok od miasta pasły się stada dzików, a zdarzało się nieraz, że zgłodniały tygrys zapędził się aż między domy. Ulica Tygrysia stąd wzięła swoją nazwę, iż tutaj właśnie, spośród kompanii wojska, tygrys porwał żołnierza.
Nic więc w tym dziwnego, że gdy tylko poszukiwano chętnych do wzięcia udziału w ekspedycji wojskowej w głąb tajgi zgłosiłem się na ochotnika. Dziwny i jedyny w swoim rodzaju jest Kraj Ussuryjski. Lodowce, które spłynęły niegdyś na Syberię, nie objęły jego obszarów, stąd roślinność i świat zwierzęcy zachowały tu ślady pradawnego okresu świetności z czasów, gdy panował tu ciepły klimat. Ogólne ochłodzenie Syberii nie mogło jednak pozostać bez wpływu na jego faunę i florę. Pełne gwaru, wesołe liściaste lasy wypierała powoli mroczna tajga. I stąd powstała w tym obszarze dziwna, nie spotykana gdzie indziej, mieszanina świata roślinnego i zwierzęcego. Północna jodła owija się tu winoroślą, a orzechy rosną obok świerka i cedru. Niedźwiedź i soból żyją obok tygrysa i pantery. Mnóstwo tu było jeleni plamistych, dzików, japońskich ibisów i żurawi, chińskich kaczek i australijskich kulików. Niestety wraz z coraz większym zaludnieniem ginęła ta pierwotna mnogość. Zaledwie pięć lat później wybuchnęła tu gorączka złota i ze wszystkich, nie tylko okolicznych stron zaczęli napływać tzw. „poszukiwacze złota” – ludzie najgorsi z najgorszych, z żądzy zysku potrafiący bez skrupułów zabijać. Jednak wtedy, gdy byłem tam lasy nad rzeką Ussuri przypominały jeszcze pierwotną rajską krainę. Żyli tam jeszcze ich pierwotni mieszkańcy. A słyszałem, że były to ludy niezwykłe.
O syberyjskich tubylcach Tunguzach (Oroczonach, Menegrach, Lamutach), Jakutach i innych mówiło się, że należeli do ludzi najuczciwszych i najporządniejszych, jacy gdziekolwiek istnieją. Zawdzięczali to wrodzonemu łagodnemu charakterowi, uszlachetniającemu wpływowi przyrody, w której żyli i oczywiście oddaleniu od zepsucia, które szerzyła pseudo-europejska kultura. Wiele plemion nie rozumiało zupełnie co to znaczy kradzież, a w językach niektórych szczepów nie było np. w ogóle słowa „kłamca”, bo występki takie były dla nich niezrozumiałe.
Zatem tego roku wyruszyłem z ekspedycją ku Sichote-Aliń – „Ciemnym Górom”, przypominającym z daleka wzburzone i raptownie skamieniałe morze. Było nas sześciu strzelców syberyjskich i cztery konie. Oddział nasz miał na celu zbadanie przełęczy z wojskowego punktu widzenia powiatu szkotowskiego oraz poznanie przełęczy i łańcucha górskiego Da-diań-szań. Mieliśmy również zbadać wszystkie ścieżki dookoła jeziora Chanka i w okolicy kolei ussuryjskiej. Dodam, iż jest to jeden z dwóch krańcowych odcinków kolei trassyberyjskiej – najdłuższej na świecie drogi kolejowej, łączącej wówczas Władywostok z daleką Europą, z Warszawą.
To właśnie z jednostki stacjonującej w Warszawie przybył tu nasz dowódca, kapitan Władimir K. Arseniew. Gdy oddelegowano mnie pod jego komendę początkowo byłem pełen złych myśli. Zwykle na Daleki Wschód zsyłano tych, którzy szczególnie narazili się dowództwu. Nikt dobrowolnie nie rezygnował z kariery i wygodnej służby w cywilizowanej Europie. Kapitan Arseniew był jednak człowiekiem nietuzinkowym. Wielokrotnie w trakcie naszych nocnych rozmów przy ognisku opowiadał mi o tym, że już od dziecka marzył o dalekich podróżach. Tę chęć poznawania świata zaszczepił mu ojciec, kasjer Mikołajewskiej Drogi Żelaznej Klaudiusz Arseniew. To właśnie w domu rodzinnym, w ubogim mieszkaniu na przedmieściach Petersburga młody Arseniew zaczytywał się w powieściach przygodowych. Chłopięce zainteresowanie przygodą nie przeszło z wiekiem, jak to bywa u wielu ludzi. W gimnazjum geografia stała się jego ulubionym przedmiotem. Nawet obudzony w nocy potrafiłby narysować trasę podróży Kolumba do Ameryki, Vasco da Gamy do Indii czy też szlak syberyjski Jermaka. Najchętniej jednak rysował siebie i swoje przygody w wyimaginowanych, dalekich podróżach.
Z czasem miejsce dziecinnych powieści o przygodach zajęły naukowe dzieła geografów, podróżników i przyrodników. Chłopak żarłocznie połykał wiedzę, sprawozdania z wypraw naukowych. Marząc po chłopięcemu o dokonaniu wielkich czynów, martwił się czasami, że urodził się za późno, że bez jego udziału dokonano już na świecie wielkich odkryć, a nim dorośnie, wszystko już zostanie odkryte i zbadane.
Z czasem zafascynował mnie ten niezwykły człowiek – z jednej strony dociekliwy, skrupulatny badacz, a z drugiej – marzyciel, wręcz poeta. I on chyba widział we mnie pozytywne cechy, takie jak myśliwskie doświadczenie i optymizm, bo zaprzyjaźniliśmy się. Gdy potrzebował kompanii zawsze spośród innych strzelców wybierał mnie. Nie inaczej było do owej pamiętnej nocy.
2
Tego wieczoru musieliśmy rozbić obóz w bardzo nieprzychylnej okolicy, wśród głębokich, zawalonych karpinami rozpadlin, wyrw i porośniętych mchem skał.
– Jako żywo przypomina mi to obraz Nocy Walpurgii – rzekł Kapitan. – Trudno sobie wyobrazić miejsce bardziej dzikie i nieprzyjemne.
Rozmawialiśmy o tym, że las i góry są czasem wesołe i pociągające, tak iż wówczas miałoby się ochotę zostać tam na zawsze. Czasem znów przeciwnie – góry robią wrażenie dzikich, ponurych.
– I dziwna rzecz – zadumał się Kapitan – uczucie to nigdy nie bywa indywidualne, subiektywne, lecz zawsze zbiorowe, obejmujące całą grupę ludzi.
Rzeczywiście, tak jak mówił, wszyscy czuli tutaj smutek i grozę, które wywierały na nas przytłaczające wrażenie.
– To nic – powiedziałem chcąc go pocieszyć – jakoś przenocujemy. Nie będziemy tu przecież zimować. Jutro znajdziemy weselsze miejsce.
Po rozbiciu obozu i przyniesieniu drewna, rozsiodłaliśmy konie i zabraliśmy się do gotowania wieczornego posiłku. Później każdy zajął się swoimi sprawami: jeden czyścił strzelbę, inny naprawiał siodło albo reperował podarte ubranie. Kapitan wyciągnął swój dziennik i zaczął spisywać zdarzenia z ostatniego odcinka drogi. Ja naprawiając obuwie też wspominałem to, co zdarzyło się dzień wcześniej.
*
Poprzedniego wieczoru podczas gdy strzelcy rozbijali namioty Kapitan skorzystał z wolnej chwili, by obejrzeć okolicę. Oczywiście zabrał ze sobą mnie. Przebyliśmy niewysoki grzbiet i znaleźliśmy się w sąsiedniej dolinie porosłej gęstym lasem. Przecinało ją w poprzek szerokie, suche łożysko górskiego potoku. Tutaj drogi nasze rozeszły się. Kapitan poszedł w lewo po pokrytej żwirem mieliźnie, a ja – w prawo, przez las. Nagle na drzewie zauważyłem siedzącego zwierza. Szybko, lecz spokojnie wymierzyłem i wypaliłem. Gdy zwierz rzucił się do ucieczki chciałem natychmiast załadować jeszcze raz, ale właśnie, jak na złość, jeden nabój zaciął się w magazynku i zamek nie dał się zatrzasnąć.
Doskoczył do mnie Kapitan.
– Do kogo strzelałeś?
– Zdaje się, że do tygrysa – odpowiedziałem – Mierzyłem dobrze i na pewno trafiłem.
Teraz już powoli znów nabiłem strzelbę i obaj ruszyliśmy ostrożnie w stronę, gdzie ukrył się zwierz. Krew na suchej trawie świadczyła o tym, że istotnie raniłem go. Zatrzymaliśmy się i wytężyłem słuch. Z przodu, z prawej strony, dochodziło chrapanie. Przez gąszcz paproci nic nie można było dojrzeć. Wielkie, powalone na ziemię drzewo zagradzało nam drogę. Chciałem je przesadzić skokiem, lecz ranne zwierzę uprzedziło mnie i rzuciło się gwałtowanie na nasze spotkanie. Nie przykładając kolby do ramienia, w pośpiechu, wystrzeliłem z bliska. Udało się. Kula trafiła w samą głowę zwierzęcia – upadło na zwalone drzewo i zawisło na nim łbem i przednimi łapami po jednej jego stronie, a zadem po drugiej. Ranne zwierzę po kilku konwulsyjnych ruchach poczęło gryźć ziemię i ześlizgując się powoli po pniu drzewa, zwaliło się ciężko u moich nóg. Była to pantera mandżurska, zwana przez miejscową ludność „barsem”.
*
Aniśmy się spostrzegli jak wszyscy zmęczeni pokładali się do snu i spali już jak zabici. Konie, nie znalazłszy w lesie pokarmu, podeszły do biwaku i zawiesiwszy łby zapadły w drzemkę. Wreszcie około godziny dziesiątej Kapitan zamknął zeszyt i ułożył się przy ognisku. Zaczęliśmy rozmawiać. Nagle konie uniosły łby i nastawiły uszu, by po chwili uspokoić się i znowu zapaść w drzemkę. Początkowo nie zwróciliśmy na to szczególnej uwagi i rozmawialiśmy dalej. Upłynęło kilka minut. Wreszcie usłyszałem dobiegający z lasu hałas. Zerwałem się na nogi i zasłoniwszy się ręką przed blaskiem ogniska, wpatrywałem się przed siebie, nieco w bok.
– Co się stało? – zapytał Kapitan.
– Ktoś schodzi z góry – odpowiedziałem szeptem. Zaczęliśmy obaj nasłuchiwać; dokoła jednak było cicho, tak cicho, jak tylko bywa w lesie chłodną jesienną nocą. Nagle z góry posypały się drobne kamyki.
– To pewnie niedźwiedź – powiedziałem i zacząłem nabijać strzelbę.
– Strzelaj nie trzeba. Moja ludzie… – dał się słyszeć głos z ciemności i po kilku minutach do naszego ogniska podszedł człowiek.
Ubrany był w kurtkę i spodnie z wyprawionej jeleniej skóry. Na głowie miał jakiś zawój, na nogach unty, na plecach duży tobołek, a w rękach drewniane koziołki i długą berdankę.
– Witaj, kapitan – powiedział przybysz zwracając się do Władimira Kławdiewicza, po czym oparł o drzewo strzelbę, zdjął z pleców tobołek i otarłszy spoconą twarz rękawem koszuli, przysiadł się do ognia. Mogłem mu się teraz dobrze przyjrzeć. Wyglądał na jakieś czterdzieści pięć lat. Był niedużego wzrostu, krępy i prawdopodobnie odznaczał się dużą siłą fizyczną. Pierś miał wypukłą, ręce muskularne, mocne, nogi nieco krzywe. Jego opalona twarz była typowa dla tubylców: wydatne kości policzkowe, maleńki nos, oczy mongolskie z fałdką na powiekach i szerokie usta z mocnymi zębami. Małe, ciemnopłowe wąsy okalały mu górną wargę, a niewielka rudawa bródka zdobiła podbródek. Najbardziej jednak przykuwały uwagę jego oczy. Były ciemnoszare, spoglądały spokojnie i nieco naiwnie. Wyrażały zdecydowanie, prawość charakteru i dobroduszność.
Nieznajomy nie oglądał nad tak ciekawie, jak my jego. Wydobył zza pazuchy kapciuch z tytoniem, nabił swoją fajeczkę i zaczął palić w milczeniu. Nie wypytując, kim jest i skąd idzie, Kapitan poczęstował do jedzeniem. Taki jest obyczaj tajgi.
– Dziękuję, kapitan – powiedział. – Moja bardzo chce jeść, moja dziś nie jeść.
Podczas gdy jadł, przyglądałem mu się dalej, U pasa zwisał myśliwski nóż, prawdopodobnie więc był to myśliwy. Ręce miał zgrubiałe, podrapane; podobne, tylko głębsze blizny miał na twarzy: jedną na czole, drugą na policzku koło ucha. Kiedy zdjął zawój z głowy, zauważyłem, że ma gęste, płowe włosy; rosły one bezładnie i zwisały z boku długimi kosmykami.
Nasz gość nie był rozmowny. W końcu nie wytrzymałem i zapytałem go wprost:
– Kto ty jesteś? Chińczyk czy Koreańczyk?
– Moja Gold – odpowiedział krótko.
– Jesteś pewnie myśliwym? – zapytał z kolei Kapitan.
– Tak – powiedział. – Moja ciągle polowanie chodzi, innej pracy nie ma, ryba łowić też rozumieć nie, tylko jeden polowanie rozumieć.
– A gdzie mieszkasz? – wypytywałem go dalej.
– Moja nie ma dom. Moja wciąż sopka mieszka. Ogień pali, namiot rozkłada, śpi. Zawsze chodzi polować, jak w domu mieszkać?
Opowiedział potem, że dziś polował na marale i ranił jedną matkę, ale lekko. Idąc za postrzeloną, natknął się na nasze ślady. Zaprowadziły go one do wąwozu. Gdy się ściemniło, zobaczył ogień i skierował się prosto w jego stronę.
– Moja cichutko chodzi – mówił. – Myśli, jaki ludzie daleko sopka chodzi? Patrzy – jest kapitan, żołnierze. Moja wtedy chodzi prosto.
– Oto myśliwy, który zgubił jelenia! – wyrwało mi się.
– A twoja zawsze trafiać? – zwrócił się do mnie.
– Żołnierz nigdy nie chybia! – przechwalałem się.
– Twoja wielki myśliwy! Twoja zabić wszystko i nasze nic nie jeść – odpowiedział dobrodusznie.
Kapitan i gość roześmiali się. Śmiali się długo, a ja poczułem się urażony. W tamtej chwili nie rozumiałem tego, ale teraz wiem, że wtedy pierwszy raz poczułem się zazdrosny o Kapitana. Widziałem jak bardzo był tym człowiekiem zainteresowany. Nie przeczę, od razu można było w nim dostrzec coś szczególnego, oryginalnego. Mówił po prostu, cicho, zachowywał się skromnie, bez przypochlebiania się, ale wtedy tego jeszcze nie potrafiłem docenić. Wręcz przeciwnie. Byłem młodym, butnym żołnierzem. Obrażony położyłem się spać.
– Jak się nazywasz? – Kapitan spytał nieznajomego, gdy skończyli się śmiać.
– Dersu Uzała – odpowiedział.
*
Następnego dnia rano dowiedziałem się, że Kapitan i Dersu rozmawiali do świtu. Gdy po herbacie zabraliśmy się do juczenia koni, Dersu zaczął się także przygotowywać do drogi. Zarzucił na plecy tobołek, do ręki wziął drewniane koziołki i berdankę. Po upływie kilku minut oddział nasz ruszył w drogę. Okazało się, że Dersu idzie z nami.
Wąwóz, przez który szliśmy, był długi i kręty. Z jego licznych rozgałęzień z szumem wypływała woda. Szczelina stawała się coraz szersza i przechodziła stopniowo w dolinę. Stare nacięcia na drzewach wskazywały nam ścieżkę. Gold szedł na przedzie i cały czas uważnie patrzał pod nogi. Czasem pochylał się ku ziemi i rękami rozgarniał listowie.
– Co się stało? – zapytał Kapitan.
Dersu powiedział, że ścieżka ta nie jest dla konnych, lecz dla pieszych; wiedzie ona po sobolich potrzaskach i kilka dni temu szedł nią jakiś człowiek – prawdopodobne Chińczyk.
Byliśmy zdumieni słowami Golda. Zauważywszy nasze niedowierzanie zawołał:
– Jak wasza nie rozumieć?! Popatrz sam!
Skierował moją uwagę na szczegóły, które rozproszyły od razu wszystkie wątpliwości. Było to takie jasne i proste. Dziwiłem się, że sam tego wcześniej nie zauważyłem. Po pierwsze, na ścieżce nigdzie nie było śladów końskich, po drugie, nie była oczyszczona z gałęzi; konie nasze przedzierały się z trudem i wciąż zaczepiały jukami o drzewa. Następnie skręty stały się tak ostre, że koniom trudno było iść i musiały obchodzić ścieżkę. Przez strumyki ślady wiodły po kłodach i ścieżka nigdzie nie schodziła do wody; drogę zagradzały zwalone pnie, których nikt nie próbował usunąć. Ludziom nie zawadzały, a konie należało oprowadzać dokoła. Wszystko więc wskazywało na to, że ścieżka nie była przeznaczona dla podróżnych z jukami.
– Dawno jeden ludzi chodzi – mówił Dersu, jakby do siebie.
– Ludzie skończyć chodzić. – I zaczął obliczać, kiedy spadł ostatni deszcz.
Ścieżką tą szliśmy około dwóch godzin. Las iglasty stopniowo przechodził w mieszany. Coraz częściej trafiły się topole, klony, osiny, brzozy i lipy. Kapitan chciał już zrobić długi postój, ale Dersu poradził mu, byśmy poszli jeszcze trochę.
– Nasza prędko szałas znaleźć – powiedział i wskazał na obdarte z kory drzewa.
Zrozumiałem go od razu. A więc gdzieś w pobliżu musiało znajdować się to, do czego potrzebna była kora. Przyśpieszyliśmy kroku i po upływie dziesięciu minut ujrzeliśmy na brzegu strumyka niewielki, o jednospadowym dachu szałas, zbudowany przez myśliwych czy też poszukiwaczy żeń-szenia. Obejrzawszy go dokoła nasz nowy znajomy potwierdził, że kilka dni temu przeszedł ścieżką Chińczyk i on właśnie nocował w tym szałasie. Świadczył o tym ubity deszczem popiół, pojedyncze posłanie z trawy i porzucone stare nakolenniki z daby.
Wówczas zrozumieliśmy, że Dersu nie jest pospolitym człowiekiem. Mieliśmy przed sobą wytrawnego tropiciela i mimo woli przyszli mi na myśl bohaterowie Coopera i Mayne Reada. Dersu był pierwotnym myśliwym, które całe życie spędził w tajdze. Środki do życia zdobywał przy pomocy strzelby, którą odziedziczył po ojcu; zdobycze z polowania wymieniał u Chińczyków na tytoń, proch i ołów. Jak się okazało Dersu miał pięćdziesiąt trzy lata i nigdy nie miał domu, żył zawsze pod gołym niebem i tylko zimą budował sobie tymczasową jurtę z dębnika albo kory brzozowej.
W czasie postoju dla nakarmienia koni Kapitan skorzystał z okazji i w cieniu cedru położył się spać. Obudziłem go po upływie godziny. Powiedziałem, że Dersu narąbał drew, zebrał korę brzozową i wszystko to złożył do szałasu.
– Pewnie chce spalić szałas – zakończyłem.
Podeszliśmy do niego i próbowali odwieść go od tego zamiaru. Zamiast odpowiedzi Dersu poprosił tylko o szczyptę soli i garść ryżu. Kapitan wyraźnie zaciekawiony, po co jest mu to potrzebne, kazał mu dać wszystko, czego chciał. Gold starannie zawinął zapałki w korę brzozową, osobno pozawijał w korę ryż i sól i zaczął gotować się do drogi.
– Pewnie zamierzasz tu wrócić? – Kapitan spytał Golda.
Pokręcił przecząco głową. Wówczas spytał go, dla kogo zostawił ryż, sól i zapałki.
– Jakiś inny ludzie chodzi – odpowiedział Dersu. – Szałas znajdzie, suche drwa znajdzie, zapałki znajdzie, nie przepaść.
Zrobiło to na nas silne wrażenie. Gold troszczył się o nie znanego mu człowieka, którego nigdy nie zobaczy i który nigdy nie dowie się, kto przygotował mu drwa i pożywienie. Przypomniałem sobie, jak często odchodząc paliliśmy korę na ogniu. Robiliśmy to po prostu dla zabawy, nie przez jakąś złośliwość, a ja nigdy nie powstrzymywałem kolegów od tego. Troska o podróżnego… Dlaczego u ludzi, który mieszkają w miastach, te dobre uczucia, ta troska o cudze sprawy została tak przytłumiona? A przecież uczucia te dawniej niewątpliwie istniały.
3
I dowiedzieliśmy się dużo jeszcze o wysokiej etyce mieszkańców puszczy, o tabliczkach umieszczonych przez Chińczyków, poszukiwaczy żeńszenia i myśliwych, na samotnych dróżkach lub przełęczach z napisami, jak np. „przechodniu, w takiej to a takiej odległości stąd znajduje się moja lepianka. Jesteś głodny, idź tam i weź czego ci potrzeba” i jak podobno nigdy gościnność nie była nadużywana.
Tak oto Dersu stał się naszym przewodnikiem, a wnet nauczycielem. Nauczał nas rzeczy w naszym świecie niesłychanych. Razu pewnego poszli z Dersu czatować w nocy koło polany, na którą miało wyjść stado. Jelenie zawiodły, natomiast rozległ się niedaleko potężny ryk tygrysa, co i najdzielniejszego myśliwego zimnem przejmuje. Arseniew oczekując napaści skierował lufę w stronę, skąd zaczął się ryk coraz wścieklej powtarzać, ale Dersu położył strzelbę na ziemi, upadł na kolana i zwrócił się do tygrysa z przemową. Przepraszał go, że tu przyszli, nie wiedzieli bowiem, że to miejsce, na którym tygrys poluje, tłumaczył tygrysowi, że puszcza jest wielka, miejsca dość dla wszystkich, więc i oni pójdą poszukać sobie innego. Arseniew miał wielką ochotę zmierzyć się z tygrysem (zabił potem dwa jeszcze), ale ze względu na Dersu zaniechał zamiaru i odeszli stamtąd nie napastowani przez tygrysa. Goldowie nigdy na tygrysa nie polowali, był on bowiem wspólnego z nimi pochodzenia.
Z czasem Dersu zajął moje miejsce u boku Kapitana, co miałem mu za złe. Byłem młody nic więc dziwnego, że odczuwałem zazdrość. Zalety Dersu były jednak nieocenione, bo przecież wielokrotnie ratował on życie Kapitanowi.
U kresu naszej wyprawy, a było to późną jesienią, obozowaliśmy niedaleko ujścia rzeczki Lifu do jeziora Chanka. Arseniew zaproponował staremu, by poszli razem na kaczki. Dersu odradzał, bo było dość wietrzno, i wskazywał na jakieś dalekie chmurki, ale skoro mu Arseniew powiedział, że sam pójdzie, poszedł z nim razem. Polowanie potrwało kilka godzin, przy czym dość się oddalili od obozowiska, niejednokrotnie przeskakując małe strumyki wpadające do Lifu lub jej drobne rozgałęzienia. Tymczasem pod wieczór, kiedy trzeba było pomyśleć o powrocie, wiatr się zaczął wzmagać, coraz bliżej przeciągając czarną śniegową chmurę. Wzięli się do odwrotu, ale już było za późno. Malutkie strumyki, które poprzednio przeskakiwali, zamieniły się teraz w szerokie rzeki, bo dmący od jeziora wiatr coraz bardziej rozlewał ich wody. Wkrótce zaczęło się robić zimno, ciemno i padać zaczął coraz gęstszy śnieg. Obaj byli lekko ubrani i rozumieli dobrze, że straszna purga, która się właśnie rozpoczęła i mogła potrwać ze trzy dni, może ich stąd już nie wypuścić żywych. Dersu zwrócił się: „jeżeli nie będziesz mnie teraz słuchać, zginiemy” i zabrał się żywo do ścinania pęków sitowia i trzciny, każąc Arseniewowi robić to samo. Pośpiesznie zaczęli ścinać i zgarniać na kupę przy coraz większym śniegu i zwiększającym się mroku. Arseniew wkrótce zgubił nóż, Dersu kazał mu rwać sitowie rękami, lecz przemoczony i zziębnięty Arseniew nie długo mógł to robić. Zresztą zaczynał już tracić nadzieję, by się to na co zdało i wkrótce upadł na ziemię na pół zmarznięty. Teraz dopiero zrozumiał na co potrzebna była trzcina. Dersu zaczął go zarzucać tą trzciną i sitowiem, a kiedy nawalił już wielką kupę, sam się wczołgał pod nią i położył obok niego. Śnieg zawalił ich coraz bardziej, ale leżąc koło siebie pod kupą trzciny i sitowia, ocaleni byli od zasypania śniegiem i zaczęli się powoli rozgrzewać. Przeleżeli tak pod śniegiem całą dobę i dopiero na drugi dzień po południu purga ustała, chwycił silny mróz i już po zamarzniętych strumieniach i jeziorach wrócili do obozowiska.
Wkrótce myśmy wrócili do Władywostoku, a Dersu pozostał w tajdze. Kilka lat po tej wyprawie Arseniew, tym razem z Chabarowska, ruszył w następną wyprawę i znów spotkał w tajdze Dersu. Mnie niestety już na tej wyprawie nie było. Przeżyli liczne przygody znane mi ze wspaniałych książek Arseniewa. Ich wyjątkowa przyjaźń smutno się skończyła.
Po paru latach włóczęgi z Arseniewem zdarzyło się Dersu, że spudłował kiedyś do zwierza, zmarkotniał stary i zaczął sobie półgłosem rozważać, że to już starość idzie, a on sam na świecie i wkrótce nie będzie miał kto polować dla niego zwierzyny lub złapać ryby. Arseniew wzruszył się i przypominając staremu ile to razy ocalił mu on życie, powiedział, że za to on już go od siebie nie puści. Dersu nic nie odpowiedział, ale kiedy zdarzyło im się być po pewnym czasie w okolicach ujścia Lifu, zaprowadził Arseniewa do tajgi i wskazując na maleńką polankę powiedział: „w to miejsce od lat znosiłem znalezione przeze mnie żeńszenie, weź je sobie wszystkie za to, coś mi wówczas mówił” i przypomniał swój chybiony strzał. Dersu przyszedł wprawdzie z Arseniewem do miasta, ale nie mógł w nim długo wytrzymać, już po paru tygodniach wybrał się na polowanie do niedalekiego od Chabarowska pasma Chichcyr. Niestety sam padł tam ofiarą, zabity przez jakiegoś podmiejskiego włóczęgę albo kolonistę Moskala, który mógł się obłowić zaledwie paroma rublami i dubeltówką.
***
Mikroadaptacja jest głównie kompilacją fragmentów tekstów z poniższych książek. Dodałem tylko pojedyncze zdania oraz dokonałem w tych tekstach niezbędnych zmian, tak by stworzyć spójną całość opowieści. To, by narratorem była osoba trzecia, strzelec Olientiew jest moim oryginalnym pomysłem.
1. Prawie cała część pierwsza mikroadaptacji to tekst pt. „Po Ussuryjskim Kraju” pochodzący z przedmowy do „Na bezdrożach tajgi”, wydanie II, 1960r., MON.
Trzeci akapit pierwszej części mikroadaptacji – uwagi Kazimierza Grochowskiego na temat syberyjskich tubylców – pochodzi z książki „Fort Grochowski” Edwarda Kajdańskiego z rozdziału II pt. „Śladami Dersu Uzały”. Grochowski był profesjonalnym poszukiwaczem złota pracującym w miejscu i czasie przygód naszych bohaterów. Dosłownie… chodził ich śladami.
2. Cała część druga mikroadaptacji to fragmenty „Na bezdrożach tajgi” W. Arseniewa (Rozdział I pt. „Szklany wąwóz”, Rozdział II pt. „Spotkanie z Dersu”, Rozdział III pt. „Polowanie na dziki”).
3. Cała część trzecia mikroadaptacji pochodzi z rękopisu Stanisława Poniatowskiego pt. „Dziennik wyprawy do kraju Goldów i Oroczonów w 1914 roku”. Rękopis ten znajduje się w zbiorach Archiwum Naukowego Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego we Wrocławiu. Zacytowałem go za książką Antoniego Kuczyńskiego pt. „Ludy dalekie a bliskie”.
Relacja Poniatowskiego rozpoczyna się tak: „Koło 5 przychodzi Arseniew, gadamy sobie, opowiada mi niektóre przygody ze swych wypraw, pochłaniam je z ogromnym zainteresowaniem. Opowiada o starym Goldzie Dersu Uznała, który kiedyś w nocy przyszedł zgłodniały do jego obozowiska w tajdze i odtąd przez kilka lat towarzyszył mu w wyprawach, dzieląc wspólnie przygody i nieraz ratując życie. Opowiada o nim z prawdziwym wzruszeniem.”
