Bajka o zespole uwielbienia

Za siedmioma miastami, za siedmioma parafiami była sobie pewna wspólnota, która służyła Bogu oraz ludziom graniem i śpiewaniem. Najważniejszym człowiekiem we wspólnocie, pierwszym muzykiem a zarazem dyrygentem wszystkich muzykujących był lider uwielbienia. Historia ta zaczyna się wtedy, gdy stary lider ogłosił swoje odejście, a na to miejsce został mianowany nowy. Miał on na imię Barnaba. 

Barnaba miał wszelkie predyspozycje do objęcia tego stanowiska. Przeszedł wieloletnie wykształcenie muzyczne, ale miał też wrodzony talent oraz drogi, doskonały instrument o który dbał zgodnie z lutniczymi zaleceniami. Pracował też regularnie nad swoim głosem. Ćwiczył pieśni, które wspólnota znała, szukał pieśni nowych i aranżował je, a nawet komponował własne. Brał regularnie lekcje by podnieść swoje i tak już wirtuozerskie umiejętności. Nie było nikogo lepszego do spełnienia powierzonego mu zadania – tego był pewien każdy w tej wspólnocie jak i dumny z niego miejscowy proboszcz. Co więcej żona Barnaby, Barbara też umiała pięknie śpiewać. Jej czystym mezzosopranem każdy we wspólnocie nie mógł się nie zachwycać o ile sam nie był głuchy jak pień. Ona też miała swój znaczący wpływ na całokształt muzyki zespołu. Na każdym uwielbieniu ubarwiała linię melodyczną pieśni finezyjnymi ozdobnikami. Jej łagodnie wznoszące się glissando unosiło słuchających ku niebu, a kończące vibrato na długo pozostawiało słuchaczy drżącymi z wrażenia. Barbara i Barnaba stanowi więc wyjątkową parę, ale mimo to nie zostali razem liderami uwielbienia, co być może było znaczące w skutkach dla całej tej historii, ale o tym zamilczmy tymczasem stawiając tu pauzę.

Pomimo tego, że wszystko sprzyjało Barnabie, by uwielbienia stały na najwyższym poziomie nie było to takie łatwe. Wiadomo, muzycy nie stanowili idealnie zgranej orkiestry. Gdy jedni przychodzili do zespołu, inni z przyczyn osobistych odchodzili. Raz się pojawiali na próbach, a raz nie. Jedni mieli wiedzę muzyczną, inni byli amatorami. Jedne instrumenty były zbyt ciche, inne zbyt głośne. Jedni mieli dużo zapału do grania, a inni mieli go… zbyt dużo i trudno było zapanować nad tym, by nie przeszkadzali reszcie muzyków. Tak to już jest, pomiędzy grajkami, że im kto ma mniejsze umiejętności tym głośniej chce się popisać. Problemów było zatem co niemiara. Słowem bycie koncertmistrzem tej zbieraniny nie było łatwostrawną kaszką manną, ale raczej ciężkim kawałkiem zeschłego bożego chleba powszedniego lidera zespołu. Jednak wszystko to nie zniechęcało Barnabę aż do pewnych wydarzeń w życiu kierowanej przez niego grupy.

Otóż kiedyś ktoś w trakcie grania usłyszał fałszywy dźwięk, zachował to jednak dla siebie. Potem usłyszał go ktoś inny i znacząco rozejrzał się wokół. Gdy fałszywe dźwięki zaczęły pojawiać się częściej muzycy nie mogli już milczeć. Wpierw między sobą, a potem już na forum wspólnoty coraz głośniej mówiono o tym, że jakaś rzępoła nie grzeszy czystością gry. Sprawa ta dobiegła też do Barnaby, a ten starał się baczniej przysłuchiwać temu, co rzeczywiście słychać. Sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa, bo mimo wysiłków nie potrafiono znaleźć źródła niepokojących dysharmonicznych tonów. Jeden z artystów na osobności ostrzegł innego, żeby się nie angażował, bo ponoć coś złego dzieje się w zespole. Ktoś inny ostentacyjnie wycofał się z grania pierwszych skrzypiec. Wszyscy wciągnęli się w sieć podejrzeń, oskarżeń, manipulacji, zranień i wybaczania oraz przepraszania za niesłusznie wysuwane insynuacje. Jeden z muzyków urażony do głębi niewinną uwagą odszedł trzaskając przy tym drzwiami. Pozostałym wydawało się, że to definitywnie rozwiąże ów problem, niestety w międzyczasie zaczęli oni grać ciszej i ostrożniej. Zgubili treść grania con spirito (z duszą), con passione (z pasją), vigoroso (z wigorem), risoluto (rezolutnie), piena voce (pełnym głosem). Nie było już tych wspaniałych solówek jakie zdarzało się grać con fuoco (z ogniem) pod wpływem Ducha Świętego, których w studyjnych, kontrolowanych warunkach przecież nie uświadczysz. 

Muzyka zespołu gasła niezależnie od wszelkich wysiłków podejmowanych przez Barnabę, a może nawet wysiłki te przyśpieszały ten proces. Barnaba już sam nie wiedział gdzie zagrany był rozdźwięk, a gdzie – prawidłowa nuta. Stracił już wszelką spontaniczność i radość. Nie potrafił współpracować z resztą wykonawców. Wciąż dopytywał się na naradach muzyków co można zrobić żeby ów grobowy pomruk więcej się już nie pojawił. Na te jego ostinatowe doloroso, na tę uporczywą i bolesną gadkę jego rozmówcy zatykali sobie uszy. Sprawę komplikowało to, że przecież członkiem zespołu była żona Barnaby. Barbarę po cichu, a nawet wprost oskarżano o rozgwar, a przecież była w tym składzie wiodącym głosem. 

W końcu doszło do sytuacji w której wszyscy artyści zdali sobie sprawę z tego, że stoją przed nimi tylko dwa wyjścia. Mogli patrzeć na to jak kolejni grający odchodzą do innych zespołów a w tych, którzy pozostali zupełnie zgaśnie chęć grania. Mogli też sugerować Barnabie, że powinien zrezygnować ze stanowiska skoro nie potrafi przywrócić zespołowi dawnego zgrania. On sam przecież przez tak długi czas nie dowiedział się co tak naprawdę jest przyczyną tej kakofonicznej niemocy, która dosięgła zespół. Precyzyjny mechanizm, którym on kiedyś był stał się przez ostatnie lata bezładnie płynącą, bezkształtną galaretowatą muzyczną masą – chłodnym i gorzkim dźwiękowym kisielem. Ludzie z parafii nie chcieli już dłużej tego słuchać i przestali przychodzić na msze z uwielbieniem.

Po kolejnym – zdawało się – fałszu, po kolejnej kłótni o ten niby fałszywy dźwięk, po kolejnych wprowadzających ferment aluzjach, podejrzeniach, oskarżeniach, manipulacjach i wybaczeniach… Barnaba ogłosił swoją rezygnację. Przeczuwał, że jeśli tego nie zrobi to inni muzycy sami odejdą. Oczywiście oficjalnie nie miał żalu do nikogo, ale przecież ogłosił to w kontekście ostatnich wydarzeń co jawnie zabrzmiało nieprzekonująco. Skrywał w sercu urazę, że nie był wspierany przez innych, urazę całkiem zresztą uzasadnioną, ale czy była to ich wina, że ich ręce omdlewały już z przewlekłego przemęczenia tym napięciem nerwów czuli bowiem nad sobą nadmierną potrzebę kontroli? W takiej atmosferze nie dało się oddychać, a co dopiero działać po bratersku. Wydaje się zatem, że winni byli wszyscy pospołu. Najprościej i może najsprawiedliwiej byłoby przy tym stwierdzeniu napisać Fine i na tym zakończyć. Któż bowiem konkretnie lub cóż było przyczyną tego upadku zespołu? Możemy postawić pytania, snuć hipotezy, przeprowadzić całe śledztwo, ale czy możliwe jest odnalezienie odpowiedzi na to pytanie?

Być może pierwotną przyczyną problemów była decyzja, by Barnaba sam był liderem, o czym już na początku wspomniałem. Gdyby Barbara była razem z nim współprowadzącą zespół jej sytuacja była by klarowna, a tak wiele innych solistek patrzało zawistnym okiem na to jak Barbara jest wyróżniana przez Barnabę, bo niejednokrotnie powierzał on jej najpiękniejsze pieśni. Wielu twierdziło, że jest wręcz głuchy na jej kiksy i brawurowe nadinterpretacje. Co gorsza Barbara, rzeczywiście nieco barbarzyńska w swoim charakterze, w ogóle nie była lubiana w zespole. Nie dało się ukryć, iż nie miała ona choć jednej tylko przyjaciółki od serca. Ale czyż była to jej jakaś wina? Przecież każdy ma jakieś przywary. 

Inna hipoteza była taka, że oboje, Barnaba i Barbara popełnili błąd. Otóż w pewnym momencie w historii zespołu nawiązały się bardziej bliskie relacje pomiędzy muzykami. Zaczęli oni spotykać się w małym, bluesowym klubie, gdzie przy piwie do późna w piątkowe noce grali dla wspólnej przyjemności. Barnaba i Barbara nie mieli nic przeciwko świeckiemu muzykowaniu innych, ale sami nie poszli za tym powiewem. Zignorowali go, dlatego nawet nie poczuli tego, że istniejący pomiędzy nimi a resztą kapeli dystans z tygodnia na tydzień zwiększał się wtedy coraz bardziej. Lecz czyż była to ich wina, że nie czuli bluesa, a swoje struny głosowe szanowali tak mocno, że nie tykali butelki zimnego piwa? Z pewnością nie.

Być może wyjaśnienie całej zagadki nie tkwi w ludziach. Może tak po prostu zawinił, nie pierwszy już raz zresztą, uszkodzony sprzęt – nadszarpnięty kabel czy wadliwe gniazdo diboxa? Albo przedarły się w to piekielnie skomplikowane mikserowe ustrojstwo jakieś czarcie zakłócenia zewnętrzne? Wielu zresztą podnosiło głos, że wszystko to jest częścią walki duchowej i wzywało wszystkich do wzmożonej wspólnej modlitwy. Na to inni argumentowali, iż to wygodna wymówka dla niedostrzegania ich własnego lenistwa i niedostatków warsztatu, nie stawiając się na wyznaczone przez Barnabę terminy wspólnych suplikacji. 

Inna hipoteza mówiła o tym, że być może przez te lata zmieniła się uwielbieniowa harmonia, zmienił się sposób grania. Muzyka tak jak każda inna sztuka podlega zmianom, nowym modom za którymi należy podążać albo godzić się na pozostanie z tyłu. Trudno to wyjaśnić komuś nie znającemu zasad konsonansów i interwałów, nie mniej spróbuję. Możliwe, że w czasie gdy jedni muzycy grali stare, poczciwe trójdźwięki inni – nieświadomi nawet tego, co robią – grali już akordy septymowe, nonowe czy zwiększone. Słowem grali zbiory dźwięków bogatsze – złożone z czterech czy pięciu różnych dźwięków – lub z dźwięków przesuniętych wobec siebie. Nie sposób było patrzeć wszystkim na ręce i siłą rzeczy zagadka dysonansowych tonów musiała pozostać nierozwiązaną. 

Można też postawić jeszcze zupełnie inne wyjaśnienie, które pewnie wielu czytelników pogardliwie określi jako deux ex machina tej całej historii: Być może taka była wola boża! Wszystko to stało się po to, by zrealizować jakiś boży zamiar, którego poznać i zrozumieć nikt nie był w stanie. Zatem człowiek, diabeł czy Bóg był autorem fałszywych nut – nie ma to najmniejszego znaczenia! Liczy się tylko rezultat. Liczy się tylko duchowa droga, którą – należy ufać – wszyscy byli prowadzeni w nieznanym sobie kierunku. Bo przecież gdyby nie Logos to wszystko nie miało by żadnego sensu. Byłoby tylko wzajemnym sprawianiem sobie przyjemności z grania ładnych dźwięków w tonacji mol czy dur – tworzeniem muzyki pozornie tylko autentycznej, a tak naprawdę duchowo fałszywej, bo pustej. 

Zatem pytanie do którego prowadzi nas ta historia nie brzmi: kto fałszował? To nie jest historia detektywistyczna lecz duchowa. Tym najważniejszym pytaniem jest: czy potrafimy grać… con amore? Czy potrafimy grać z miłością? Jeśli nie ma w nas miłości to nie może być też Jedności. Bez tego każdy z nas staje się tylko miedzią brzęczącą, martwymi cymbałami – owszem, instrumentem idealnie strojącym zgodnie z systemem równomiernie temperowanym, ale nie poruszającym w słuchających żadnych głębokich wartości. Słuchają oni owego cymbału, gdy brzmi, lecz gdy jego pogłos umilknie nic w słuchaczach po nim nie pozostaje. 

Więc nie o umiejętności muzyczne tu chodzi, a o sztukę kochania w której należy się nam wszystkim ćwiczyć. Szczególnie tym, którzy chcą prowadzić innych po ewangelicznych drogach. Można posiadać niemal wszystko – talenty, umiejętności, zaangażowanie, sprzęt – ale bez miłości jesteśmy niczym. A nie można kochać Boga nie kochając ludzi. Jedni z nas wydają się być początkującymi w tej sztuce, inni – mistrzami, lecz po cóż kogokolwiek oceniać? I niby jak to zrobić? Każdy musi sam w sobie poszukać ile jeszcze jego wnętrze nieczystego brzęczenia wydaje, ile jeszcze strun w sobie powinien nastroić, by dźwięczeniu miłości w nim nic nie zagłuszało.

Dociekliwy czytelnik zapyta: Co się stało z zespołem po tym jak ta rezygnacja lidera rozcięła ów węzeł gordyjski splątujący emocjonalnie wszystkich muzycznych? Czy odejście Barnaby i Barbary uzdrowiło zespół i wrócił on do dawnej, nieskrępowanej podejrzeniem o fałsz normalności? A może bez tak wspaniałego kierownictwa orkiestra rozpadła się całkowicie a muzycy rozsypali się po okolicznych wspólnotach Odnowy w Duchu? Możliwe, że przeciwnie, na miejscu Barnaby i Barbary zrodziły się nowe, uśpione dotąd talenty, a zespół był nagradzany jeszcze większym poklaskiem uwielbiających niż za starych czasów? Kto wie, w końcu sam Barnaba i Barbara w innym miejscu mogli odnaleźć nowe zadania i doświadczenia o których wcześniej nawet nie śmieli marzyć?

Byśmy mogli usłyszeć odpowiedź na powyższe pytania ja, autor tej bajki odkładam teraz pióro i przekazuję je w ręce kogoś bardziej mądrego. Autora przez duże „A”. Twórcę jak nikt doświadczonego i profesjonalnego w swym fachu. Cokolwiek by o nim nie mówić – jest bowiem małomówny i skryty, a swą pracę lubi odkładać aż za deadline, by wypomnieć mu ten jego najbardziej sławny numer, jego opus magnum, który bez zmartwychwstania głównego bohatera nijak by nie wypalił – to mimo to trzeba przyznać, że niedoskonałość jest mu cechą obcą. Jakikolwiek więc będzie dalszy ciąg tej historii nie może być partacko skomponowany. Uzbrójmy się więc w cierpliwość i dajmy mu wolną rękę. W przeciwieństwie do nas, On wie. Wie wszystko.

Chorzów, 10.03.2024 Niedziela radości

Kamień i rzeka

I
KAMIEŃ

Wysoko na górskim zboczu leżał kamień. Nie, nie był to jakiś cenny czy święty kamień taki, jak na przykład Hadżar – czarny meteoryt do którego pielgrzymują wszyscy Muzułmanie, bo wierzą, że przyniósł go sam archanioł Gabriel. Nie, nasz kamień to najzwyklejszy, w niczym nie różniący się od innych, bezwartościowy, szary głaz. Po prostu na stromym zboczu wysokiej góry obok dziesiątków innych, podobnych leżał sobie pewien kamień.
W życiu tego kamienia nie było niczego dziwnego czy nadzwyczajnego. Żył samotnie. Tak jak każdy kamień niczego od innych nie oczekiwał i niczego innym nie dawał. Rzecz to przecież wśród kamieni oczywista i gdyby nie to, co się wydarzyło, a o czym zaraz opowiem, trwałby nieświadomie w tym kamiennym losie po wsze czasy. Czytaj dalej „Kamień i rzeka”

Sprzedawca snów

Dawno, dawno temu w dolnym Edo mieszkał Yoriyosi, sprzedawca snów. Był mężczyzną skromnym, zresztą skromnie żyjącym, o wesołym i spokojnym usposobieniu. Zarabiał na życie, jak się rzekło, sprzedawaniem snów. Był mistrzem tej nie uprawianej już sztuki zen. Tak, dziś próżno by szukać sprzedawców snów, lecz w owych czasach było to rzemiosło dość znane i poważane. Najczęściej przekazywano je wedle rodzinnych tradycji, z ojca na syna. Należało się w nie wprawiać od dziecka, przez długie lata, gdyż zajęcie to należało do najtrudniejszych.
całość…

Jak latają martwe motyle?

Za czasów dynastii Han w małej wiosce leżącej w prowincji U żyło dwóch chłopców, którzy byli niezwykłymi przyjaciółmi. Nazywali się Fan Yan i Pin Szy. Fan i Pin spędzali całe dnie wyłącznie we własnym towarzystwie i choć zazwyczaj nie mieli sobie nic do powiedzenia, nigdy się nie nudzili. Nie bili się ani nie kłócili, jak to bywa wśród dzieci. Łączyła ich niezwykle silna więź przyjaźni i tajemnicze, bezsłowne porozumienie. Było tak, ponieważ mieli oni wspólną fascynację – motyle. Potrafili od świtu do zmierzchu biegać za nimi po łąkach lub leżeć na trawie i z podziwem przyglądać się ich pełnym wdzięku, powietrznym pląsom. Nie peszyły ich drwiące uśmiechy wieśniaków, złośliwe żarty rówieśników czy narzekania rodziców na to, że los pokarał ich dziećmi niespełna rozumu. Bez wątpienia byli to najlepsi przyjaciele na świecie. Jednak nie zawsze tak było…

Pewnego razu chłopcu zwanemu Pin wpadł do głowy pomysł, by zrobić siatkę na motyle i złapać kilka z nich dla siebie. Bardzo ucieszyła go ta myśl, więc natychmiast podzielił się nią ze swoim przyjacielem. Fan uznał ten pomysł za niemądry, co sprawiło, że chłopcy po raz pierwszy się poróżnili. Od tego dnia unikali się nawzajem, gdyż żaden z nich nie chciał przyznać racji drugiemu. Pin, tak jak to sobie wymyślił, zrobił siatkę i z dnia na dzień powiększał swoją kolekcję. Nie cieszyły go teraz motyle, które latały po łące. Radowały go tylko te, które sam złapał. Fan również nie potrafił cieszyć się widokiem latających motyli, tak jak dawniej. Często siadywał nad jeziorem i godzinami wpatrywał się w jego niewzruszoną taflę. Siedząc tam bez ruchu, niemal bez życia, myślał o przyjacielu, który w tym czasie beztrosko łapał motyle.
 
Któregoś dnia jego zatopione w wodnej toni spojrzenie nagle rozjaśniło się. Zrozumiał, co powinien zrobić. Niebawem wybrał się z wizytą do przyjaciela. Pin, widząc go u progu swego domu, ucieszył się bardzo, zapominając o sporze, który ich rozdzielił. Był szczęśliwy, ponieważ znów byli razem, lecz także, gdyż nareszcie mógł pokazać przyjacielowi swą kolekcję.
– To jest motyl yuan ben de – mówił, nie posiadając się z radości Pin, wskazując palcem na jednego z przyszpilonych do maty różnobarwnych motyli – a ten to ge ren de – dumny ze swojej kolekcji kontynuował pokaz.
 
Fan nie podzielał jego gorączkowej radości. Znał swego przyjaciela tak dobrze, jak siebie samego, dlatego od razu zauważył, że radość Pina miała inną barwę. Jego oczy zmieniły swój łagodny wyraz na zimny i twardy, były teraz pochmurne, nieprzeniknione… On sam zaś zachowywał się inaczej niż dawniej. Lecz Pin zdawał się nic nie wiedzieć o zmianach, które w nim samym zaszły. Fan mimo tego, że przyjaciel tak przedtem mu bliski, wydawał się teraz kimś obcym, postępował według własnego pomysłu.
– Widzę twój palec i widzę wpięte w matę szpilki, ale nie widzę tu żadnego motyla – odrzekł spokojnie.
– To jest motyl! – Odpowiedział rozbawiony Pin – I to jest motyl, i to też … Jak to możliwe, że ich nie widzisz?
– A więc to są motyle? – Spytał Fan – Jeśli tak, to pokaż mi jak te motyle latają.
 
Słowa Fan Yana zdumiały Pina. Zakłopotany odparł, że jego prośba nie ma sensu, gdyż te motyle nie mogą latać, i że… Lecz Fan nie wysłuchał do końca odpowiedzi przyjaciela. W milczeniu wyszedł z jego domu. Pina w chwili, gdy patrzył na odchodzącego chłopca, ogarnęło przeszywające chłodem uczucie wewnętrznej pustki i zagubienia.
 
Znów nastały dni rozłąki dwojga przyjaciół. Lecz teraz Pin nie zajmował się motylami, gdyż nie cieszyły go już żadne z nich – ani te wolne, ani te złapane. Zastanawiał się nad dziwnymi słowami przyjaciela. Czynił to nieustannie. Dniem i nocą, czuwając i śniąc, tkwił zanurzony w swych rozmyślaniach, tak jakby od zrozumienia treści tych słów zależało jego życie. Ich przyjaźń bowiem dla każdego z nich była cenniejsza od własnego życia.
 
W końcu, pewnego dnia Pin zrozumiał to, co chciał przekazać mu Fan, a miał przy tym uczucie, jakby zbudził się ze snu. Delikatnie odpiął od maty złapane przez siebie motyle, po czym roznieciwszy nieopodal swego domu niewielkie ognisko, ułożył je na ramionach płomieni. Nie zwlekając, poszedł nad jezioro. Fan czekał na niego, lecz o nic nie pytał, gdy Pin przyszedł. Chłopcy spojrzeli w swoje przejrzyste i błyszczące niczym niebo pełne gwiazd oczy, roześmiali się i tak jak dawniej, bez słowa, pobiegli na łąkę, by podziwiać motyle.

Wersja rozszerzona