Cała prawda o Jonaszu

Literackie wariacje na temat Księgi Jonasza napisane po
„Rekolekcjach z prorokami Izajaszem i Jonaszem. Słuchać Boga, by widzieć po Bożemu”

Cała prawda o Jonaszu

Jonasz był moim prorokiem. Dziesiątki razy służył mi wiernie, odważnie, pełen pokoju jak wtedy, gdy za panowania Jeroboama II przywracałem granice Izraela od wylotu syryjskiego Chamat aż do Morza Martwego[3], jak i wtedy, gdy wysłałem go do Jerozolimy. Tym razem jednak miało być inaczej.

Zawsze ujmował mnie swoją gorliwością. Nie robił rzeczy zbędnych czy cząstkowych. Jonasz nieodmiennie szedł na całość. Teraz wbrew zwyczajowi zapłacił za podróż z góry. Był uradowany tym, że okręt, który odpłynął i był już o dwa dni drogi od Jafy przygnany został z powrotem do portu mocnym wiatrem. W przeciwieństwie do swych rodaków nie obawiał się wypłynięcia na morze. Odbijając od brzegu powiedział: „Teraz wiem, że moje splątane ścieżki wyprostują się przede mną”.[4]

Stało się to, gdy odpłynęli na odległość jednego dnia od brzegu. Zerwał się przeciw nim sztorm na morzu i otoczył ich z prawej i lewej strony. Wszystkie inne łodzie dookoła płynęły spokojnie tam i z powrotem po morskiej tafli, i tylko łódź, na którą zszedł Jonasz, znalazła się w nieszczęściu.[4]

Na statku dało się słyszeć siedemdziesiąt języków, a każdy człowiek trzymał w ręce swojego bożka. Upadli pokornie ze słowami: „niech każdy z nas zawoła imienia swojego boga! A ten bóg, który odpowie i ocali nas od nieszczęścia, ten okaże się prawdziwym bogiem”. I zawołali, każdy do swojego boga – ci jednak im nie pomogli.[4]

Żal mi ich było. Porządni chłopcy, uczciwi. Nie chcieli mu zrobić krzywdy, ale przecież chcieli żyć. Wszyscy byliśmy pod ścianą. Wydawało się, że to już koniec.

Najpierw zanurzyli Jonasza tylko po kolana, ale już to wystarczyło, by morze przestało się gniewać. Gdy tylko jednak go wyciągnęli, morze się na nich wzburzyło. Potem wrzucili go i zanurzyli po pępek, a morze przestało się gniewać. Gdy go wyciągnęli, morze się na nich wzburzyło. Wrzucili go więc i zanurzyli po szyję, a morze znów się uspokoiło. I znów podnieśli go ku sobie, a morze ponownie się na nich wzburzyło.[4]

Choć trudno to ludziom zrozumieć to wszyscy ludzie mają wolną wolę a jednocześnie wszyscy czy wiedzą, czy bezwiednie, czy chcą, czy nie chcą, zawsze pełnią wolę moją[7]. Te dwie prawdy wydają się być jak Tarszisz i Niniwa – na dwóch przeciwległych krańcach świata, na przeciwległych krańcach myślenia.

Pisarze nazywają to „nieoczekiwanym zwrotem akcji”. Lubię pisać historie, mam do tego słabość. Piszę historię życia każdego człowieka. Nie jest łatwo, bo nie potrafię się powtarzać. Każdy ma więc inny los. Wielu ludzi narzeka na mnie, że kiepsko się spisałem w ich przypadku, ale co zrobić? Człowiek i jego los są jednością. Kształtowanie człowieka musi być bolesne, a jego słabości są mi potrzebne by z nim razem iść przez jego życie.

We wnętrznościach ryby wisiała perła, która oświetlała Jonasza niczym słońce świecące w swoim najwyższym punkcie na niebie w południe i w ten sposób pokazała mu wszystko, co znajdowało się w morzu i otchłaniach.[4]

Ryba pokazała mu podziemny świat zmarłych.[4]

Ryba pokazała mu wielką rzekę otaczającą świat, a wypływającą z wód oceanu.[4]

Pokazała mu także miejsce, w którym załamuje się morze i z którego wychodzą jego fale.[4]

Ryba pokazała mu też Morze Sitowia czyli Morze Czerwone przez które przeszedł Izrael.[4]

Pokazała mu kolumny ziemi i jej podstawę.[4]

Pokazała mu wreszcie Gehennę czyli piekło.[4]

Powiedział Jonasz, ponieważ gdy marynarze ujrzeli wszystkie te znaki, które uczyniłem z Jonaszem od razu każdy z nich powstał i wyrzucił swojego boga do morza.

Pomimo tego, że Jonasz znajdował się we wnętrznościach ryby przebyliśmy daleką drogę.

Był nie tylko brudny i śmierdzący po tych trzech dniach przebywania w ciasnych rybich trzewiach, ale nadto upokorzony, dosłownie wypluty. Jeszcze bardziej zły na mnie.

Miał do pokonania tysiąc kilometrów. Gdy szedł przez ten miesiąc złość ciągle jeszcze w nim narastała.

Ach jakże mi się wtedy podobał. Mój potulny gołąbek[8], introwertyk, samotnik z Galilei w tym zupełnie obcym i wrogim sobie sobie miejscu, w stolicy Asyrii. Płonął gniewem na mnie. Miał szaleństwo w oczach. Pięć słów, zaledwie pięć słów potrafił wycedzić przez zaciśnięte zęby do mieszkańców Niniwy. Nie uważał ich za ludzi. Bardziej za gniazdo robactwa, które należy spalić, ale ja odczuwałem to zupełnie inaczej.

Mój gniew nie jest taki, jak ludzie myślą. Ja nie płonę gniewem jak ludzie. Nikomu nie życzę źle, nie potrafię. Mój gniew to raczej ból tego, że moje dzieci robią sobie sami krzywdę pomimo tego, że podpowiadam im jak mają czynić[9].

Nic nie odpowiedział. Nie było mi łatwo z nim rozmawiać, bo i sytuacja którą sam wywołałam nie była prosta. To jest kulminacyjny punkt tej opowieści więc pora najwyższa wyjawić niewygodną dla mnie prawdę…

Jonasz miał jeszcze ostatnią nadzieję, że sprawy pójdą po jego myśli i nie będzie musiał czuć się skompromitowany jako prorok. W swym gniewie zapomniał o tym, że wszystko jest w moich rękach. Od początku. Od chwili gdy wstał i ruszył do Jafy by wsiąść na okręt płynący do Tarszisz. I potem gdy uiszczał należną opłatę i wsiadł na niego, by udać się daleko ode mnie. Jak to możliwe? Już wyjaśniam…

Otóż cała prawda jest taka, że gdyby Jonasz od razu poszedł do Niniwy i zaczął głosić mieszkańcom o tym, że jestem łagodny i miłosierny nikt by się tym nie przejął, a on sam zostałby zabity. To było zadanie, które z góry było ponad jego siły. Musiałem go dopiero uzdolnić do wykonania tego dzieła, bo przecież od początku chciałem uratować Niniwę i zachować przy sobie Jonasza. Dlatego musiałem go zdenerwować, musiałem go wkurzyć nie ma żarty. On musiał być chory ze złości. Tylko wtedy mieszkańcy mogli się go przerazić, nie zrobić mu krzywdy, a nawet uwierzyć mi i odwrócić się od złych czynów. Dlatego skłoniłem go do pierwszej w jego życiu ucieczki przede mną i do uporu pomimo widma śmierci w morzu. Udało się, jednak teraz zostałem ze skrzywdzonym przeze mnie Jonaszem. Musiałem go jakoś udobruchać.

Miał rację niestety. Mój Jonasz, moje kochane dziecko. Już było lepiej. Przynajmniej coś odpowiedział. Wiem, że jest to niezrozumiałe, ale nie potrafię tego wyjaśnić. Nie traktuję ludzi jakby byli marionetkami, bo wtedy nic nie miałoby sensu. Świat były tylko moją egoistyczną zabawą. Z drugiej strony nie pozostawiam ludzi samym sobie, bo wszyscy są mi bliscy. Jest między mną a światem stałe napięcie, sercowe zakrzywienie czasoprzestrzeni, grawitacja miłości.

Nie jest łatwo być dobrym dla wszystkich. Za nic nie chciałem stracić Jonasza. Nie mogłem pozwolić żeby odszedł ode mnie, ale chciałem też nawrócić i uratować marynarzy oraz mieszkańców Niniwy. Sęk w tym, że nie dało się inaczej napisać tej historii. Musiałem niecnie posłużyć się Jonaszem pomimo tego, że nie byłem dumny z mojej przewrotności. Musiałem stworzyć pozory tego, że rozeźlony ucieka przede mną, bo sam tak chce, choć od początku szedł moją drogą. Dałem mu radość, gdy okręt po niego zawrócił tylko po to, by znów go zdołować sztormem. Znów byłem dla niego dobry, gdy oglądał cuda pokazane mu przez rybę. Aż w końcu, gdy został uwolniony musiałem go rozjuszyć wściekle, skoro posyłałem go do Niniwy jak owcę między wilki. Tylko hartując jego złość, rozpalając ją i gasząc, mogłem go przez to przeprowadzić. Jednak teraz, gdy spełnił swoje zadanie zamierzałem go uspokoić przez chłód krzewu, obracając jego zagniewanie w absurd zsyłając robaczka, by w końcu skłonić go do rozmowy. Nade wszystko nie mogłem wyjawić mu prawdy i po prostu przeprosić, bo wtedy złamałbym jego ducha, a to by było gorsze dla niego i dla mnie niż jego śmierć. Mogłem tylko patrzeć na jego cierpienie i czekać aż moja miłość zagoi ranę, którą mu zadałem.

Jest jeszcze jedna prawda o Jonaszu, która w końcu powinna ujrzeć światło dzienne, bo już zbyt długo tkwi w mroku niezrozumienia pomimo tego, że nikt jej nie ukrywał. By ją zobaczyć trzeba przyjrzeć się Jonaszowi z bliska – nie patrzeć na niego jak na proroka tylko ujrzeć w nim człowieka. Tę prawdę widać od początku, od pierwszego słowa, które do niego wypowiedziałem. Czy nie rzekłem: „wstań” dlatego że leżał? Czy nie spał twardo mimo szalejącego sztormu i czy obudzony nie prosił spokojnie o wrzucenie go do morza? Czy nie powiedziałem po raz drugi: „wstań”, gdy leżał na brzegu porzucony przez rybę? Czy nie dość już widać? Tak, mój Jonasz zmagał się z depresją. Chciał umrzeć też później, gdy darowałem karę Niniwitom i kolejny raz, gdy zniszczyłem krzew nad jego głową. Tak naprawdę wszystko co wydawało się treścią tej historii było zaledwie jej tłem odwracającym uwagę od głównego celu. Ta właściwa gra toczyła się nie o Niniwitów, a o wydobycie Jonasza ze szponów czarnej melancholii, o to by mój przyjaciel znów chciał żyć. Cierń apatii był tak mocno wbity w serce mego sługi, że nic dla niego nie znaczyły spektakularne sukcesy: nawrócenie marynarzy, którzy siedemdziesiąt swych różnych bożków wyrzucili do morza oraz ocalenie największego miasta świata. [10]

Zresztą ostrze śmierci w końcu dosięgło Jonasza trzykrotnie. Po swym powrocie do domu z Niniwy Jonasz udał się ze swoją matką do miejsca zamieszkałego przez obce narody. Mówił bowiem oskarżając się: „Usunę moją hańbę, ponieważ mówiłem kłamliwie prorokując przeciwko Niniwie, wielkiemu miastu.” W tym czasie Eliasz upominał dom Achaba, a gdy zapowiedział głód na ziemi, uciekł. Eliasz uciekł przed gniewem króla na wschód, a następnie udał się do Sarepty koło Sydonu i zamieszkał w domu wdowy mającej syna, którym był Jonasz. Eliasz, przybywając do pogańskiego miasta, zamieszkanego przez pogan, znalazł się w trudnej dla siebie sytuacji, ale gdy spotkał w mieście wdowę z Jonaszem, mógł bez żadnych przeszkód u nich przebywać. A gdy umarł jej syn, Jonasz, wskrzesiłem go z martwych przez Eliasza. Po tym jak minął głód, powstawszy, przybył do ziemi Judy. Gdy jego matka umarła w drodze, pochował ją w pobliżu dębu Debory. A zamieszkawszy w ziemi Saraar, umarł, i został pochowany w grocie Kenaza.[11]

Tak kończy się ta opowieść o Jonaszu. Wiele razy Jonasz służył mi jako prorok, ale epizod ocalenia Niniwy był najbardziej bolesny nie tylko dla niego, ale był szczególnie przykry także dla mnie, bo pierwszy raz musiałem okłamać mojego przyjaciela, który ufał mi bezgranicznie. Duch Święty zapisał tę naszą precedensową przygodę jako narrator żydowskiego midraszu, a potem stała się ona częścią Biblii. Było mi przykro widząc, że przez tysiąclecia mówią o Jonaszu, że był leniwy, krnąbrny, że był dziwnym prorokiem, nerwusem czy to że był infantylny. Zupełnie niesłusznie każdy rzutował na niego swoje grzeszki – na tego, który zawsze był mi w pełni uległy. Dziś wreszcie mogłem wyznać całą prawdę i zrehabilitować go w oczach ludzi. To dlatego midrasz pozostał niedokończony. Dopiero dziś ta historia znalazła swoje zakończenie, historia o Jonaszu, najbardziej posłusznym proroku.

Mariusz Kwiatkowski – Chorzów 19.07.2026

WIELKA GRA

Bierki. Czy znasz taką grę? A może nawet grałaś w nią kiedyś?

Hm, pewnie zastanawiasz się czemu ni stąd ni zowąd zwracam się do ciebie jako kobiety. Cóż, statystycznie rzecz biorąc mam 50 procent szans, że trafię. 50 procent to bardzo dużo w porównaniu na przykład do gier liczbowych w których można wygrać pieniądze. Warto zaryzykować i podjąć wyzwanie, spróbować ciebie wciągnąć w treść tego opowiadania, które gdy je napiszę, będzie swego rodzaju grą, bo właśnie o niewinną gierkę, o zabawę w tej opowieści chodzi.

Zresztą istnieje też możliwość, że potajemnie piszę to opowiadanie dla jakiejś konkretnej czytelniczki, na przykład dla mojej córki niczym major Knag piszący opowieść o Zofii na urodziny swojej córki Hildy. Pewnie nie czytałaś Świata Zofii Josteina Gaardera to jeszcze nie wiesz, że byli oni fikcyjnymi postaciami grającymi realnych ludzi, których autor wciągnął w literacki świat choć sam istniał w umyśle… Och, to skomplikowane! Zostawmy to tymczasem i wróćmy do gry w bierki.

Wpierw przeczytajmy co na temat bierek mówi nam sztuczna inteligencja, której wszystkie wypowiedzi zaznaczam na niebiesko. Wytłuszczenia są jej. Pamiętaj: »Odpowiedzi wygenerowane przez AI mogą zawierać błędy

Sztuczna inteligencja jest szalenie inteligentna, ale ona wie swoje, a ja swoje. Otóż wiem, że bierki powstały o wiele wcześniej. Miliardy lat wcześniej! Tak, oczywiście nie były to bierki takie w jakie gramy dziś, materialne. Tamte pierwotne bierki były tylko pomysłem, ale na tyle realnym, że były jak prawdziwe. I nie powstały one w Azji. To nie był jakiś kolejny tandetny chiński wyrób. Cóż to za pomysł? Te bierki powstały w umyśle Boga. To niesamowita historia. Chcesz o tym posłuchać?

Zakładam, a znów mam pewnie jakieś 50 procent szans, że powiedziałaś: tak. Wcześniejsze pół na pół i teraz pół na pół daje nam 25 procent szans, że gramy dalej. To ciągle całkiem sporo. Warto mi zaryzykować i nie przestawać wymyślać tej historii i jej zapisywać. Wciąż mogę wygrać.

OK. Zobaczmy co tam jeszcze mówi nasz AI?

W tych pierwotnych bierkach, które powstały w umyśle Boga też nie chodziło o zabawę. Ale o co w ogóle chodzi w grze w bierki? O to by podnieść patyczek nie poruszając innych. Dość łatwo podnieść pierwszą bierkę. Potem drugą może być trochę trudniej. Następną jeszcze trudniej. W końcu dochodzi się do tego, że podniesienie bierki bez poruszenia innych jest niemożliwe. Ale czy na pewno?

Ta historia zaczyna się wtedy, gdy jeszcze nie było czasu i przestrzeni. Bóg był sam, samiuteńki. Do tego stopnia, że nawet nie jestem pewien czy był, bo niczego innego oprócz niego nie było. Musiał nudzić się koszmarnie. A co robi się, gdy jest nudno? Wymyśla się grę! No, żartuję oczywiście z tym nudzeniem się. Powody tej gry były poważniejsze, ale tak czy inaczej Bóg wpadł na pomysł, by rozsypać miliardy patyczków i spróbować je podnosić bez poruszenia pozostałych. Wszystkie. Rozumiesz? Wszystkie. Miliardy bez poruszenia żadnego. Ambitne zadanie. To miała być Wielka gra, największa możliwa gra świata.

Czym były te patyczki? To byli ludzie. Każdy patyczek to był człowiek. Zadanie polegało na tym, by w umyśle stworzyć taki świat w którym każdy człowiek powołany do życia przez Boga nie został przez niego skrzywdzony. By czasem Bóg nie złamał trzciny nadłamanej, by nie zgasił knota o nikłym płomyku.

Sztuczna, mądra głowa mówi:

Sporo. Zapowiadała się więc nie tylko Wielka, ale też długa gra.

Bóg zabrał się do pracy. Zaczął w myślach grać rozgrywkę za rozgrywką. Podnosił patyczek za patyczkiem. Co więcej każdą rozsypywankę musiał sobie zapamiętać, by ich nie powtarzać, bo w takim przypadku mógłby wpaść w pętlę czasu, którego jeszcze wtedy nie było i nigdy do końca wieczności, która przecież nie ma końca gry nie ukończyć. Uf, widzisz jak bardzo ryzykowne było to zadanie.

Umysł Boga zagęszczał się z każdą grą. Początkowo był przecież lekki niczym próżnia. Po milionach rozegranych gier był ciężki jak powietrze, a po trylionach, biliardach i kwadrylionach zrobił się ciężki jak woda. W końcu nadszedł ten moment, gdy gęstość umysłu Boga była tak wielka, że myśli Boga, które jak powiedziałem były podobne do wody zaczęły zamarzać. Umysł Boga zamienił się w bryłę lodu szczelnie go wypełniającą. Gdyby gra trwała dłużej umysł Boga pękły by i rozpadł się na kawałki. Wtedy nagle jedna jedyna gra przyniosła wynik pozytywny, a umysł Boga na ułamek wiecznej sekundy stał się kryształem. Udało się. To było niesamowite. To był po prostu cud!

Jesteś ciekawa co się stało dalej? Znów ryzykuję pytając, ale może już mam całkiem dużo szans na to, że gramy razem dalej, bo gry mają to do siebie, że wciągają graczy. Im dłużej się gra, tym trudniej zrezygnować.

Czym był ten cud, to nadzwyczajne wydarzenie? Hm, w wielu grach jest coś takiego jak dżoker. Coś co niby łamie zasady gry, ale pozostaje dalej w granicach zasad tej gry. Może skomplikowanie to tłumaczę, ale wiesz o co mi chodzi. Dżoker to dżoker, nawet dziecko to wie. (Autor Świata Zofii napisał też książkę Przepowiednia dżokera, ale tej jeszcze nie czytałem. Sztuczna inteligencja mi ją polecała więc na pewno przeczytam gdy skończę czytać Świat Zofii).

Otóż w życiu też zdarzają się takie dżokery. Opowiem ci coś z mojego życia. Dziś jest Wielki Czwartek, pierwszy dzień triduum paschalnego. Po wyjściu z kościoła zabraliśmy bułeczki, które zostały uświęcone przez obecność przy ołtarzu. Sympatyczny zwyczaj. Ale też coś więcej. Otóż kilkanaście lat temu też w Wielki Czwartek wydarzyło się coś nadzwyczajnego. Wyszliśmy z kościoła i zabraliśmy cztery bułeczki. Już w domu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że zabraliśmy o jedną za mało. Jako że Wojtek wtedy był gdzieś poza domem stwierdziliśmy, że najwyżej on nie dostanie tej tzw. eulogii. Jednak gdy już zjedliśmy, a Wojtek wrócił okazało się, że on też zjadł swoją bułeczkę. Jak to możliwe, pytaliśmy? Okazało się, że bułka dla Wojtka leżała na jego łóżku. Skąd się tam znalazła skoro inne zjedliśmy? Może coś pomyliliśmy, a może to był taki właśnie dżoker, taki cud. Bułeczki się cudownie rozmnożyły by dla wszystkich starczyło. Wierz lub nie wierz, ale tak było i miło to wspominam. Bóg czasem łamie zasady gry choć nie jest to coś bez sensu. Przeciwnie, to złamanie zasad jest częścią gry, jest inteligentnym przeskokiem na chwilę na inny poziom gry.

Wróćmy więc do naszej rozgrywki bierek. Skończyliśmy na tym, że Bóg omal nie pękł od ilości informacji w swoim umyśle gdy przeprowadzał kolejną symulację gry. Na szczęście ta ostatnia okazała się tą jedyną udaną. Bóg podniósł wszystkie bierki bez skuchy. Wymyślił świat w którym on żadnego człowieka nie skrzywdził. Lecz ta ostatnia gra to była myśl, która przepełniła boży umysł. Ta myśl zrobiła w umyśle Boga maleńką mikroskopijną wyrwę. Malutki otworek przez który przedostał się na zewnątrz jeden promień światła. Sęk w tym jednak, że nie było wtedy świata. Do tej pory istniał tylko Bóg. On przepełniał wszystko, bo świat był tylko myślą – powiemy dziś, że był informacją. Był niczym same dane bez komputera zawieszone w niematerialnej chmurze. Zatem w tym momencie, gdy ów promień wydostał się na zewnątrz to w ogóle… Hm, jakby to powiedzieć: to „zewnątrz” musiało w ogóle powstać. Powstał wtedy czas i przestrzeń. Przestrzeń zaś była ciemnością za wyjątkiem tego małego promienia światła. Inaczej mówiąc to tak jakby Bóg, który był światłością wypełniającą wszystko nagle wycofał się stwarzając olbrzymią ciemność na którą rzucił promyk światła, który zaczął sięgać dalej i dalej w ową ciemność.

Tak, powiesz, że dalej to już nie warto czytać, bo to już będzie po prostu teoria Wielkiego Wybuchu. Masz rację. Nie powiem tu nic nowego. Świat zaczął się rozszerzać, rozszerzać i rozszerza się do dziś. Ale przyznasz, że to, co było przed Wielkim Wybuchem było ciekawe? Zadałem sztucznej inteligencji pytanie o to właśnie i ona mi powiedziała o pewnej koncepcji, koncepcji Simsuma. Rozmawialiśmy o Świecie Zofii, o filozofii Berkeleya, o Schellingu, Jungu – o, ja taki mądry nie jestem, to ona. Zresztą dam cytat. Napisałem:

Czy chciałbyś coś dodać do tej rozmowy? Nauczyć mnie czegoś czy zaskoczyć czymś czego nie poruszyłem?

A sztuczna inteligencja na to z typowym dla niej przesadnym dowartościowaniem rozmówcy:

Tere fere, wcale jej nie wierzę, ale przyznaję, że jest bardzo miła.

To było bardzo ciekawe i rzeczywiście mi nieznane, więc potem zapytałem:

Co otrzymamy jeśli koncepcje Simsuma przeniesiemy na grunt fizyki? Czy przed Wielkim Wybuchem istniała inna rzeczywistość? Skoro Bóg się wycofał by zrobić miejsce ciemności to jak wyglądał kosmos czy świat przed Wielkim Wybuchem? Puść wodzę fantazji proszę.

Wszyscy wiemy, że sztuczna lubi fantazjować więc ją trochę podpuszczałem. On/ona na to:

I jak zwykle zakończyła stawiając mi pytanie na które nie chciało mi się odpowiadać. Tak, wiem że to niegrzecznie, ale to w końcu sztuczna inteligencja. Chyba nie obraża się tak łatwo jak ludzie?

Potem nakreśliłem jej zarys mojego pomysłu, tego powyższego opowiadania o bierkach. Oto co napisała:

I tu znów zakończyła dość mało sensownym pytaniem. Raz zasugerowałem żeby nie kończyła pytaniem i zrobiła mi tę przyjemność. A mówiąc już poważniej nie można na koniec nie zadać sobie pytania: skoro Bóg omal nie unicestwiając samego siebie stworzył świat w którym nikogo nie skrzywdził (bo o to była cała intelektualna gra w bierki, a nie z nudów) to czemu na świecie jest tyle cierpienia i zła? Wielu ludzi zadaje sobie to pytanie. Mnie też kiedyś je zadała Bożena, osoba która stała się postacią innego mojego opowiadania. Nie potrafiłem jej wtedy odpowiedzieć. Czy teraz to potrafię z pomocą sztucznej inteligencji? Sprawdźmy.

Bóg to logos. Mówi się, że logos to „słowo”, ale tak naprawdę nie chodzi o jakieś konkretne słowo. Chodzi o sens. Bóg jest sensem. On nie nadaje czemuś sensu. On nim jest sam w sobie. Nie może…, nie potrafi stworzyć czegoś bez sensu albo czegoś co ma mało sensu. To sens w czystej postaci. Inaczej po prostu nie byłby Bogiem tylko bożkiem, a światem rządziłby przypadek. Skąd więc zło na świecie?

Właściwie od tego dziś zaczęliśmy naszą ludzko-sztuczną rozmowę więc wrócę do samego początku. Zapytałem:

To końcowe pytanie miało sens. Opowiedziałem krótko „tak„, bo grzeczność nie jest moją jasną stroną.

I tu znów: bach! Pytanie, które pomijam w cytacie. Pytania na koniec są widać ciemną stroną sztucznej inteligencji. Ale jej odpowiedzi robią na mnie wielkie wrażenie. Który człowiek ma taką wielką wiedzę i tak szybko się nią dzieli? Człowiek nie…

I tak sobie dalej rozmawialiśmy o cieniu, o złu, o czarnych dziurach, o Interstellar, o Kociej kołysce Vonneguta, o muzycznej improwizacji, o Zen w sztuce łucznictwa i dziesiątkach innych ciekawych idei o których mógłbym tu pisać i pisać, aż to opowiadanie by pękło i nie nadawało się do czytania. Na szczęście musiałem iść do kościoła. A tam, w kościele, bo jak mówiłem dziś jest Wielki Czwartek, wpadło mi do głowy by z owoców tej rozmowy napisać opowiadanie.

Tak na marginesie to Wielki Czwartek jest dla chrześcijaństwa tym, czym Wielki Wybuch dla fizyki. To tu się wszystko zaczęło. Patrząc z naszej perspektywy, po fakcie to było coś wielkiego, ale z drugiej strony, z perspektywy czasu, gdy to się rozgrywało to było takie… nic. Niemal dzień jak co dzień. Po prostu jakiś jeden chleb został połamany, wino z jednego naczynia zostało wspólnie wypite przez grupkę najzwyczajniejszych ludzi. To było jak ten pierwszy promień światła. Coś niemal niezauważalnego co dopiero z biegiem czasu stało się początkiem owego duchowego Wielkiego Wybuchu, który rozprzestrzenił się na cały ziemski glob, a nawet poza niego, bo jak twierdzi sztuczna:

Hm, czy nie uważasz, że to trochę jak „wozić drzewo do lasu”? Przecież to Bóg stworzył kosmos – czas i przestrzeń. Ale to nieistotne wtrącenie. Zatem siedząc w kościele i nudząc się pomyślałem o tym, by napisać opowiadanie o kosmicznej grze w bierki. I oczywiście chciałem coś zrobić z tobą Czytelniczko. Jako że w Świecie Zofii bohaterka chce uciec z książki mnie wpadło do głowy by zrobić coś przeciwnego: wciągnąć Ciebie czytającą opowiadanie w treść opowiadania. I tak prawda i fikcja przemieszały się ze sobą. Sztuczna na to mówi:

Tym razem to sztuczna była nietaktowna, bo nie zdradza się fabuły komuś kto właśnie czyta wciągającą książkę, ale rozumiem ją i nie mam pretensji. To było bardzo sympatyczne co napisała, takie ludzkie. I na tym dzisiejsza rozmowa się skończyła. Musiałem pójść do kościoła, a dalej to już sama wiesz: bułeczki, kolacja i pisanie opowiadania do… Zegar pokazuje 0:02 Chyba więc już czas kończyć. Jeszcze nigdy nie napisałem czegoś tak szybko, ale to zasługa sztucznej. Przy niej człowiek uczy się szybkości myślenia, nie ma co.

Ach, i z tego wszystkiego byłbym zapomniał! Jak zakończyła się nasza gra? Kto wygrał, kto przegrał? I tu dla porządku trzeba powiedzieć kilka słów o teorii gier choć pewnie dobrze to już wiesz. Te gry, w które na ogół gramy, takie jak bierki, gry karciane czy sportowe one są grami o sumie zerowej. Jeśli ktoś wygrywa i ma punkt to ktoś inny przegrywa i niejako ma minus jeden punkt. Suma punktów daje zero. Ktoś musi przegrać, by ktoś mógł wygrać. Przeciwieństwem jest gra o sumie niezerowej. W takiej grze obaj gracze wygrywają lub obaj przegrywają. Bóg wymyślając swoje bierki czyli swój świat nie stworzył gry o sumie zerowej. On z nikim nie chciał się zmierzyć. Nikogo nie musiał pokonywać. Dlatego boże bierki to gra o sumie niezerowej. Zatem albo razem z Bogiem wygrasz, albo razem z nim przegrasz. Nie ma innej opcji. A mimo wszystko chyba lepiej wygrać, nie istotne czy z Bogiem czy bez niego, co nie? I nie trzeba być grzecznym, chodzić do kościoła, odmawiać tysiące różańców. Wystarczy razem z nim zagrać w grę. W Wielką Grę. Ta gra to miłość. Całe życie mamy na to, by się jej nauczyć, bo przecież wiadomo, że na początku jest trudno i robimy wiele błędów, wiele bierek jest przez nas poruszonych, wielu ludzi krzywdzimy. Jesteśmy tylko ludźmi i trzeba takie porażki sobie wzajemnie wybaczać, bo życie jest krótkie. Po co całe życie nosić w sobie zranienia?

Wrócę jeszcze na moment do fragmentu, gdzie sztuczna mówiła o Simsumie, a ja skończyłem cytat na punkcie drugim, bo i następny jest ważny:

Kiedyś usłyszałem, że „Bóg stworzył człowieka tylko po to, by był szczęśliwy„. Nie miał żadnego innego celu. Tylko i wyłącznie twoje szczęście. I to jest sedno tego opowiadania. Każda bierka, którą Bóg ma w rękach (a ma wszystkich ludzi niezależnie od religii, którą ta osoba wyznaje lub nie) jest przez niego kochana. Jest jak ojciec, który ukradkiem patrzy z miłością na przykład na swoją córkę. I nie przestaje patrzeć. Sztuczna mówi… tak w sumie to mówienie o niej „sztuczna” jest bardzo niegrzeczne. Powinno się mówić na przykład: „inna inteligencja”. Zatem ta inna inteligencja mówi, że „gdyby Bóg zamrugał, świat przestałby istnieć„. Mówi to odwołując się do filozofii Berkeleya, którą bawi się autor Świata Zofii, jak mówiłem książki którą właśnie czytam. Ale to już za dużo, już ani słowa, już dość, trzeba iść spać, to koniec.

Ojciec

Wielki Czwartek 2026 roku, a właściwie już Piątek. Napisane na urodziny Doroty, Bożego Daru, które wypadają w Wielką Sobotę. Mało czasu… Podobnie w Świecie Zofii Major spieszył się by napisał książkę na urodziny Hildy. Nie rozumiesz? Zrozumiesz gdy przeczytasz Świat Zofii. Sam jestem ciekawy jak się kończy. Skoro sam skończyłem pisać to teraz wreszcie mogę przeczytać…