Cała prawda o Jonaszu

Literackie wariacje na temat Księgi Jonasza napisane po
„Rekolekcjach z prorokami Izajaszem i Jonaszem. Słuchać Boga, by widzieć po Bożemu”

Cała prawda o Jonaszu

Jonasz był moim prorokiem. Dziesiątki razy służył mi wiernie, odważnie, pełen pokoju jak wtedy, gdy za panowania Jeroboama II przywracałem granice Izraela od wylotu syryjskiego Chamat aż do Morza Martwego[3], jak i wtedy, gdy wysłałem go do Jerozolimy. Tym razem jednak miało być inaczej.

Zawsze ujmował mnie swoją gorliwością. Nie robił rzeczy zbędnych czy cząstkowych. Jonasz nieodmiennie szedł na całość. Teraz wbrew zwyczajowi zapłacił za podróż z góry. Był uradowany tym, że okręt, który odpłynął i był już o dwa dni drogi od Jafy przygnany został z powrotem do portu mocnym wiatrem. W przeciwieństwie do swych rodaków nie obawiał się wypłynięcia na morze. Odbijając od brzegu powiedział: „Teraz wiem, że moje splątane ścieżki wyprostują się przede mną”.[4]

Stało się to, gdy odpłynęli na odległość jednego dnia od brzegu. Zerwał się przeciw nim sztorm na morzu i otoczył ich z prawej i lewej strony. Wszystkie inne łodzie dookoła płynęły spokojnie tam i z powrotem po morskiej tafli, i tylko łódź, na którą zszedł Jonasz, znalazła się w nieszczęściu.[4]

Na statku dało się słyszeć siedemdziesiąt języków, a każdy człowiek trzymał w ręce swojego bożka. Upadli pokornie ze słowami: „niech każdy z nas zawoła imienia swojego boga! A ten bóg, który odpowie i ocali nas od nieszczęścia, ten okaże się prawdziwym bogiem”. I zawołali, każdy do swojego boga – ci jednak im nie pomogli.[4]

Żal mi ich było. Porządni chłopcy, uczciwi. Nie chcieli mu zrobić krzywdy, ale przecież chcieli żyć. Wszyscy byliśmy pod ścianą. Wydawało się, że to już koniec.

Najpierw zanurzyli Jonasza tylko po kolana, ale już to wystarczyło, by morze przestało się gniewać. Gdy tylko jednak go wyciągnęli, morze się na nich wzburzyło. Potem wrzucili go i zanurzyli po pępek, a morze przestało się gniewać. Gdy go wyciągnęli, morze się na nich wzburzyło. Wrzucili go więc i zanurzyli po szyję, a morze znów się uspokoiło. I znów podnieśli go ku sobie, a morze ponownie się na nich wzburzyło.[4]

Choć trudno to ludziom zrozumieć to wszyscy ludzie mają wolną wolę a jednocześnie wszyscy czy wiedzą, czy bezwiednie, czy chcą, czy nie chcą, zawsze pełnią wolę moją[7]. Te dwie prawdy wydają się być jak Tarszisz i Niniwa – na dwóch przeciwległych krańcach świata, na przeciwległych krańcach myślenia.

Pisarze nazywają to „nieoczekiwanym zwrotem akcji”. Lubię pisać historie, mam do tego słabość. Piszę historię życia każdego człowieka. Nie jest łatwo, bo nie potrafię się powtarzać. Każdy ma więc inny los. Wielu ludzi narzeka na mnie, że kiepsko się spisałem w ich przypadku, ale co zrobić? Człowiek i jego los są jednością. Kształtowanie człowieka musi być bolesne, a jego słabości są mi potrzebne by z nim razem iść przez jego życie.

We wnętrznościach ryby wisiała perła, która oświetlała Jonasza niczym słońce świecące w swoim najwyższym punkcie na niebie w południe i w ten sposób pokazała mu wszystko, co znajdowało się w morzu i otchłaniach.[4]

Ryba pokazała mu podziemny świat zmarłych.[4]

Ryba pokazała mu wielką rzekę otaczającą świat, a wypływającą z wód oceanu.[4]

Pokazała mu także miejsce, w którym załamuje się morze i z którego wychodzą jego fale.[4]

Ryba pokazała mu też Morze Sitowia czyli Morze Czerwone przez które przeszedł Izrael.[4]

Pokazała mu kolumny ziemi i jej podstawę.[4]

Pokazała mu wreszcie Gehennę czyli piekło.[4]

Powiedział Jonasz, ponieważ gdy marynarze ujrzeli wszystkie te znaki, które uczyniłem z Jonaszem od razu każdy z nich powstał i wyrzucił swojego boga do morza.

Pomimo tego, że Jonasz znajdował się we wnętrznościach ryby przebyliśmy daleką drogę.

Był nie tylko brudny i śmierdzący po tych trzech dniach przebywania w ciasnych rybich trzewiach, ale nadto upokorzony, dosłownie wypluty. Jeszcze bardziej zły na mnie.

Miał do pokonania tysiąc kilometrów. Gdy szedł przez ten miesiąc złość ciągle jeszcze w nim narastała.

Ach jakże mi się wtedy podobał. Mój potulny gołąbek[8], introwertyk, samotnik z Galilei w tym zupełnie obcym i wrogim sobie sobie miejscu, w stolicy Asyrii. Płonął gniewem na mnie. Miał szaleństwo w oczach. Pięć słów, zaledwie pięć słów potrafił wycedzić przez zaciśnięte zęby do mieszkańców Niniwy. Nie uważał ich za ludzi. Bardziej za gniazdo robactwa, które należy spalić, ale ja odczuwałem to zupełnie inaczej.

Mój gniew nie jest taki, jak ludzie myślą. Ja nie płonę gniewem jak ludzie. Nikomu nie życzę źle, nie potrafię. Mój gniew to raczej ból tego, że moje dzieci robią sobie sami krzywdę pomimo tego, że podpowiadam im jak mają czynić[9].

Nic nie odpowiedział. Nie było mi łatwo z nim rozmawiać, bo i sytuacja którą sam wywołałam nie była prosta. To jest kulminacyjny punkt tej opowieści więc pora najwyższa wyjawić niewygodną dla mnie prawdę…

Jonasz miał jeszcze ostatnią nadzieję, że sprawy pójdą po jego myśli i nie będzie musiał czuć się skompromitowany jako prorok. W swym gniewie zapomniał o tym, że wszystko jest w moich rękach. Od początku. Od chwili gdy wstał i ruszył do Jafy by wsiąść na okręt płynący do Tarszisz. I potem gdy uiszczał należną opłatę i wsiadł na niego, by udać się daleko ode mnie. Jak to możliwe? Już wyjaśniam…

Otóż cała prawda jest taka, że gdyby Jonasz od razu poszedł do Niniwy i zaczął głosić mieszkańcom o tym, że jestem łagodny i miłosierny nikt by się tym nie przejął, a on sam zostałby zabity. To było zadanie, które z góry było ponad jego siły. Musiałem go dopiero uzdolnić do wykonania tego dzieła, bo przecież od początku chciałem uratować Niniwę i zachować przy sobie Jonasza. Dlatego musiałem go zdenerwować, musiałem go wkurzyć nie ma żarty. On musiał być chory ze złości. Tylko wtedy mieszkańcy mogli się go przerazić, nie zrobić mu krzywdy, a nawet uwierzyć mi i odwrócić się od złych czynów. Dlatego skłoniłem go do pierwszej w jego życiu ucieczki przede mną i do uporu pomimo widma śmierci w morzu. Udało się, jednak teraz zostałem ze skrzywdzonym przeze mnie Jonaszem. Musiałem go jakoś udobruchać.

Miał rację niestety. Mój Jonasz, moje kochane dziecko. Już było lepiej. Przynajmniej coś odpowiedział. Wiem, że jest to niezrozumiałe, ale nie potrafię tego wyjaśnić. Nie traktuję ludzi jakby byli marionetkami, bo wtedy nic nie miałoby sensu. Świat były tylko moją egoistyczną zabawą. Z drugiej strony nie pozostawiam ludzi samym sobie, bo wszyscy są mi bliscy. Jest między mną a światem stałe napięcie, sercowe zakrzywienie czasoprzestrzeni, grawitacja miłości.

Nie jest łatwo być dobrym dla wszystkich. Za nic nie chciałem stracić Jonasza. Nie mogłem pozwolić żeby odszedł ode mnie, ale chciałem też nawrócić i uratować marynarzy oraz mieszkańców Niniwy. Sęk w tym, że nie dało się inaczej napisać tej historii. Musiałem niecnie posłużyć się Jonaszem pomimo tego, że nie byłem dumny z mojej przewrotności. Musiałem stworzyć pozory tego, że rozeźlony ucieka przede mną, bo sam tak chce, choć od początku szedł moją drogą. Dałem mu radość, gdy okręt po niego zawrócił tylko po to, by znów go zdołować sztormem. Znów byłem dla niego dobry, gdy oglądał cuda pokazane mu przez rybę. Aż w końcu, gdy został uwolniony musiałem go rozjuszyć wściekle, skoro posyłałem go do Niniwy jak owcę między wilki. Tylko hartując jego złość, rozpalając ją i gasząc, mogłem go przez to przeprowadzić. Jednak teraz, gdy spełnił swoje zadanie zamierzałem go uspokoić przez chłód krzewu, obracając jego zagniewanie w absurd zsyłając robaczka, by w końcu skłonić go do rozmowy. Nade wszystko nie mogłem wyjawić mu prawdy i po prostu przeprosić, bo wtedy złamałbym jego ducha, a to by było gorsze dla niego i dla mnie niż jego śmierć. Mogłem tylko patrzeć na jego cierpienie i czekać aż moja miłość zagoi ranę, którą mu zadałem.

Jest jeszcze jedna prawda o Jonaszu, która w końcu powinna ujrzeć światło dzienne, bo już zbyt długo tkwi w mroku niezrozumienia pomimo tego, że nikt jej nie ukrywał. By ją zobaczyć trzeba przyjrzeć się Jonaszowi z bliska – nie patrzeć na niego jak na proroka tylko ujrzeć w nim człowieka. Tę prawdę widać od początku, od pierwszego słowa, które do niego wypowiedziałem. Czy nie rzekłem: „wstań” dlatego że leżał? Czy nie spał twardo mimo szalejącego sztormu i czy obudzony nie prosił spokojnie o wrzucenie go do morza? Czy nie powiedziałem po raz drugi: „wstań”, gdy leżał na brzegu porzucony przez rybę? Czy nie dość już widać? Tak, mój Jonasz zmagał się z depresją. Chciał umrzeć też później, gdy darowałem karę Niniwitom i kolejny raz, gdy zniszczyłem krzew nad jego głową. Tak naprawdę wszystko co wydawało się treścią tej historii było zaledwie jej tłem odwracającym uwagę od głównego celu. Ta właściwa gra toczyła się nie o Niniwitów, a o wydobycie Jonasza ze szponów czarnej melancholii, o to by mój przyjaciel znów chciał żyć. Cierń apatii był tak mocno wbity w serce mego sługi, że nic dla niego nie znaczyły spektakularne sukcesy: nawrócenie marynarzy, którzy siedemdziesiąt swych różnych bożków wyrzucili do morza oraz ocalenie największego miasta świata. [10]

Zresztą ostrze śmierci w końcu dosięgło Jonasza trzykrotnie. Po swym powrocie do domu z Niniwy Jonasz udał się ze swoją matką do miejsca zamieszkałego przez obce narody. Mówił bowiem oskarżając się: „Usunę moją hańbę, ponieważ mówiłem kłamliwie prorokując przeciwko Niniwie, wielkiemu miastu.” W tym czasie Eliasz upominał dom Achaba, a gdy zapowiedział głód na ziemi, uciekł. Eliasz uciekł przed gniewem króla na wschód, a następnie udał się do Sarepty koło Sydonu i zamieszkał w domu wdowy mającej syna, którym był Jonasz. Eliasz, przybywając do pogańskiego miasta, zamieszkanego przez pogan, znalazł się w trudnej dla siebie sytuacji, ale gdy spotkał w mieście wdowę z Jonaszem, mógł bez żadnych przeszkód u nich przebywać. A gdy umarł jej syn, Jonasz, wskrzesiłem go z martwych przez Eliasza. Po tym jak minął głód, powstawszy, przybył do ziemi Judy. Gdy jego matka umarła w drodze, pochował ją w pobliżu dębu Debory. A zamieszkawszy w ziemi Saraar, umarł, i został pochowany w grocie Kenaza.[11]

Tak kończy się ta opowieść o Jonaszu. Wiele razy Jonasz służył mi jako prorok, ale epizod ocalenia Niniwy był najbardziej bolesny nie tylko dla niego, ale był szczególnie przykry także dla mnie, bo pierwszy raz musiałem okłamać mojego przyjaciela, który ufał mi bezgranicznie. Duch Święty zapisał tę naszą precedensową przygodę jako narrator żydowskiego midraszu, a potem stała się ona częścią Biblii. Było mi przykro widząc, że przez tysiąclecia mówią o Jonaszu, że był leniwy, krnąbrny, że był dziwnym prorokiem, nerwusem czy to że był infantylny. Zupełnie niesłusznie każdy rzutował na niego swoje grzeszki – na tego, który zawsze był mi w pełni uległy. Dziś wreszcie mogłem wyznać całą prawdę i zrehabilitować go w oczach ludzi. To dlatego midrasz pozostał niedokończony. Dopiero dziś ta historia znalazła swoje zakończenie, historia o Jonaszu, najbardziej posłusznym proroku.

Mariusz Kwiatkowski – Chorzów 19.07.2026

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *