MISJA
My, autorzy tej strony jesteśmy grupą ludzi, którzy przez lata byli na Drodze Neokatechumenalnej i odeszli od niej. Jesteśmy wspólnotą, która wyzwoliła się spod władzy neo-systemu. Co więcej uważamy, że jesteśmy ofiarami Neokatechumenatu. Naszym celem jest głoszenie prawdy o ciemnej stronie Drogi. Ta witryna internetowa jest dedykowana właśnie takim ludziom jak my – ofiarom Neokatechumenatu oraz ich rodzinom.
Wielu już doznało trwałych szkód duchowych, psychicznych czy materialnych na skutek praktyki tej nowej formy ezoteryki. Wielu wróciło z powrotem do Matki Kościoła, lecz niektórzy stracili Wiarę lub przeszli na buddyzm itp. niechrześcijańskie wierzenia. Inni musieli przejść terapie psychologicznie. Część straciła całe swoje mienie i stabilizację życiową na skutek wymagań stawianych na Drodze.
Odejście dużo nam dało – zbliżyło nas do siebie i do Boga bardziej, niż sama Droga. Teraz jest nad nami już tylko Bóg, a nie jakiś jego wątpliwy „pośrednik” z całym swoim systemem. Niech nasz przykład będzie inspiracją do przemyśleń dla aktualnych uczestników Drogi. Naszą wspólnotę nazwaliśmy mianem „Przydrożne Latarnie”, ponieważ taka jest nasza misja – chcemy oświetlić Drogę.
Jest to szalenie trudne zadanie, ponieważ mamy tu do czynienia z wieloma rzeczywistościami. Czym innym jest prekatechumenat, o którym można powiedzieć wiele dobrego, czym innym – okres I skrutynium, czym zupełnie innym – okres następujący po II skrutynium. Kim innym jest człowiek, który spędził na Drodze rok czy dwa, a kim innym – człowiek już przez Drogę przetworzony. Proste, a tak częste stwierdzenie, że Neokatechumenat jest taki lub inny, jest tragicznym w konsekwencjach błędem. Potrzeba wielkiej pracy, by to zjawisko obiektywnie naświetlić. Sami znamy jedynie małą jego cząstkę. Uważamy, że lepiej tymczasem oświetlić Drogę nawet niedostatecznym światłem niż sprawę pozostawiać w ciemnościach.
Ciemna strona Neo oficjalnie nie istnieje. Jak więc pojedyncze, pokrzywdzone osoby mają walczyć z czymś, czego oficjalnie nie ma? To przecież walka z duchami. Wielu pisało do biskupów czy organizacji mających pomagać ofiarom sekt – bez rezultatu. Żywimy nadzieję, że skłonimy bezstronne media do zainteresowania się tematem tego tajnego, radykalnego Chrześcijaństwa i zaalarmujemy wiernych o grożącym im niebezpieczeństwie.
Niniejsza strona jest prawdopodobnie pierwszą w Polsce próbą analizy Neokatechumenatu nie wykonaną przez duchownych, ale przez byłych uczestników Drogi. To ledwie nieudolne połączenie naszych osobistych świadectw i wspólnie zredagowanych opinii. W zamierzeniu miał powstać spójny obraz, ale siłą rzeczy pewne treści się wielokrotnie powtarzają, za co przepraszamy. Takiej analizy nie może przeprowadzić jeden człowiek – zbyt szerokie jest to zagadnienie na doświadczenie nawet paru ludzi. Dlatego tak ważne jest by głosów byłych uczestników zebrać jak najwięcej.
Na marginesie warto zaznaczyć, że to opracowanie jest prawdopodobnie nowatorskie, ponieważ Drogę nie przeciwstawiamy to konserwatyzmowi, ale innemu, nowemu wydarzeniu w dziejach Kościoła. Chrześcijaństwo bowiem nie powinno stać w miejscu, a przeciwnie – winno się rozwijać, dojrzewać, ale w dobrym dla Boga i człowieka kierunku oraz nie za cenę ludzkiej krzywdy.
Tło tej strony jest białe, ponieważ czyste i przejrzyste są nasze intencje. Oświadczamy, że nie mamy nic wspólnego bezpośrednio ani pośrednio z jakimkolwiek ugrupowaniem politycznym czy światopoglądowym. Nasza inicjatywa jest osobista i spontaniczna. Naszym zamiarem nie jest obrażanie uczuć religijnych aktualnych uczestników Drogi. Jeśli ktoś poczuje się obrażony, po bratersku przepraszamy. Mamy nadzieję, że artykuł 16 paragraf 1 statutu, mówiący o znakach koinonii – o nieosądzaniu, o przebaczaniu i miłości do nieprzyjaciół, o trosce o ludzi słabych – nie jest dla was tylko pustym zapisem. Bowiem my traktujemy go poważnie i w myśl niego z miłością wychodzimy do ludzi cierpiących.
Litery na tej stronie są zielone, ponieważ słowa te mają nieść nadzieję i pomoc ofiarom Drogi Neokatechumenalnej. Tym, którzy nie potrafią zrozumieć w co, zostali wciągnięci i chcą, lecz nie potrafią się sami z tego wyplątać. Tym, którzy – jak my – z bólem serca lub nawet z problemami psychicznymi odeszli z Drogi. Rodzinom tych, którzy przez uczestnictwo w Drodze sprawili im ból. Naszym celem jest też ostrzeganie tych Bogu ducha winnych wiernych, których zaprasza się na katechezy, oferując im „pogłębienie wiary”, a w rzeczywistości dając coś zupełnie innego. Jeszcze do nie dawna sami to robiliśmy, nie mając pojęcia do czego przykładamy rękę. W internecie był trzy nasze pozytywne świadectwa o Neo. To właśnie one dają nam prawo do tego, by dać jeszcze jedno – negatywne.
Prosimy by czytać te zapiski od początku ku końcowi, ponieważ stanowią pewną rozwijającą się całość. Najpierw te bardzo emocjonalne, napisane zaraz po odejściu. Później napisane niedawno – po głębszym zanalizowaniu sprawy, tyle na ile to potrafiliśmy uczynić. Nie jesteśmy przecież teologami, psychologami czy historykami. Jesteśmy przeciętnymi ludźmi – takimi, jakich zaprasza się na Drogę.
SZOK
Nie wiem czy ja głupi jestem, czy nienormalny? Zwariowałem? Nijak tego pojąć nie potrafię. Jak to możliwe, że są ludzie w Kościele, którzy zbadali sprawę i napisali o tym. I to napisali rzeczowo i dosadnie. I to nie byle jacy ludzie. I że że jest tyle świadectw, tyle głosów ludzi przeciw. A mimo to jest ciągle cisza. Ciągle wciąga się ludzi w ten młyn. Ciągle nowych ludzi oszukuje się. I nic. Zupełnie nic. Cisza. Nie ma problemu. Przecież jeśli są jakieś oznaki przestępstwa… Jeśli są jakieś podejrzenia to już należy się tym zainteresować. Zbadać.
Czy w Kościele nie ma już Miłości? Można tak ludzi oszukiwać, manipulować nimi bezkarnie. Gdzie jest Miłość w Kościele? Już nie pytam, ale krzyczę. Gdzie w Kościele jest Miłość, gdzie jest współczucie dla cierpiących? Gdzie odpowiedzialność za wiernych? Nie oskarżam Kiko czy katechistów czy kogokolwiek z Drogi, bo przecież zawsze się znajdą jakieś oszołomy, które chcą ludzi wykorzystać dla swoich celów. Oskarżam Kościół! Oskarżam Kościół o bezduszność! O głupotę. O ciemnotę. O brak Miłości. Czy Bóg odszedł od Kościoła zawstydzony? Jak to możliwe, że Kościół – a przecież Kościół tworzą ludzie, którzy pierwsi z miłością powinni nieść pomoc ludziom duchowo i psychicznie krzywdzonym – Kościół zamyka oczy na ludzkie cierpienie, tylko dlatego, że krzywdzący działają pod jego patronatem? Nie rozumiem tego. Błagam niech mi to ktoś wytłumaczy, bo straciłem całkowicie zaufanie do Kościoła, a naprawdę nie wiem czy nie stracę w ogóle wiary.
MOJE WĄTPLIWOŚCI
Wydawało mi się dotąd, że Neokatechumenat to po prostu szkoła duchowa dla świeckich, w której zapoznajemy się z Pismem Świętym, uczymy się poddawać działaniu Ducha Świętego oraz mamy możliwość zobaczenia w drugim człowieku cierpiącego Chrystusa. Potrzebowałem trzech lat spędzonych w prekatechumenacie i kilku dni na ochłonięcie po I skrutynium (przejściu), żeby zrozumieć czym naprawdę jest Neo. W ciągu kilku dni z entuzjasty stałem się krytykiem Drogi.
Nasz prezbiter zachęcał nas do tego pierwszego wtajemniczenia mówiąc „teraz dowiecie się czym rzeczywiście jest Neo” – ileż w tych słowach było nieświadomej racji. Na I skrutynium okazało się, że Neo wcale nie jest taką prostą sprawą, jak mi się dotąd zdawało. Okazało się bowiem, iż jest systemem opartym na tajemnicach, wtajemniczeniach czyli… systemem ezoterycznym. Raptem, chcąc nie chcąc, zostałem zmuszony do utrzymywania rzeczy, o których tu chce napisać w ścisłej tajemnicy przed rodziną, braćmi z niższego szczebla, opinią publiczną. (Swoją drogą nic lepiej mnie nie mogło zachęcić do napisania o tym). Co więcej nikt mnie nie uprzedził o tym, że będą mi powierzone jakoweś tajemnice. Zresztą wszystko i tak ograniczyło się na ustnym zaleceniu, bo nie wymagano ode mnie ustnego ani pisemnego zobowiązania. I tu już pojawia się pierwsza wątpliwość. Przecież chrześcijaństwo tym różni się od innych form duchowości, że nie ma w nim żadnych tajemnic, oprócz oczywiście uświęconej sakramentem tajemnicy spowiedzi. Chrzest dziecka czy dorosłego, bierzmowanie, ślub – wszystkie sakramenty i ceremonie są zupełnie jawne w Kościele katolickim, a tu oto okazuje się, że obok Kościoła istnieje jakieś… tajne Chrześcijaństwo.
Stąd wypływa moja druga wątpliwość. Często bowiem dotąd zastanawialiśmy się we wspólnocie, jak daleko odchodzimy od Nauki Kościoła – czy to w liturgii, czy w echu słowa, czy podczas spotkań w domach. Często pytaliśmy sami siebie czy nie popadamy niechcący w herezję. I zawsze tym gwarantem naszej prawowierności była osoba Proboszcza. Tymczasem Neo jest oparty na tajemnicach, które poznaje się w zależności od tego, na jakim ktoś znajduje się poziomie tej organizacji skonstruowanej w formie piramidy. Na dole jest prekatechumenat, wyżej członkowie I etapu, potem II itd. aż do wierzchołka na którym jest tzw. Ekipa założycielska. Zatem Proboszcz, do którego mieliśmy do tej pory pełne zaufanie, okazał się tylko pionkiem postawionym nieco wyżej niż my i może być nieświadomą marionetką w rękach ludzi nam nieznanych. Realne wręcz wydaje się pytanie, stawiane nie tylko przeze mnie, czy Papież jest dopuszczony do wszystkich neo-tajemnic?
Kolejne zaskoczenie to fakt, iż ta pierwsza tajemnica do której mnie dopuszczono dotyczy pieniędzy. Mianowicie na I skrutynium zostałem wezwany do wyrzeczenia się wszystkich dóbr materialnych. Na pierwszy rzut oka to wspaniałe wezwanie do pełnej wolności, do bezgranicznej ufności w dobroć bożą. Zresztą w wielu religiach szczodrość jest cenną cnotą i ścieżką do wyzwolenia ducha spod władzy materii.
Co najmniej jedna rzecz mi tu jednak nie pasuje. Otóż, jak pamiętamy z Pisma, Chrystus zwrócił się z tym wezwaniem do konkretnego człowieka, do bogacza. Każdego bowiem coś innego od Boga oddziela – jednego jego cielesność, innego żądza władzy itp. A tu tylko to jedno wezwanie do wszystkich, rzucone bez patrzenia w czyjąś duszę i bez żadnej odpowiedzialności. Bo przecież do kogo zwracają się z tym apelem katechiści? Między innymi do ludzi cierpiących psychicznie lub ciężko życiowo poranionych, np. chorych na depresje, którzy nie w pełni panują nad swoim życiem. Dobrze wiemy, że spory procent takich ludzi jest we wspólnotach, istnieje więc realne niebezpieczeństwo, że ktoś taki, tknięty impulsem, rzeczywiście sprzeda całe swoje mienie, rozda, a na drugi dzień zreflektuje się i popadnie w głębszy neurotyzm lub targnie się na swoje życie.
Stąd wypływa moja kolejna wątpliwość. Owszem niech będzie, że Neo to jakaś forma realnego, mistycznego podążania za Chrystusem, o czym nijak nie jestem przekonany. Jeśli tak, to wspaniale. Tylko kogo zaprasza się do wypełnienia tego trudnego zadania? Wydaje się, że powinni to być ludzie wrażliwi, przynajmniej średnio inteligentni i świadomi dokąd się ich prowadzi. Tymczasem członkowie wspólnot to ludzie o specyficznych osobowościach. Nie są to ludzie, zdrowi, bogaci i zadowoleni z życia, a wręcz przeciwnie – ludzie dotknięci życiowym cierpieniem. Są więc tu ludzie „nawiedzeni” czyli ci, którzy potrzebują opieki psychologicznej. Są też ludzie starsi, którzy nie są zdolni w pełni zrozumieć głoszonych treści. Są ludzie młodzi, dla rozwoju których taka radykalna duchowość może okazać się szkodliwa. Większość to ludzie przeciętni, średnio wykształceni, nieznający szczegółowo nauki Kościoła, którym trudno jest samodzielnie, krytycznie spojrzeć na to, co się w Neo dzieje, a działo się na I skrutynium dużo.
Kluczowym dniem I skrutynium była sobota. Jest znamienne, że właśnie w ten dzień nasz Proboszcz nie był obecny. Mam wrażenie, że w ten sposób manipuluje się duchownymi, którzy nie są dopuszczani do pełnej wiedzy o wydarzeniach. To także sprytna manipulacja naszą świadomością. Dopiero kilka dni później uświadomiłem sobie, że księża byli obecni na liturgiach w piątek, a potem dopiero w niedzielę. Co zatem zdarzyło się w sobotę, a czego zapewne mieli pozostać nieświadomymi?
Otóż w sobotę odbywała się całodzienne seria wykładów i ankiet. Wszystko to ograniczało się wedle mnie do wtłoczenia nam dwóch prostych myśli: Bóg wymaga od ciebie byś mu zaufał, sprzedał wszystko, co posiadasz i oddał anonimowo Kościołowi. Masz także uwolnić się od szkodliwych więzów i znienawidzić swoich bliskich czyli tych, którzy mogli by cię powstrzymać w tym zadaniu. I tę treść wałkowano na różne sposoby cały dzień, trzymając około 70 ludzi w ciasnej i dusznej sali.
Wpierw jakiś pomniejszy katechista twierdził, że dosłownie trzeba wszystkich bliskich nienawidzić co nieco nas zszokowało. Później jednak regionalna elita katechumenatu coraz bardziej wyjaśniała, iż chodzi o uwolnienie się od relacji, od zależności, od afektywnych więzów. Posiadam pewną wiedzę w tym temacie i wiem, że na pewnym etapie duchowego rozwoju są to treści szalenie istotne. Jednakże tu, w takim kontekście, w takim nasileniu ta nauka była tylko jednym: praniem mózgu.
Mechanizm oddziaływania na psychikę widać wyraźnie. Katechiści mówią mając na myśli I skrutynium: „Oto wchodzicie w szeroką bramę”. Rzeczywiście, jak napisałem wcześniej, nikt (chorzy, starcy, nastolatki) nie został przed wejściem do tej „poważnej” szkoły duchowej uświadomiony i zatrzymany. I katechiści zaraz dodają, myśląc o drugim skrutynium mającym nastąpić za co najmniej dwa lata: „ale następna brama jest wąska”. Oznacza to groźbę, że jeśli nie wykonasz postawionego zadania wspólnota pójdzie dalej, a ty zostaniesz. Sterowanie jednostką jest więc oparte na wzbudzeniu w niej strachu przed utratą wspólnoty. A to wszystko odbywa się w imię pokonania lęku, koniecznego by zaufać i pójść za Chrystusem.
I nie ma na tej ścieżce żadnej bocznej furtki, bowiem każdy wedle katechistów jest bogaczem, niezależnie od swojej sytuacji zdrowotnej, materialnej, rodzinnej… I bynajmniej nie była to jakaś przenośnia, ponieważ otrzymaliśmy konkretne wskazówki. Powiedziano, że nie wolno sprzedawać obrączki, bo związana jest przecież z sakramentem. Natomiast nieletnim poradzono, że mają wpierw zapytać się swoich rodziców czy dana rzecz należy rzeczywiście do nich.
O dziwo I skrutynium odniosło zamierzony rezultat. Katechiści wzywali nas bowiem do zerwania szkodliwych więzów, do „przecięcia afektywnej pępowiny”. Tym właśnie okazało się dla mnie odejście od wspólnoty. Dziś świetnie rozumiem skąd biorą się zupełnie skrajne opinie o Neo. Trudność w dogadaniu się co do wartości Neo polega na tym, że rozmówcy mówią o dwóch różnych światach, o dwóch stronach tego samego medalu. Są głosy ludzi przede wszystkim z prekatechumenatu, którzy jak i ja do niedawna, doświadczają tylko pozytywnej strony tej sekty i są jej gorącymi orędownikami. Są też jednak i głosy przeciw Neo. Głosy ludzi, którzy weszli już we właściwy katechumenat, w co najmniej I skrutynium, którzy przeszli już na tę ciemną stronę i odeszli. Właśnie dlatego zakłada się tym ludziom na usta tajemnicę, by prawda o tym drugim świecie nie docierała do innych, by nie burzyła pozytywnego wizerunku zbudowanego w prekatechumenacie.
Jestem wdzięczy Proboszczowi i braciom ze wspólnoty za to trzyletnie doświadczenie. Prekatechumenat to wspaniała sprawa. Sprawia, że wierzący staje się nieco bardziej świadomym katolikiem, znającym Pismo Święte. Wartościowym było doświadczenie tego, że wspólnota nie musi być pustym słowem, ale realną treścią. Każdy cierpi, każdy cierpi – to może najgłębsza prawda, jakiej doświadczyłem przez te lat na Drodze. Uważam jednak, że właśnie tyle katechumenat jako szkoła katolicka powinien trwać. Inaczej mówiąc teraz neokatechumenat powinien zwracać wykształconych duchowo wiernych Kościołowi. Tymczasem tak się nie dzieję, lecz przeciwnie – Neo wchodzi w nieudolną ezoterykę. To, co jest dalej mnie przeraża i nie mam zamiaru brać w tym udziału. Są przecież inne sprawdzone ścieżki duchowego rozwoju dla świeckich. W każdym bądź razie nie coś, co budzi tak wiele kontrowersji, co jest wciąż eksperymentem, co prowadzą ludzie nie wykształceni psychologicznie czy duchowo, bez uprawnień, bez kontroli, pod przykrywką tajemnicy, co tak mocno jest związane z pieniędzmi, które nie wiadomo do kogo wędrują, w czym księża, jako ludzie nie w pełni poinformowani, zepchnięci są do pełnienia roli drugorzędnej.
KATECHIŚCI
Już od dawna mam poczucie istnienia dwóch różnych rzeczywistości w ramach Neokatechumenatu. Życie w naszej wspólnocie jest wspaniałym, wartościowym doświadczeniem. Niestety z drugiej strony coraz bardziej razi mnie to, co znajduje się nad tym naszym wspólnotowym życiem. Albowiem mam wrażenie, że dopóki stanowiliśmy prekatechumenat byliśmy pod kloszem. Że wyznaczonym nam zadaniem było zżycie się, zapuszczenie korzeni, a po pierwszym skrutynium nadszedł czas, w którym katechiści wejdą na to poletko i zaczną je uprawiać.
Przyznam, że po prostu nie lubię katechistów, szczególnie z wyższego szczebla. (Ci z niższego szczebla wydają się jeszcze uczciwymi i chcącymi dobrze ludźmi). Nie mam do nich za grosz zaufania. Już w trakcie katechez głoszonych w kościele parafialnym odnosiłem takie wrażenie. Jednak mimo to, namówiony przez moją dziewczynę, wstąpiłem razem z nią na Drogę. Jeśli miałbym samodzielnie powierzyć komuś kierownictwo duchowe mojego życia to byłby to ktoś szczęśliwy, spełniony duchowo, przepełniony miłością bożą. Tymczasem katechiści sprawiają na mnie wrażenie ludzi neurotycznych, histerycznych, zafiksowanych. Zapewne właśnie takich ludzi wybiera się do tej roli: ludzi twardych, despotycznych, przekonujących i niedopuszczających sprzeciwu. Ludzie tacy nie są dla mnie żadnym wzorem do naśladowania, nie mówiąc już o tym, że nie chcę mieć z nimi nic do czynienia. Jednakże Droga tak już jest skonstruowana, że tego typu niedogodności znosi się w imię wartości wyższych.
Kim w ogóle są katechiści? Jest jasne, że ksiądz to ktoś, kto ukończył seminarium, kogo dopuszcza do pełnienia służy ludziom sztab kompetentnych do tego ludzi. A czy ktoś szkoli i weryfikuje katechistów? Jakimi metodami się ich wybiera? Jakim prawem Ci ludzie stawiają się w roli kierowników duchowych? A że się stawiają przekonałem się sam na jednym z wtajemniczeń. Przy nieznanych nam ludziach moja dziewczyna została zmuszona do powiedzenia co jest krzyżem w jej życiu, co wedle mnie było swego rodzaju publiczną spowiedzią. I na dodatek jej wypowiedź została skomentowana przez katechistę, co było dla mnie bardzo nieprzyjemne. Jest przecież wielka różnica pomiędzy spontanicznym, dobrowolnym zwierzeniem się w echu słowa we wspólnocie, a tym wymuszonym przez katechistów w grupie nieznanych ludzi. Boję się pomyśleć, że jest to dopiero początek publicznego obnażania i pseudo-terapeutycznej pracy katechistów – ludzi nieposiadających żadnego wykształcenia lub kwalifikacji w tym kierunku. Wydaje mi się, że wizja Chrześcijaństwa, jaką oni propagują to obraz mocno uproszczony, czarno-biały, upośledzony. W rezultacie powstaje Chrześcijaństwo wojujące, które nie jest jakąś nową nadzieją Kościoła, tylko powrotem do mrocznych jego okresów – do krucjat i inkwizycji.
MASZYNA , EKSPERYMENT
Człowiek nie jest trybikiem w maszynie, ale żywą istotą, którą należy traktować indywidualnie, z pełną delikatnością. Stąd na przykład spowiedź w kościele wygląda tak, a nie inaczej – w ciszy, w spokoju, w izolacji i anonimowości konfesjonału. Dlatego też ci wybrani do autentycznej mistycznej wędrówki z Chrystusem potrzebują własnych, wykształconych i uświęconych kierowników duchowych, przez których do nich może przemówić Bóg. Wartość takiej spowiedzi widać wyraźnie czytając choćby Dzienniczki siostry Faustyny.
Tu, w Neo jednak nie liczy się jednostka, tylko grupa. Rozwój jednostki jest ściśle uzależniony od rozwoju grupy w ramach narzuconych przez kolejne tzw. etapy Drogi. Neo to kombinat mający produkować „prawdziwych” Chrześcijan. Nie ma tu miejsca na dialog. Jest tylko kontakt z góry w dół. Głoszone są tzw. katechezy – nauki przekazywane z ust do ust, pewnie często wypaczane. Sama w tym żenującym procederze uczestniczyłam będąc przez pewien czas współodpowiedzialną czyli ostatnim ogniwem w tym łańcuchu. Nawet spowiedź jest tu ograniczona hałasem muzyki i taśmowością. Skoro Neo ma być szkołą kształtującą świadomych, zaangażowanych chrześcijan, to brak w nim prowadzenia, zrozumienia, wrażliwości…
Mam wrażenie, że jestem królikiem doświadczalnym w – eufemistycznie mówiąc – nie całkiem udanym eksperymencie. Porównajmy Neo choćby z historią Chrześcijaństwa. Otóż Chrześcijaństwo nie istniało w chwili śmierci Chrystusa, lecz było wynikiem działania zesłania Ducha Świętego. Podobnie Kult Miłosierdzia Bożego powstał dzięki nieludzkiemu poświęceniu s. Faustyny i na dobre rozprzestrzenił się dopiero długo po jej śmierci, po ogromnych trudnościach, które ta mistyczka przepowiedziała. A tu przecież założyciele Neokatechumenatu ciągle żyją i w najlepsze eksperymentują, co bardziej mi przypomina historię powstania Islamu. Zdrowy rozsądek podpowiada mi wątpliwość: czemu mam brać udział w tym eksperymencie?
Przecież okazuje się dzisiaj, że wyjeżdżając na konwiwencję założycielską wcale nie wiedziałam w co się pakowałam i co gorsza teraz po pięciu latach ciągle nie wiem, co mnie może na tej Drodze spotkać, bo okrywa to tajemnica – oczywiście dla mojego dobra. Sęk w tym niestety, że do ludzi, którzy mnie prowadzą nie mam zaufania niezbędnego w takich przypadkach. To chora sytuacja i coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że to pozwalanie na wciąganie się w mechanizm sekty, w przetwórczy system, który nie wiadomo co ze mną zrobi? W trakcie wyjazdów organizowanych dla współodpowiedzialnych miałam możliwość poznać ludzi, którzy w Neo są już ponad dwadzieścia lat. Według mnie nie prezentują oni ani szczególnej wiedzy duchowej, ani szczególnie głębokiego przeżywania swego życia. To raczej ludzie po prostu wyprani.
RODZINA
Często jako jedną z zalet Neokatechumenatu przytacza się wielodzietność rodzin będących na Drodze. Jeśli jednak na ten piękny obraz spojrzeć z bliska, to widać w nim pęknięcia. Schemat rodziny neokatechumenalnej jest stosunkowo prosty: mężczyzna – despota, kobieta – gospodyni domowa. Rodzina neokatechumenalna to małżeństwo, w którym nie stosuje się żadnych metod planowania rodziny, niezależnie od zaplecza finansowego czy zdrowia kobiety. Obowiązuje tu beztroski optymizm – Pan Bóg pomoże. Zatem jest to rodzina bez umiaru wielodzietna. Katechiści twierdzą, że przy czwartym, piątym i następnych potomkach, rodzice wyzbywają się „chorej” nadopiekuńczości wobec dzieci. Jest to wedle nich świetny sposób na wychowanie zdrowych, samodzielnych, wolnych dzieci. Czy tak jest rzeczywiście?
Sama jako dziecko, miałam poczucie braku miłości i uwagi ze strony rodziców. Teraz jako młoda matka zastanawiam się ile uwagi mogłabym poświęcić każdemu mojemu dziecku mając ich dziesięć? W rodzinach wielodzietnych starsze dzieci, zmuszane przez sytuację lub rodziców, muszą zajmować się młodszym rodzeństwem, co odbiera im radość własnego dzieciństwa. Kiedyś zresztą katechistka, matka kilkorga dzieci, przyznała się że w czasie swoich częstych podróży, niejednokrotnie dzieci pozostawia samym sobie, bez opieki dorosłych. Czy to ma być wzór rodziny do naśladowania, który głosi się w majestacie Krzyża?
W prawdy, które głoszą, katechiści pewnie szczerze wierzą i nimi kierują się w życiu. Zresztą sama przez lata potakiwałam z milczącą pokorą, kiedy mówili nam, że „dzieci nie rodzi się dla siebie, ale dla Boga”, ponieważ dziś nagminnie się o tym zapomina. Teraz jednak widzę, że jest to tylko półprawda, bo tak naprawdę dzieci się rodzi dla Boga i dla siebie. Bycie matką czy ojcem jest tak samo cennym powołaniem, jak bycie kapłanem. Dzięki dzieciom uczymy się realizować w życiu, kochać, cieszyć drobnostkami, patrzeć na świat prościej. Rodzina to nie fabryka dzieci, ale coś delikatnego, żywego, co do rozwoju potrzebuje nie tylko jakichś fundamentalistycznych haseł, ale też wiedzy z innych źródeł – porad psychologicznych, mądrości starszych pokoleń czy choćby własnego zdrowego rozsądku.
DUCH ŚWIĘTY
Odkąd wstąpiłem do Neokatechumenatu, brak mi poczucia działania Ducha Świętego, do którego przecież często się tu zwracamy. To tak, jakby w Neokatechumenacie działał inny Duch Święty niż ten, którego wcześniej poznałem. W Ruchach „duchaczowych” Duch Święty jakby wznosi człowieka wyżej, wznosi do Boga. Tu przeciwnie. Wydaje się, że całe Neo to nieustanne schodzenie.
O tym schodzeniu plastycznie mówi się na katechezach zapraszających do Drogi. To schodzenie do sadzawki. Jednak po zejściu do sadzawki, po uświadomieniu sobie własnej marności, grzeszności powinien nastąpić ten ruch w górę, ku Bogu, Jego Miłości… Tymczasem co…? Droga jest chyba nieustannym schodzeniem w dół. „Chyba”, bo pewnie nigdy się tego nie dowiem. I tak sobie myślę, że Droga Neokatechumenalna służy tym, którzy właśnie tego potrzebują – poniżania się, biczowania. A co z tymi, którzy do pozytywnego rozwoju potrzebują czegoś przeciwnego – docenienia, zachęcenia, a nawet blasku podziwu w czyichś oczach? Co z ludźmi o czystych sercach? Co z dziećmi wciąganymi w bagno drugiego skrutynium?
Droga ta nie zaprowadzi mnie do prawdziwej Miłości bożej. Brak w niej choćby stabilnych podstaw, jakie posiadł przez dwa tysiące lat Kościół, od których Neo się odżegnuje. Kościół legitymizuje się rzeszą świętych, tak „młody” jeszcze kult Miłosierdzia Bożego – św. Faustyną i ks. Sopoćką, a Neokatechumenat…? Czy Droga ma jakiegoś świętego albo kandydata na ołtarze? Czy to w ogóle jest jeszcze Kościół katolicki czy raczej jakiś nowy luteranizm? Przecież dla Neo po prostu nie istnieje historia Kościoła, święci czy objawienia maryjne.
ABC DLA RODZIN CZŁONKÓW NEOKATECHUMENATU
Czym oficjalnie jest neokatechumenat można przeczytać np. na stronach wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Droga_Neokatechumenalna Tu dostępne są wszelkie linki do stron na ten temat.
I od razu kilka słów komentarza do tych informacji. Proszę zwrócić uwagę na wielkość liczb opisujących Neokatechumenat: „(…) istnieje w 105 krajach, w 2001 roku istniało 16 700 wspólnot w 5 000 parafiach. W Polsce jest 790 wspólnot w 350 parafiach …” i jeszcze „57 seminariów Redemptoris Mater”. Właśnie ze względu na te imponujące statystyki Watykan ostrożnie Drodze błogosławi. Lecz zapomina o stworzeniu innych statystyk. Statystyk mówiących ilu ludzi Neo wyciągnęło z Kościoła i od niego odrzuciło. Gdyby policzyć ludzi, którzy w ogóle stracili zaufanie do Kościoła, którzy stracili wiarę mogłoby się okazać, że Neokatechumenat jest dla Watykanu kiepską inwestycją.
Z drugiej strony ciekawe, że ukazało się kilka książek negatywnie opisujących neokatechumenat i ani jednej o samym neokatechumenacie! Dostępna jest tylko piękna historyjka o powstaniu neokatechumenatu i dokumenty kościelne. Tak wielki sukces Kościoła, a absolutne minimum wiadomości na ten temat – czy to nie dziwne? Co więcej niemal wszystkie te oficjalne informacje tak naprawdę ograniczają się do opisu prekatechumenatu – wstępnego i mało istotnego etapu Drogi. Oficjalnie ten etap służy wgłębieniu się w Pismo Święte, nauce komentowania Pisma, organizowaniu liturgii itp. Z doświadczenia jednak możemy stwierdzić, że już ten niewinny etap ma w sobie niebezpieczny element. Ten czas kilku lat służy bowiem temu, by uczestnik oswoił się i zżył ze wspólnotą. Wspólnota stanie się tym, co będzie go wciąż przyciągało z powrotem, mimo chęci odejścia od Drogi.
Czym jest właściwy neokatechumenat dowiaduje się uczestnik Drogi na tzw. I skrutynium czyli wtedy, kiedy egzorcyzmami itp. ceremoniami zaczyna się ta właściwa Droga. Już samo to jest po prostu nie etyczne. Przecież rodzice oddający dziecko do chrztu podejmują świadomą decyzję w imieniu własnego dziecka, wiedzą bowiem na czym Chrześcijaństwo polega. Tymczasem tu, przygotowując się przez kilka lat na przyjęcie tego neokatechumenalnego, „świadomego” chrztu tak naprawdę nikt nie jest świadomy na co się decyduje. W Neo uczestnika utrzymuje się w ciągłym niedoinformowaniu, w chęci poznawania wciąż nowych tajemnic. Z ezoteryzmem oficjalnie Kościół walczy. I rzeczywiście, gdyby neokatechumenat nie działał pod patronatem Kościoła z pewnością byłby przezeń napiętnowany, jeśli w ogóle by powstał.
Oficjalnie też Kościół chroni własność prywatną. Jednakże tu, na I skrutynium wzywa się uczestników Drogi do wyzbycia się wszelkich dóbr i anonimowego oddania pieniędzy na rzecz parafii. Zatem jeśli ktoś z waszej rodziny jest na Drodze i znikają z waszego domu różne rzeczy to nie myślcie, że zwariowaliście. Na tej duchowej Drodze nie wzywa się do poświęceń duchowych czy emocjonalnych, ale właśnie materialnych. Oczywiście na początku nie mówi się uczestnikom, że mają oddać pieniądze na rzecz neokatechumenatu, ponieważ każdy by się od razu zorientował, że jest to sekta. Ku temu muszą wpierw odpowiednio przygotować „grunt” (odsyłamy do internetowych świadectw innych uczestników na temat II skrutynium).
Co też bardzo istotne wzywa się uczestników do zerwania emocjonalnych więzi z rodziną w imię wolności, koniecznej do pójścia za Chrystusem. Korzysta się przy tym z fragmentu ewangelii, z tzw. „słowa nienawiści” (Łk 14,26). Tak naprawdę służy to jeszcze mocniejszemu związaniu emocjonalnemu uczestnika ze wspólnotą.
II skrutynium to kolejne sito mające wyselekcjonować ludzi nadających się na fanatyków dozgonnie oddanych sprawie, którym później wmawia się, że są przez Boga wybrani (etap wybrania).
Po tym teoretycznym wprowadzeniu, czekacie pewnie na garść porad praktycznych? Jeżeli więc ktoś w waszej rodziny jest na Drodze i dzieją się dziwne rzeczy: wyprzedaje swoje przedmioty, zaniedbuje rodzinę, szkołę, znajomych, jest wrogo nastawiony do rodziny, ma poczucie elitarnej misji do spełnienia itp. są to wyraźne symptomy neokatechumenalnego prania mózgu. Gdzie wtedy szukać pomocy?
Już na to podstawowe pytanie nie potrafimy dać odpowiedzi. Oficjalnie Neo nie jest sektą, więc pomocy możemy nie otrzymać w instytucjach, które pomagają w problemach dotyczących sekt, ale spróbować można. Także udanie się do proboszcza może niczego nie przynieść, zwłaszcza jeśli proboszcz sam jest neokatechumenalnym prezbiterem, ale spróbować można. Listy do kurii…, ale spróbować można. Oficjalnie problemu nie ma . Dopiero my musimy ten problem wspólnie tutaj wyświetlić.
INNOŚĆ ODERWANIE
Są w Neokatechumenacie sprawy, których nie rozumiem, a wydają mi się to rzeczy niepokojące. Wchodząc coraz bardziej w Neokatechumenat oddalam się od Kościoła pod wieloma względami. Jest tu własna, odmienna neokatechumenalna liturgia. Nie ma tu żadnych wieści z aktualnego życia Kościoła, ani ogłoszeń parafialnych. Czy to jest jeszcze moja parafia? Są neokatechumenalne śpiewy i obrazy, wszystko podobno autorstwa jednego człowieka. Jest w końcu odmienne słownictwo, w którym Księdza zastępuje Prezbiter, a Mszę Świętą – Liturgia Eucharystyczna itp. Niby nie jest to wszystko niczym strasznym, ale jeśli się nasiąknie tym przez wiele lat, to w „normalnym” kościele będę się czuł już nieswojo – i taki być może jest tego ukryty cel.
***
O tym, że są to trafne odczucia przekonuje nas list od kardynała Francisa Arinze, Prefekta Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny do Inicjatorów Drogi z 1 grudnia 2005 roku. http://ekai.pl/papiez/?MID=10698
Czytamy: „(…) informuję Państwa o decyzjach Ojca Świętego.
Przy celebracji Mszy świętej, Droga Neokatechumenalna ma przyjąć i przestrzegać ksiąg liturgicznych zatwierdzonych przez Kościół, nie ujmując ani nie dodając niczego.”
Dalej w punkcie pierwszym: „ (…) Przynajmniej jedną niedzielę w miesiącu, wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej muszą uczestniczyć z Mszy Świętej wspólnoty parafialnej.”
Najbardziej znaczące jest ultimatum postawione przez Papieża, o konieczności przeprowadzenia zmian w liturgii.
„5. W sprawie przyjmowania Komunii Świętej, udziela się Drodze Neokatechumenalnej okresu przejściowego (nie przekraczającego dwóch lat) na przejście z szeroko rozpowszechnionego w jej wspólnotach sposobu przyjmowania Komunii Świętej (siedząc, ze stołem nakrytym obrusem umieszczonym w centrum kościoła zamiast przeznaczonym ku temu ołtarzem w prezbiterium) na zwykły sposób, w który cały Kościół przyjmuje Komunię św. Oznacza to, że Droga Neokatechumenalna musi zacząć przyjmować sposób rozdzielania Ciała i Krwi Pańskiej, opisany w księgach liturgicznych.”
Zanim wyjaśnię co naprawdę oznaczają te mało znaczące dla niewtajemniczonego upomnienia, chciałbym zwrócić uwagę na jeden szczegół, ale jakże wiele mówiący. Otóż Prefekt pisze tu o tym, że na Drodze Neokatechumenalnej odprawia się liturgię eucharystyczną „w centrum kościoła”. Tak naprawdę odprawianie w kościele tej liturgii jest niesłychaną rzadkością – w moim przypadku tylko w czasie katechez zapraszających, a więc ani razu w ciągu sześciu lat na Drodze! Zwykle odprawia się ją w salkach parafialnych lub tym podobnych miejscach. Już to świadczy o niedostatecznym informowaniu Watykanu.
Zatem co kryje się za tym ultimatum? Jest to obraz realnej walki Papieża z Kiko Arguello. Jest to próba sił – oczywiście wszystko odbywa się w białych rękawiczkach, bo dla Watykanu Neokatechumenat jest skrywanym skandalicznym błędem. Oczywiście ktoś niewtajemniczony powie, że co to za różnica czy liturgię sprawuje się tak czy owak – ważna jest treść. I rzeczywiście trzeba sięgnąć po odpowiednią treść, by zobaczyć na czym sprawa polega. Tą treścią są „tajne” (na szczęście znane już) katechezy Kiko Arguello. Odsyłamy tu do literatury na ten temat: książka Ks. Erico Zoffoli lub Ks. Michała Poradowskiego. Wynika z nich to, że wedle Arguello komunia jest jako obrzęd jedynie biesiadą, a nie ofiarą, a spożywanie chleba i wina przez każdego wiernego jest jedynie pamiątką, a nie realnym spożywaniem Ciała i Krwi Zbawiciela. Oczywiście dla większości ludzi będących na Drodze te poglądy są całkowitą tajemnicą – treść tych katechez zna tylko elita.
Na marginesie, jakże różne jest to podejście do cudu Przeistoczenia w porównaniu z tym, co na ten temat w swych Dzienniczkach zanotowała święta Faustyna, która po prostu widziała w rękach kapłana nie chleb, ale małego Chrystusa wierzgającego z radości, łamanego i zjadanego przez celebransa. Szczyt życia chrześcijańskiego w dwóch skrajnych wizjach – rzec można racjonalnej, protestanckiej i szokującej, mistycznej.
Można pójść dalej jeszcze i sięgnąć do wywiadu z Giuseppe Gennarinim, upoważnionym do kontaktów z mediami w imieniu Drogi, odpowiedzialnym za Drogę Neokatechumenalną w Stanach Zjednoczonych, który w 1975 roku zainicjował Drogę w Polsce wraz z jezuitą, o. Alfredem Cholewińskim. http://www.kai.pl/nowyserwis/newsroom.xml?id=358263 lub
http://www.christianitas.pl/c/wydarzylosie/?id=548
Spotkamy się tu z neokatechumenalną propagandą bezczelnie zamieniającą naganę na sukces. Gennarini stwierdza, że „po raz pierwszy zostały przyjęte niektóre zmiany praktykowane w sposobie celebrowania Eucharystii w Drodze Neokatechumenalnej…”, gdy przecież nie zostały przyjęte, tylko nakazano ich zmianę na ogólnie przyjęte w całym Kościele, bo nie ma żadnego uzasadnienia dla zwyczaju spożywania komunii na siedząco – ten najistotniejszy temat Gennarini sprytnie przemilczał.
Czytamy na przykład, że „liturgie na Drodze Neokatechumenalnej są otwarte dla wszystkich”. Wystarczy pójść do pierwszej lepszej wspólnoty by przekonać się, że nie jest to prawdą. Liturgie te są zamknięte, a nawet odbywają się przy zasłoniętych oknach, by nie gorszyć niewtajemniczonych.
„Wymóg uczestniczenia raz w miesiącu w celebracjach ogólnych parafii jest już często realizowany, na przykład w kontekście takich uroczystości jak Boże Narodzenie…” itd. Fantastycznie, więcej się już nie dało wyliczyć – tylko czy o to tu właściwie chodzi?
Dalej jak zwykle wyrazy poparcia i przyjaźni ze strony Papieża. Zapewnienie, że o wszystkim co dzieje się na Drodze wie w szczegółach cały Watykan. Takie zapewnienia o tym, że zawsze ktoś wyżej postawiony wie o wszystkim powtarzane są na Drodze do znudzenia.
Sugeruje się też, że Droga jest brzytwą za którą chwyta się zdesperowany Papież, bo bez Neo Chrześcijaństwo zginie. Trudno się milcząco zgodzić na to, że Watykan posuwa się do tak radykalnego kroku bez poinformowania o tym ponad miliarda katolików na całym świecie. Czy z najpowszechniejszym na świecie Kościołem jest naprawdę tak źle, by jego przyszłość składać w ręce osób świeckich, nieznających nauki Kościoła, a jedynie neo-naukę? Owszem Europa Zachodnia przechodzi kryzys, ale nie jest ona pępkiem świata. Kościół katolicki w ogóle ma się przecież całkiem nieźle. Pontyfikat Jana Pawła II pokazał jednoznacznie, że Kościół katolicki jest przodującym, rozwojowym Kościołem. Ta ilość świętych, błogosławionych, nowe kulty, ruchy odnowy, dni młodzieży… przykłady można by mnożyć.
Stanowisko Benedykta XVI i idący za nim list Prefekta to wielkie wydarzenie dla ofiar Drogi Neokatechumenalnej. Może dzięki niemu ktoś wreszcie nas zauważy. Czy ten olbrzymi walec jakim jest Kościół zdoła po cichu wyrównać indywidualność Neokatechumenatu? Czy ta wielka kościelna machina zdoła przemielić Drogę na w pełni dobrą mąkę? Papież pewnie w to ufa, ale my, którzy doświadczyliśmy tego na własnej skórze mamy o wiele więcej wątpliwości. Internauci alarmują: „Neokatechumenat rozwala Kościół od środka!”.
Lecz by oddać sprawiedliwość trzeba też spojrzeć na sprawę z drugiej strony. My świeccy uważamy bowiem, że jest to problem, który ma rozwiązać Watykan. A właściwie czemu by tak miało być? Czemu to Papież ma wypić piwo, które nie On nawarzył? Przecież Neokatechumenat powstał z inicjatywy świeckich, w świeckim środowisku i opiera się na działalności ludzi świeckich. Czyż zatem i naprawa tego, co złe w Neo nie powinna być zadaniem dla świeckich?
WATYKAN , KONKRETNE DZIAŁANIA
Neokatechumenalny radykalizm może się przecież podobać nawet hierarchom Kościoła. Imponująca jest ta swego rodzaju szkoła religijnych kamikadze, którzy bez jakiegokolwiek zabezpieczenia potrafią wyjechać do obcego kraju, by głosić Słowo Boże. Oczywiście z gromadką dzieci. Wielodzietność to też fragment neokatechumenalnej propagandy sukcesu. Jednak w ogólnym rozrachunku Droga może przynieść Kościołowi więcej szkód niż korzyści, więcej zagubionych owieczek, niż nawróconych. Przez ciche poparcie dla Drogi Neokatechumenalnej Kościół może stracić coś bezcennego – resztki ludzkiego zaufania. Gdy tajne oblicze Neokatechumenatu zostanie wreszcie pokazane światu, jego członkowie mogą podzielić się na dwa główne obozy: tych, którzy pójdą za Neo-Kościołem i tych, którzy w ogóle odejdą od Wiary.
Przypuszczam, że Watykan ciągle zapatrzony jest w narodziny Drogi. Inicjatorzy mieli pozytywne intencje, lecz to, co było „dobre” zastąpiono z czasem „lepszym”. Początkowy katechumenat nie spełniał wygórowanych oczekiwań inicjatorów, dlatego trzeba było pomóc Duchowi Świętemu, trzeba było wprowadzić sztuczne katalizatory przemian osobowości uczestników Drogi – skrutynia, które są w rzeczywistości pralnią osobowości. Z pewnością żaden hierarcha nie przeszedł przez I czy II skrutynium takie, przez jakie przechodzą szeregowi uczestnicy. Ale przecież świadectwa muszą docierać i do Watykanu.
Statut, upomnienia ustne czy wysyłane przez Kongregację itp. dokumenty to drobne korekty, które pozostają nie realizowane. Watykan stara się utrzymać Drogę w ramach Kościoła, ale nie ma już nad nią należytej kontroli. Nie wiadomo kto tak naprawdę popiera Neo i dlaczego. Panuje w tej sprawie dziwna cisza. To tragiczne, że o istnieniu tajnego oblicza Neokatechumenatu alarmują tylko mało wiarygodne organizację skrajnie prawicowe i konserwatywne.
Tymczasem już teraz, natychmiast, by zapobiec szerzeniu się tego destruktywnego zjawiska w szeregach Kościoła lokalnego należy powołać specjalną komisję złożoną ze specjalistów: teologów, psychologów oraz krytycznie nastawionych do Drogi byłych jej członków. Taka grupa powinna mieć uprawnienia niezależnych obserwatorów zgrupowań Ruchu na każdym szczeblu i rzeczywiście wizytować je. Rozmawiać z uczestnikami Drogi. Badać jaki rzeczywisty wpływ na jednostkę ma ta forma duchowości. Reagować na wszelkie negatywne doniesienia. Stworzyć niezależną witrynę internetową dedykowaną jej ofiarom – ludziom, którzy ponieśli psychiczne czy materialne straty poprzez uczestnictwo własne lub kogoś z rodziny. Opublikować obiektywną książkę ze świadectwami za i przeciw Neo. Oczywiście jest to projekt, który nie ma żadnych szans realizacji wobec fanatycznej postawy elit Neokatechumenatu, którzy z infantylnym uporem każdą krytykę uważają za „prześladowanie”.
TECHNIKI
Droga Neokatechumenalna jest duchową szkołą doprowadzającą adeptów do realizacji chrześcijańskiego ideału. Ludzie ci rzeczywiście żyją wedle nauki Chrystusa, wyzbywając się dóbr materialnych, troski o sprawy codzienne i strachu przed śmiercią w dosłownym i metafizycznym sensie. Otwierają się na boże dary, w tym także na dzieci. Bezinteresownie pragną głosić Słowo Boże tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne. To, co udało się Kościołowi katolickiemu przez 2000 lat jedynie w stosunku do jednostek, Neokatechumenat w ciągu zaledwie 40 lat doświadczeń realizuje w skali iście masowej. Wobec takiego sukcesu Kościół powinien stać się tylko sługą, pożywką na której Neokatechumenat buduje nowy świat. Jest o tym przekonanych tysiące księży i dziesiątki biskupów (dla przykładu na spotkanie z Kiko Arguello w czasie XX Światowych Dni Młodzieży w Kolonii przybyło 50 biskupów z różnych krajów). Nawet sam Jan Paweł II w 2002 roku nazwał „Neokatechumenat odpowiedzią Opatrzności na sekularyzację.”
W tym pięknym fresku jest jednak mała skaza. Niedostrzegalny z zewnętrznej strony Neokatechumenatu problem. Otóż Neokatechumenat doprowadza adepta do realizacji życia chrystusowego nie bożymi metodami, poprzez działanie Ducha Świętego, ale metodami ludzkimi w najgorszym tego słowa znaczeniu. Wpierw wyławia z kościelnej społeczności jednostki o słabej woli, ale pragnące duchowego wzrostu. Później przez długie lata powoli usypia w nich własny intelekt, wymazuje osobowość. Potem – po II przejściu – następuje nagły zwrot. Nadpisuje swój program i swoją niedorozwiniętą wizję świata. Zastanawiające, że od tych około 30 lat, odkąd adepci z sukcesem ukończyli już Drogę nikt z nich nie złapał za pióro, by dać spontaniczne świadectwo opisując swoją neo-drogę do życia chrystusowego. Ludzie ci wciąż trwają w poczuciu tajemnicy i izolacji, tylko i wyłącznie realizując niczym roboty wpisany w nich program ewangelizacji.
Ewangelizacja typu neokatechumenalnego nie niesie realnej pomocy opartej na Miłości ludziom żyjącym w realnym świecie, a jedynie nieustanne „dołowanie”. Ci współcześni zeloci nie niosą w świat obrazu Chrystusa ludzkiego, uśmiechniętego, kochającego, miłosiernego. Ich Chrystus jest taki, jak naszkicowany przez Kiko Arguello – czarno-biały, nieautentyczny. Nie dziwi więc fakt, że ich ewangelizacja jest zupełnie nieskuteczna na forum ogółu parafii. Można sterować małą, zamkniętą grupką słabych ludzi, ale nie da się manipulować grupą otwartą. Świadczy o tym przypadek zachodnio-australijskiej parafii w Mirrabooka, Perth, którą powierzono neo-zelotom. Sekta swoją filozofią elitarności podzieliła parafię. Wierni nie mogąc już dłużej słuchać typowych dla tych oszołomów świadectw grzeszników po prostu uciekli do okolicznych kościołów i wystosowali protest z żądaniem usunięcia neo-kapłanów z ich parafii. Bardzo pouczająca to historia zresztą nie jedyna: http://church-mouse.lanuera.com/neocats/ – Mirrabooka.htm i inne. Zatem na nic zda się adaptacja tej sekty przez Watykan, ponieważ Neokatechumenat potrafi rozwijać się tylko i wyłącznie poprzez pączkowanie własnych małych komórek (jak to przedstawiają na katechezach zapraszających), samemu Kościołowi niczego nie dając, a jedynie na nim pasożytując.
Przyjrzyjmy się bliżej Neokatechumenatowi. Sekta posługuje się mnóstwem psychotechnik, którym ulegają wszyscy – od dzieci, po wykształconych i statecznych księży. Dla dziecka w rodzinie neokatechumenalnej „kościołem” jest salka parafialna, a nie właściwy budynek parafialnego kościoła. Teoretycznie wystarczy wychować jedno pokolenie na Drodze, by opróżnić kościoły z wiernych. Ciekawe, że nawet gdy liturgie neokatechumenalne odbywają się obok kaplic, to i tak się ich tam nie organizuje. Natomiast w kościele – co jest bardzo rzadkie – nie odprawia się ich w prezbiterium, na ołtarzach tylko po środku kościoła, na stołach.
Niesamowite jest jak sprytnie sekta potrafi manipulować duchownymi. Dając im poczucie tego, że Droga jest formą głębszego, bardziej czynnego Kościoła Katolickiego łapie na swój lep przede wszystkim księży żywiących poczucie winy, perfekcjonistów, którzy chcą jeszcze więcej z siebie dać Bogu, niż robią to na parafii. Po czym sekta sprytnie dopuszcza ich tylko na bezpieczne tereny, tak by nie dowiedzieli się zbyt wiele z tajemnic sekty. Dzieje się to w aurze cierpiętnictwa (schodzenie do sadzawki) i szczególnej miłości bliźniego (pocałunek pokoju).
Sukces sekty opiera się na brakach, jakie posiada Kościół katolicki i teoretycznie oferuje uzupełnienie ich gorliwym wiernym i duchownym. W rzeczywistości niczego jednak nie uzupełnia, tylko tworzy alternatywną, pseudo-elitarną ścieżkę. Robi to w sposób szalenie skalkulowany. Tzw. I przejściu, które teoretycznie ma przyjść po dwóch latach od założenia się wspólnoty, następuje wtedy, gdy wspólnota jest już na krawędzi rozpadu. I tu oferuje się „prawdziwy Neokatechumenat”. To jest pierwsze wtajemniczenie. Po nim nastąpią inne. Rysuje się wizję długiej drogi w górę, której tak naprawdę nikt nie zna, bo jest ona okryta tajemnicą, dla dobra samych zainteresowanych.
Przyjrzyjmy się takiemu przejściu. Ogólnym efektem u zdecydowanej większości uczestników jest zamieszanie w głowie i podekscytowanie. By uzyskać ten efekt, stosuje się wiele technik sekciarskich. Dla przykładu stawia się przed uczestnikami pytanie o „przyjęcie Słowa”. Co to znaczy? Czy jest deklaracją uczestnictwa? Odpowiedź „tak” czy „amen” nie jest wcale wymagana dla dalszego uczestnictwa. Wydaje się, że „nie” też nie obliguje do rezygnacji. Jest to prawdopodobnie tylko test przeprowadzany przez katechistów – sprawdzian ogłupienia uczestników.
Inną techniką jest ceremonia wpisywania własnych imion do Biblii. To, o czym w Biblii mówi się w przenośni, tu traktuje się dosłownie. Czemu służyć ma ten cyrograf? Pewnie dozgonnemu, a nawet w religijnym sensie wiecznemu związaniu członka ze wspólnotą. Jeśli bowiem ktoś zbłądzi i odejdzie, to reszta wspólnoty będzie się modlić za jego powrót, tak jakby wspólnota neokatechumenalna była równoznaczna z Kościołem, a uczestnictwo w jej liturgiach jedyną drogą do zbawienia.
Wzywa się uczestników do wyrzeczenia się dóbr materialnych, a nie samej chęci posiadania, co przecież jest istotą przywiązania. Zatem dosłownie mówi się tu: masz sprzedać wszystko, co masz i oddać, a dostaniesz o wiele więcej dóbr materialnych. Wątpliwe by o to właśnie chodziło Chrystusowi na którego słowa się powołują.
Mowa ciała katechistów jest bardzo znacząca. Przykładem jest psychotechnika polegająca na tym, że bardzo często przemawiając do zebranych wspierają oni swoje słowa ujmowaniem w prawą rękę Krzyża. Sugerują jakby bliżej byli Boga, jakby byli Jego głosem i takie są później podświadome odczucia uczestników. Czy widział kto, by takie rzeczy robił ksiądz w czasie homilii? Nic dziwnego, że często się tu mówi, iż ktoś „dał mocną katechezę” skoro są one pełne tego typu technik manipulacyjnych.
Oprócz technik manipulacji stosowanych na wszystkich członkach grupy, katechiści wypracowali sposoby manipulowania pojedynczymi osobami w konkretnych sytuacjach. Na Drodze prawie każdego dopadają wątpliwości, ale pozostaje się na niej siłą bezwładu. Gdy dana osoba ma poważne wątpliwości co do dalszego uczestnictwa, katechista w rozmowie na stronie opowiada, że ktoś bliski z jego rodziny też miał wątpliwości i odszedł, a po jakimś czasie wrócił i teraz bardzo dobrze się rozumieją itd.
Manipulacją jest już sama nazwa „Droga”. Neokatechumenat nie jest jedynym z Ruchów w obrębie parafii („Ruch” to nazwa dla Neo obraźliwa), lecz elitarną i jedyną słuszną Drogą. Z litością patrzy się tu na „niedzielnych” katolików. W takim kontekście odejście od wspólnoty jest oznaką słabości, pewną degradacją i zdradą Boga.
Elita drogi manipuluje uczestnikami twierdząc, że wszelkie negatywne reakcje na Drogę są wyrazem prześladowania. Ma to na celu „zjednoczyć szeregi”, odizolować uczestników, stworzyć szlachetny, męczeński wizerunek. Tymczasem założenia Drogi i oficjalna nauka są słuszne, dlatego Droga ma poparcie Kościoła. Prawymi i szczerymi ludźmi jest zdecydowana większość uczestników, stąd taki sukces Drogi, bo to oni są motorem rozwoju Drogi. Chory jest system stworzony przez inicjatorów, którego prawdziwą twarz elita musi utrzymywać w ukryciu. Zatem mówiąc o prześladowaniach to inicjatorzy i elita zasłaniają się uczestnikami przed słuszną krytyką. Większość ludzi na Drodze jest po prostu oszukiwana.
Poważnie niepokoi mnie fakt czy spowiedź przeprowadzana przez kapłanów wykształconych w seminariach Redemptoris Mater – tak jak miałem to okazję osobiście zaobserwować – jest jeszcze ważnym sakramentem czy też raczej przedstawieniem, swego rodzaju show czy cyrkiem. Zastosowanie w czasie spowiedzi mnóstwa różnych psychotechnik ma na celu: zmniejszyć skrępowanie u penitentów, bardziej zbliżyć, uczłowieczyć neo-kapłana, a jednocześnie częstokroć nadać mu nimb tajemniczości, nawiedzenia. Oto kilka z zauważonych przeze mnie stosowanych technik.
Mowa ciała. Kapłan z Redemptoris Mater spowiadając pozwala sobie stać w postawie pochylonej w przód i w bok, wspierając się ręką o ścianę, drugą ręką trzymając z tyłu za sznurem. Jest to eufemistycznie mówiąc rzadko spotykana postawa u kapłanów z Kościoła katolickiego. Taki wygląd ma pomóc w przełamaniu lęku u penitenta, by wybrał za spowiednika neo-kapłana.
Rozmowa zamiast spowiedzi. Sama spowiedź jest raczej terapeutyczno-przyjacielską rozmową niż wyznawaniem grzechów w majestacie Boga czy też samemu Bogu. Neo-spowiednik przerywa penitentowi, zadaje pytania, stara się być jak najbardziej ludzki.
Autokreacja. Spowiednicy z Redemptoris Mater posuwają się nawet do tego, że kreują się na czytających w myślach, mówiąc np. „wiedziałem, że teraz to powiesz”. Tymczasem ci, którzy rzeczywiście takim darem są obdarzeni raczej skrzętnie go ukrywają niż się nim zupełnie niepotrzebnie chwalą.
To „oryginalne” podejście do sakramentu pokuty jest zaledwie fragmentem szerszego planu poniżania Kościoła katolickiego w osobach jego duchownych. Księży, często w dojrzałym wieku, którzy na duszpasterstwie „zjedli zęby”, którzy często są wzorowymi proboszczami w wielkich parafiach i na co dzień dźwigają olbrzymie obowiązki na Drodze traktuje się ledwie troszkę lepiej niż zwykłych ludzi. Jeżeli więc księża dają sobie wmówić to, że Neokatechumenat jest jedyną właściwą Drogą do Zbawienia to jak w to mają nie uwierzyć zwykli ludzie? A przecież muszą też być i hierarchowie Kościoła, którzy temu poniżeniu w dobrej lecz ślepej wierze się poddają. Prawdy o tym nie znamy ze względu na ostatnią, najpoważniejszą manipulację.
Najistotniejszym sposobem manipulacji, bez którego sekta nie ma w ogóle racji bytu, jest izolacja. W Neokatechumenacie odbywa się ona na kilku poziomach. Począwszy od odmiennego niż w Kościele nazewnictwa, poprzez izolację fizyczną (zasłanianie okien, na spotkania i liturgie wspólnot nie mają prawa wstępu obcy), aż do nałożenia na członków nakazu milczenia o życiu wspólnoty pod groźbą popełnienia grzechu ciężkiego.
Wynikiem tej manipulacji jest zupełny brak komunikacji pomiędzy ludźmi, którzy we wspólnym interesie powinni między sobą rozmawiać. Zaglądając choćby na jakieś internetowe forum dyskusyjne wydaje się, iż istnieją tylko dwie, przeciwstawne sobie grupy: zwolenników i przeciwników Drogi. Tymczasem tak naprawdę istnieje pięć grup ludzi, pomiędzy którymi nie ma dialogu.
1. Nowi członkowie (głównie prekatechumenaci czyli przed I przejściem), którzy występują jako zwolennicy Neo.
2. Starzy członkowie (katechumenaci czyli zwykle już po II przejściu), którzy wiedzą już dużo, ale boja się mówić.
3. Katechiści, elita Drogi, którzy nie zabierają zupełnie głosu.
4. Byli członkowie, którzy grają rolę przeciwników sekty.
5. Rodziny członków katechumenatu.
I na tych ostatnich stosuje się pośrednio manipulację. Poprzez skrajną, wypaczoną interpretację słowa o nienawiści, każe się członkom katechumenatu (na I przejściu) odizolować od własnej rodziny. Budzi to z czasem w ich rodzinach poczucie winy.
Zatem ten szczątkowy obraz Drogi, jaki jest dostępny w mediach (tzn. w internecie, bo jest to praktycznie jedyne wolne medium w tym przypadku) jest zupełnie nieprawdziwy. Byli bracia z Drogi, mówiąc o ciemnej jej stronie, walczą z tymi, którzy znają tylko prekatechumenat, a więc praktycznie tylko jasną jej stronę. Natomiast podzielone rodziny – rodzice z dziećmi, mężowie z żonami itd. – walczą pomiędzy sobą. Tymczasem prawdziwy wróg – elita Drogi pozostaje w cieniu i robi swoją krecią robotę.
W takim kontekście zwykły Kościół katolicki oparty na parafiach jawi się jako całkiem nieźle działający mechanizm, który dzięki oparciu o tradycję, jawność, otwartość, odporny jest na nadużycia, manipulacje, finansowe wyzyskiwanie wiernych. Szkoda tylko, że ulega on takim zapaleńczym nowinkom z Zachodu.
HIPOTEZY
Czemu Neo tak naprawdę służy i do czego prowadzi?
Wielokrotnie słyszałem zdanie pochodzące ze Statutu Drogi, w czasie gdy świętowaliśmy jego zatwierdzenie mówiące, że wspólnota ma być przy parafii i parafii służyć. Czy tak jest rzeczywiście? Przez kilka lat jako wspólnota dla parafii nie zrobiliśmy nic. Ale nie jest to regułą. Uczestnicy Drogi potrafią udzielać się w chórach, pomagać w niedzielnej kolekcie, prowadzić akcje, modlitwy itd. To zawsze dobry objaw, że prezbiterzy nie próbują odłączyć ich od Kościoła i że wiernym chce się robić coś więcej niż tylko Drogę.
Pytam jednak ogólnie: czemu służyć ma Droga? Czy rzeczywiście przyprowadza ona ludzi do Kościoła, jak to się optymistycznie twierdzi? Rzecz w tym, że wcale nie do Kościoła – tylko do salek parafialnych. Ale i to się może zmienić, bo przecież neo-liturgia nie potrzebuje ołtarzy z wmurowanymi relikwiami – wystarczy stół choćby pingpongowy w jakiejkolwiek sali czy domu.
Zauważmy jedną, bardzo znaczącą rzecz. W Neo jakby nie przyjmuje się do wiadomości życia przed neokatechumenalnego. Powiela się chrzest i inne sakramenty na zupełnie inny od katolickiego sposób. Czy jest to tylko „powielanie” czy już tworzenie nowej jakości, nowego Kościoła? Księża odgrywają tu tylko instrumentalną, pomocniczą rolę. Ale i oni wkrótce nie będą potrzebni. System Neo ma już własne seminaria, które kształcą neo-księży – duchownych ukształtowanych na tę modłę.
A jaki jest tego cel?
Widzę tu dwie ewentualności. Cel ten może nie być groźny, jeśli wypływa z ludzkiej słabości. Być może zatem jest to tylko największy na świecie teatr jednego aktora. Aktorem tym jest Kiko Arguello – hiszpański artysta, założyciel Drogi, autor katechez, wszelkich pomysłów, pieśni, obrazów… itp. itd. Cała neo-rzeczywistość jest przez tego religijnego dyktatora stworzona i jest mu całkowicie podporządkowana. Z moich obserwacji i z licznych relacji innych ludzi wynika, że jest to człowiek o wyjątkowo histerycznym i despotycznym charakterze.
Kiko Arguello najwyraźniej po kryjomu potępia Kościół, rzec można, że cierpi na jakąś fobię kościelną. To właśnie dlatego próbuje stworzyć własną wspólnotę wiernych w Chrystusa. Oddala wiernych od kościoła. Oddala wiernych od najświętszego miejsca – ołtarza. Oddala wiernych od Świętych i Matki Bożej, pozostawiając jedynie Pismo Święte, które i tak można dowolnie interpretować bez pomocy Kościoła, czego uczy się już od samego początku Drogi, od prekatechumenatu. Wedle Kiko Arguello Eucharystia jest tylko wspólnotową biesiadą – biesiadnicy dosłownie siedzą przy stole, jedząc i pijąc na pamiątkę Ostatniej Wieczerzy – nie uznaje zatem cudu Przeistoczenia, komunii z Chrystusem i nadprzyrodzonej roli jaką w tym odgrywają księża.
Oczywiście, patrząc bezstronnie, nie sposób w jakiejś mierze nie przyznać mu racji. Duchowieństwo katolickie nie jest święte, o czym świadczą skandale księży pedofili, homoseksualistów, materialistów, hierarchów żądnych władzy czy poklasku lub po prostu leniwych. Z pewnością jednak duchowieństwo nie jest aż tak zatrute, by całe je skazać na zagładę, co makiawelicznie czyni Kiko Arguello.
Bardziej jednak prawdopodobne, że sprawa nie jest tak prosta. Kiko Arguello, jak się rzekło aktor teatru jednego aktora, ma swojego suflera. Tę rolę gra Carmen Hernandez, druga inicjatorka Drogi, żydówka z wykształcenia doktor chemii z licencjatem z teologii. Wydaje się istnieć pomiędzy nimi pewien podział ról. On zajmuje się stroną oficjalną i artystyczną, ową filozofią zbawiającego piękna, opartą na myśli Dostojewskiego. Natomiast ona odpowiada za stronę teologiczną. Zatem to prawdopodobnie ona stworzyła tę luterańsko-judaistyczną neo-naukę. W katechezach często to ona prezentuje bardziej radykalne poglądy od niego. Stojąc w cieniu K. Arguello może kierować Neokatechumanatem wedle własnych, ukrytych zamierzeń, czego oczywiście nigdy nie mogła by zrobić występując samodzielnie. Trudno sobie wyobrazić na przykład, by kobieta jawnie mogła stworzyć swój własny Kościół. Tymczasem gdyby Ojciec Święty wyświęcił biskupa z Redemptoris Mater, pierwszego neo-biskupa pokonano by ostatnią formalną przeszkodę na tej drodze.
Istnieje niestety jeszcze ta druga ewentualność, której lepiej by było nie wypowiadać, ale której przemilczeć nie wolno. Neo może odegrać poważną rolę w historii świata i w historii zbawienia, podobną do hitleryzmu czy stalinizmu, jeśli jego elity lub ludzie za nimi stojący osiągną odpowiednią ku temu władzę.
Być może ukrytym celem dla którego Arguello powołał Neo do życia ma być święta, demograficzna wojna toczona przez armię fanatycznych Neo-Chrześcijan z arabskimi imigrantami o zachowanie czystości chrześcijańskiej Europy. Napływ ludności islamskiej do Europy Zachodniej trwa od 40 lat czyli właśnie od czasu narodzin Drogi. Neo byłby zachodnio-europejską odpowiedzią na islamskich fanatyków. Kto wie, co roi się w umyśle człowieka, który aspiruje do bycia alternatywą dla Papieża.
Możliwe, że Neo chętnie wykorzystują siły wrogie Kościołowi. W latach 70-tych, gdy Drogę sprowadzono do Polski miała ona ciche poparcie Służb Bezpieczeństwa władz komunistycznych, o czym czytamy w świadectwach ówczesnych uczestników Drogi. (Np. http://www.antyk.org.pl/wiara/neokatechumenat/swiadectwo-03.htm)
Możliwe, że historia walki z Kościołem Świętym trwa już znacznie dłużej, a stoi za tym tajna, wręcz mityczna organizacja, masoneria. Wiadomo, że celem jej jest przejęcie całkowitej, finansowej i światopoglądowej kontroli nad światem. Novus Ordo Secunerii – Nowy Świecki Ład. Świat, w którym Chrystus jest tylko jednym z galerii setek bożków, a prawdziwym Panem jest pieniądz. W takim przypadku Neo jest masonerią „dla ubogich”, jest bardziej powszechną i mniej wymagającą jej wersją. Rola jej polega na gromadnym wyprowadzeniu ludzi z Kościoła Świętego przed ostatecznym atakiem lóż masońskich.
CRUZADA
Cruzada – idea globalnej, antykomunistycznej krucjaty powstała w 1936 roku w Hiszpanii. Jej inicjatorem był gen. Franco. Wojna religijna miała odrodzić moralnie i gospodarczo Hiszpanię, tkwiącą od stu lat w głębokim kryzysie oraz przywrócić jej pozycję w świecie, jaką miała w XVI wieku.
Lidia Mularska-Andziak „Franco”
Wydawnictwo Puls, Londyn 1994, strona 65:
„Dnia l października 1936 roku, podczas uroczystości przejęcia władzy, Franco stwierdził, iż zamierza przywrócić Hiszpanii jej dawną wielkość. Wydaje się jednak wątpliwe, aby wówczas miał już przygotowany plan działania i wiedział jak wykorzystać swoją władzę. Jego wypowiedzi publiczne z lipca i sierpnia tego roku, poza definicją rebelii jako 'ruchu narodowego’, czy wręcz 'krucjaty’ przeciwko komunizmowi, nie zawierały konkretnych wskazówek politycznych.”
Ideę cruzada poparł w imieniu hiszpańskiego Kościoła biskup Salamanki Enrique Pla y Deniel 2 października 1936 roku w liście pasterskim, który określał wojnę jako „krucjatę w obronie wiary, ojczyzny i cywilizacji” („Franco”, strona 67).
Idea cruzada – wywodząca się z długiej historii Hiszpanii, jak zresztą też frankizm – miała olbrzymi wpływ na współczesne losy Hiszpanii i rolę jaką odegrał hiszpański Kościół, który był główną podporą reżimu gen. Franco.
Ważniejsze daty z ewolucji „wojującego katolicyzmu”:
1936-1939 – niezwykle okrutna hiszpańska wojna domowa, początkowo krucjata polegała na fizycznej eliminacji nosicieli Zła
1939-1945 – Hiszpania w czasie wojny światowej
1945-1953 – izolacja Hiszpanii, podsycanie tendencji nacjonalistycznych, „inkubacja” światowej krucjaty
1953-1955 – konkordat, przyjęcie Hiszpanii do ONZ itp. wydarzenia, które zwolennicy krucjaty odebrali jako akceptację tej idei przez Kościół powszechny i świat
1960-1970 – dekada przemian gospodarczych i politycznych w Państwie i Kościele hiszpańskim, stopniowe odejście od idei cruzada
1971 – potępienie frankizmu oraz cruzada przez Kościół hiszpański
Barbara Gola, Franciszek Ryszka „Hiszpania”
Wydawnictwo Trio, Warszawa 1999, strona 312:
„13 września 1971 r. kardynał Enrique y Tarancón zwołał biskupów i księży na pierwsze w czasach dyktatury zgromadzenie przedstawicieli całego duchowieństwa, poświęcone problemom społecznym. Zebrani przyjęli dokument potępiający frankizm i ogłosili zerwanie przez Kościół wszelkich związków z reżimem Franco. Zażądali rewizji konkordatu oraz odwołania biskupów z ław poselskich. W dokumencie wyrażono żal z utrzymywanych przez długie lata ścisłych związków Kościoła z panującą klasą polityczną, postulując jednocześnie zagwarantowanie duchowieństwu pełnej swobody wypowiedzi w sprawach politycznych. Za historyczną należy uznać odrębną rezolucję, w której biskupi proszą o wybaczenie za ogłoszenie w 1936 r. cruzada oraz roli, jaką odegrał Kościół w bratobójczej wojnie.”
Kościół hiszpański był przez kilkanaście lat zupełnie niezależny od Watykanu, a przez ponad trzy dekady owładnięty tą ideą. Dzięki niczym nieograniczonej władzy, jaką posiadł, nałożył on na młodych Hiszpanów niezwykle surową moralność. Dla przykładu w szkołach „narzucono specjalny typ edukacji dla dziewcząt. Zakazano w jakiejkolwiek postaci informowania o praktykach seksualnych (…) nauczyciele mogli prowadzić lekcje wyłącznie z przedstawicielami tej samej płci. (…) Kontrola obyczajowa rozciągała się na miejsca rozrywki. (…) wszędzie czuwano, aby nie dochodziło do żadnych zbliżeń, jakie uznawane były za niemoralne” („Hiszpania”, storna 306). W rezultacie wykształciło się pokolenie ludzi, psychicznie skrzywdzonych, nieznających zdrowej Nauki Kościoła, a jedynie ówczesny reżim moralny. Wraz końcem cruzada, co część społeczeństwa uznała jako zdradę prawdziwej wiary, pokolenie to zostało rozdarte pomiędzy wierność tej idei, a wierność Kościołowi. Wśród tego pokolenia znaleźli się i tacy, którzy poczuli się osobiście obarczeni misją kontynuowania globalnej krucjaty – ratowania świata i Kościoła przed moralnym zepsuciem.
Kiko Argüello Nowa Ewangelizacja i Trzecie Milenium – „Tylko nowa estetyka uratuje Kościół”.
Konwiwencja w Nowym Jorku 253 biskupów z obu Ameryk na temat „Ewangelizacja i Droga Neokatechumenalna”
Wydawnictwo Kerygma, Rzym 1998, strona 51:
„Hiszpania wydała Cursillos de Cristiandad, Opus Dei, Drogę Neokatechumenalną i wiele więcej. Czy wiecie dlaczego? Gdyż tam była wojna domowa, w czasie której zabito ponad 6 000 księży. Byli torturowani, męczeni. Nie było ani jednej apostazji. Korzenie Drogi Neokatechumenalnej zbroczone są krwią wielu męczenników hiszpańskich.”
Kiko Argüello, urodzony 1939 roku, jest głównym twórcą i animatorem Drogi Neokatechumenalnej. Powstała ona w połowie lat sześćdziesiątych, w czasie stopniowego odchodzenia społeczeństwa i duchowieństwa hiszpańskiego od idei cruzada. Pomimo oficjalnej przynależności do Kościoła powszechnego faktycznie Droga Neokatechumenalna buduje Kościół alternatywny, elitarny, bardziej moralny. Obiektywnie świadczą o tym: odmienna liturgia o biesiadnym charakterze, odprawiana poza Kościołem i nie na poświęconych ołtarzach; osobna, świecka hierarchia na której czele stoją tzw. „inicjatorzy”; dominacja świeckich (tzw. katechistów) nad duchownymi parafialnymi; osobne seminaria; odmienny „język”; stopnie wtajemniczenia tworzące swoisty ezoteryzm; surowe nakazy zachowania tajemnicy przez zaawansowanych uczestników; skrajny, wręcz fanatyczny radykalizm (np. nakłanianie do wyrzeczenia się wszelkich dóbr, do rezygnacji z planowania rodziny); przeakcentowanie roli grzechu itp. elementy surowej moralności wywodzące się z czasów reżimu gen. Franco, gdy Kościół hiszpański był orędownikiem cruzada.
DROGA
Cóż jeszcze ważnego mogę dopisać na koniec? Czy w tej sprawie można być obiektywnym? Wydaje się, iż zawsze ktoś będzie pokrzywdzony. Nie jest łatwo pisać te krytyczne słowa. Mamy przecież lata pozytywnych doświadczeń na Drodze. Nasza wspólnota dosłownie uratowała życie jednej śmiertelnie chorej siostrze. Wielu z nas przeszło duchową przemianę. Temu nie sposób zaprzeczyć. Dla każdego z nas jest to osobisty dramat, ponieważ nasi bliscy przyjaciele zostali we wspólnocie. My współczujemy im, że dalej są na błędnej Drodze, a oni nam współczują żeśmy „utracili wiarę”. Jakie morze ludzkiego bólu skrywa tajemnica Neokatechumenatu?
Nie rzadko dochodzimy do wątpliwości czy aby na pewno my mamy rację. Jakby to było wspaniale, gdyby nasza grupka była jedynymi ludźmi, którym Neokatechumenat nie posłużył? Jakby to było wspaniale, gdybyśmy się zupełnie mylili w naszych opiniach na temat Neo? I w jakiejś mierze to się spełnia. Może zbyt łatwo wszystkie pozytywne zdarzenia z życia przypisuje się Drodze, ale przecież gdyby sama Droga w ogóle nie rodziła dobrych owoców dawno by się rozpadła.
Co więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że Droga nie jest dla ludzi takich, jak my: wątpiących, myślących, szukających drugiej, ukrytej strony… Na Drodze – podobnie jak w wielu sektach – najlepiej czują się ci, którzy potrafią „kierować się sercem” czyli ślepo zaufać. Tak, my tacy nie jesteśmy i dlatego musieliśmy odpaść. Przeważył ciężar zbyt wielu wątpliwości na które nie usłyszeliśmy odpowiedzi. I tu pojawia się pytanie, które tak wielu ludziom nie pozwala odejść: czy porzucając Drogę odwracam się od Boga?
Wrócę pamięcią nieco wstecz, przed moje wejście na Drogę. Doskonale pamiętam dzień mojego nawrócenia. Pamiętam jak Bóg zawrócił mnie z drogi do pustego mieszkania i zaprosił mnie do swojego Domu. Pierwszy raz w życiu odczułem to, że kościół nie jest tylko budynkiem, ale – bożym mieszkaniem. Odczułem jakże cierpliwym i kochającym przyjacielem jest Bóg dając mi całkowitą dobrowolność. Jakiś czas później wstąpiłem do wspólnoty, by pogłębić moje duchowe życie. Dziś po latach na Drodze zdałem sobie jasno sprawę z tego, że ktoś poprzez wspólnotę usiłował mnie z tego Domu wyprowadzić. Ktoś próbował mnie oszukać. W imię walki z moją grzesznością, z moim ego, ktoś próbował zbudować we mnie superego – elitarnego ucznia Chrystusa, bożego wojownika. W porę przejrzałem tę fałszywą grę.
Brzmi to jak banał, ale jakże głęboka to treść: Ilu jest ludzi, tyle dróg do Boga. Albo bardziej celnie jeszcze: Ilu jest ludzi, tyle bożych dróg. Jeśli zaś ktoś twierdzi, że znalazł drogę dobrą dla wielu czy dla wszystkich ten świadomie bądź nieświadomie sprzedaje iluzje. Słabość Kościoła katolickiego – to że każdy wierny ma wolność w wyborze zaangażowania się w życie religijne – jest jego cnotą, a nie wadą. Kościół jest bowiem tylko bożym narzędziem, ciałem, którego głową jest Chrystus i nigdy nie może być tożsamy z samym Chrystusem. Tymczasem Neokatechumenat w świadomości ludzi podążających Drogą właśnie z Chrystusem próbuje się utożsamić. To właśnie dlatego Neo skrzętnie ukrywa się za tajemnicą, by te monstrualne oszustwo nie wyszło na jaw, ten grzech najcięższy – podszywanie się pod Chrystusa.
Zatem przez kilka ostatnich lat wpisaną we mnie wewnętrzną drogę do Boga próbowano zastąpić jakąś uniwersalną, zewnętrzną. Odejście od wspólnoty było moim powtórnym nawróceniem, a pójście na tę tak pogardzaną w Neo niedzielną mszę było powrotem do Domu. W chwili, gdy definitywnie zawróciłem z tej wiodącej na manowce ścieżki odczułem to, że droga mojego życia jest jedyną, niepowtarzalną… Nikt nie przeszedł przede mną i już nikt za mną tą drogą nie przejdzie. I że droga ta choć nie elitarna, jest niebanalna.
I poczułem, że jest ze mną na tej drodze właśnie On. Że On mnie prowadzi. Że On tę drogę dla mnie stworzył. Nie wiem jak to możliwe, ale Bóg to potrafi. Dla Niego każdy może być tym wyjątkowym, jedynym, księciem. Tak jakby Bóg stwarzał świat za każdym razem dla jedynego człowieka. I też, podobnie jak w chwili mojego nawrócenia, poczułem wtedy Jego ojcowską miłość do mnie. Odczułem, że jestem Jemu potrzebny. Jestem Bogu potrzebny – zdumiewające! To On pragnął bym się urodził. To On nadaje memu życiu sens i treść. Jemu dziękuję za to, że mnie prowadzi tą niezwykłą drogą, ku swojej chwale.
I powie ktoś, że to wszystko zostało wymyślone. Że nie ma żadnej wyzwolonej spod władzy neo-systemu wspólnoty. Że świadectwa jakiś zręczny literat, który na Drodze sam nigdy nie był, zmyślił by zmanipulować czytelników. Ale i ta myśl może być rzucona tylko dla zmylenia, a prawda może być jeszcze inna? No cóż. Będąc na Drodze oszukiwanym przez lata, oszustwo ma się już we krwi. Zatraca się poczucie tego, co jest rzeczywistością, a co zmyśleniem, co dobrem, a co tylko dobrymi chęciami, co nauką Kościoła, a co psychicznym wykorzystaniem… Szaleństwo przeciw szaleństwu? – nareszcie wyrównany pojedynek. Ale w tym szaleństwie jest metoda, bo przecież nawet gdyby jakiś wariat miał to wszystko wymyślić, to czy nie należałoby tego zrobić, by móc powiedzieć to, co tu zostało powiedziane?
Spójrz prawdzie w oczy! Co jest tak naprawdę ważne dla Ciebie, który czytasz teraz te słowa? Może właśnie to przesłanie, byś nie dał sobie odebrać tego najcenniejszego daru, jaki od Boga dostałeś – twojej oryginalnej, niepowtarzalnej, mistycznej drogi życiowej, z którą przyszedłeś na ten świat, bo to sam Bóg wpisał ją w twoje serce. To ją powinieneś w sobie odkrywać, kochać, bo na jej końcu jest twój Ojciec. To o niej powinieneś pamiętać przy każdym twoim oddechu, przy każdym kroku. Tak, ważne jest to, by żaden fałszywy człowiek nie zwiódł Cię z tej jedynie twojej bożej drogi, bo inaczej któregoś dnia obudzisz się w tłumie ludzi hipnotycznie maszerujących drogą może piękną, może elitarną, ale… ślepą.
