portret kubistyczny
– Wszystko, dosłownie wszystko zależy od punktu widzenia, od punktu z którego patrzysz na sprawy. Nie trzymając się kurczowo swego fotela kinowego przekonasz się, że żadne medium nie wyraża lepiej tej absolutnej prawdy niż kino. Proszę, niech każdy akapit tej analizy będzie innym miejscem z którego patrzysz na ten film.
To film o raju. Film o Adamie i Ewie, którzy stworzyli sobie idealną krainę szczęśliwości. Wszystkie rzeczy ponazywali, wszystko poustawiali na swoich miejscach. Raj był krainą błogości, miłości, niewinności, zdrowia. Byłoby tak bez końca gdyby nie wąż, który ich zwiódł tym, że jest coś więcej. To wąż podpowiedział im, że mogą porzucić ten raj, iść dalej i mieć lepsze szczęście, zarezerwowane tylko dla siebie. To ich zgubiło, to zniszczyło raj i zabiło ich samych.

– Zamknij oczy, weź głęboki oddech. Spójrz inaczej z każdym akapitem. Zmień punkt widzenia…
Pomimo wszystkich udziwnień i oryginalności to tak naprawdę klasyczne Love Story. Kluczową kwestią filmu są słowa: „Nie zaimponujesz kobiecie, jeśli jesteś tak głupi, by robić z nią interesy.” Przecież McCabe nie targował się po to, by otrzymać więcej pieniędzy, nie z chciwości. On chciał zaimponować kobiecie, którą kochał. Kobiecie, która sprawiała mu ból – powtarza to wielokrotnie. Kobiecie, która go poniżała, bo była od niego bystrzejsza, bardziej wykształcona, miała wyższe od niego aspiracje. Tak, bohaterów zabiła ich własna miłość. Czy nie widzisz z tego miejsca (bardziej teatralnego niż kinowego), że giną oni tragicznie zupełnie jak Romeo i Julia? On wykrwawia się ugodzony śmiertelnie, ona wypija opiumową truciznę. Musieli umrzeć, bo pochodzili z dwóch różnych rodów, z dwóch różnych światów.

– Oczy…, oddech…, zmiana miejsca…. Pamiętaj: z każdym akapitem możesz być innym widzem, co innego zobaczyć! Daj sobie szansę.
To film o pierwotnym świecie. O miejscu gdzie kłamstwo jeszcze nie dotarło. Wśród wielu ludów pierwotnych (na przykład syberyjskich) badanych przez naukowców jeszcze niewiele ponad sto lat temu nie znano pojęcia kłamstwa. Ludy te nie miały takiego słowa w swym języku, a pojęcie było im trudne do wyjaśnienia. To widać w scenie „pojedynku” na moście. Chłopak, który zginął nie był głupi – on po prostu nie rozumiał tego, że ten płatny morderca może skłamać po to, by go zabić. Że może skłamać po to, by wyglądało na to, że on sięga po broń. Szybciej niż zabiła go kula, uśmierciło go kłamstwo.
Najbardziej „nieobecną” postacią jest tu… duchowny. Przemyka się on w filmie niczym… duch. Inne postaci mają swoje osobowości. Nawet w ciałach płatnych morderców płynie krew, ale nie w kapłanie. Jednak do czasu! Tak, przez niemal cały film ksiądz buduje sobie kościół. „Sobie”. Nie wkracza w świat miasteczka. Czy czeka na to, aż ktoś inny za niego to zrobi i przyniesie wiarę, nadzieję i miłość? Jego religia nie daje mu żadnej siły do działania. Jest specjalistą od grzebania zmarłych. Jest bezbronny do chwili gdy łapie za pozostawioną przez McCabe’a strzelbę. Ani chwili nie zawaha się by skierować ją przeciwko człowiekowi – gdzie jego miłosierdzie? Wtedy okazuje się jak wielką pała do niego nienawiścią. Pewnie McCabe’a utożsamia z szatanem, a płatni mordercy są dla niego aniołami wyzwolenia od zła. Kapłan żyje w swoim świecie, w świecie w którym króluje moralność, ale jest to świat nieprawdziwy, istniejący tylko w umyśle księdza. Czyż jest coś bardziej bezdusznego niż ludzka zagorzała religijność?

– Nie zapominaj o zmianie miejsca patrzenia z każdym akapitem. Na świecie nie ma niczego stabilnego. Zmienia się też twoje „ja”.
Pocztówkowy zachód słońca, kontury kościoła, ksiądz wciągający krzyż na wieżę. Dziwki śpiewające jak anioły… na pogrzebie. Ludzie śpieszący gasić pożar świątyni. Radujący się jak dzieci, gdy udaje się go ugasić. Gdyby usunąć z tego świata McCabe’a i panią Miller jaki byłby to świat? Czy nie byłby to świat pełen… niewinnych dzieci? Ksiądz jest Jezusem, który musi umrzeć, by uratować swoją owczarnię. Bierze na siebie cały grzech tego piekielnego miejsca. Jego śmierć zapoczątkowuje oczyszczenie mieszkańców miasta. On sam zmartwychwstaje w nich, w ich ciałach, w jedności, którą wreszcie stworzyli pod tlącym się jeszcze kościołem. Połączył ich ogień – ogień Ducha Świętego.
To szalenie symboliczne, że bohater, gdy zagraża mu śmierć ucieka do kościoła – „jak trwoga to do Boga”. Wspaniała jest scena, gdy tam wkracza (pierwszy raz) i staje w drzwiach zdziwiony widokiem wnętrza. To nie jest miejsce modlitwy – to miejsce budowy! Wszędzie nieład, narzędzia. To konfrontacja dwóch światów: świata burdelu, który jest świątynią McCabe’a i świata kościoła. Czy są one przeciwstawne? Czy się wykluczają? Dla nas, ludzi Zachodu: TAK. Ale tylko dlatego, że tak nauczono nas myśleć. Dla wielu ludów – na przykład Żydów – przeciwstawne poglądy potrafiły być równie prawdziwe. Z kolei Japończycy w swoim życiu duchowym potrafią kierować się dwoma różnymi religiami: japońskim pierwotnym szamanizmem i później nabytym przez ich kulturę buddyzmem. W naszym świecie, świecie ludzi niby cywilizowanych jedna prawda przeczy drugiej, jeden sposób widzenia spraw wypiera ten drugi. Mamy dwie połówki mózgu, zupełnie różne, ale nie potrafimy żyć w zgodzie między nimi. Żyjemy wewnętrznie podzieleni – poddani cywilizacyjnej lobotomii. „Żyjemy” póki co, bo takim podzielonym życiem prowadzimy ludzkość ku zagładzie. Trzeba nam zmieniać punkt widzenia, a nawet widzieć rzeczy z wielu punktów jednocześnie, kubistycznie. Prawdy jednostronne są kłamstwem. Jeśli uważamy, że białe jest białym, a czarne – czarnym to nie żyjemy naprawdę, a tylko oglądamy oczami umysłu czarno-biały film, który niewiele ma z rzeczywistością wspólnego.

– Ostatnie spojrzenie na McCabe’a i panią Miller.
W końcu to film o największej potrzebie człowieka – o potrzebie rozmowy. Od początku filmu Robert Altman doświadcza nas głodem rozmowy. Czasami padają pytania, ale brak na nie odpowiedzi, a już nigdy – jak w żadnym innym filmie – nie ma dialogów. Pod tym względem film niebezpiecznie zbliża się do życia jak żaden inny obraz kinowy. Postaci chowają się pod skorupą milczenia niczym żółwie. Nie tylko nie chcą, ale po prostu organicznie nie potrafią wyjść na zewnątrz, odsłonić się. Pozostają ukryci od początku do samego tragicznego końca. Ale ta największa potrzeba człowieka jest też największą potrzebą Boga. Nikt tu się nie modli, nie pokutuje, nikt się nie spowiada, bo nie ma komu – ksiądz jest zajęty budową. Nikt nie prowadzi dialogu wewnętrznego. McCabe usiłuje mówić po pijanemu. Zwierza się sam sobie ze swych bólów, ale nikt go nie słucha. Nawet widzowie na kinowej sali tylko śmieją się z niego. Tak, nawet my, widzowie nie potrafimy mu współczuć choć nic by nas to nie kosztowało. A przecież ukryci w kinowej ciemności moglibyśmy wreszcie wyjść z naszych własnych skorup i coś poczuć: ból, zażenowanie, wściekłość, pożądanie, zaciekawienie, napięcie – cokolwiek byle nie ten durny rechot. Ekran wypełnia kakofonia dźwięków. Użyciem wielu mikrofonów Altman stara się rozpaczliwie wyłowić choć drobinki rozmów, ale ich tam nie ma! Symbolem tej sytuacji jest rozmowa o zgoleniu brody. Ta postać ogoleniem się chce się odsłonić, pokazać swą autentyczność, ale nawet gdy tego dokonuje niczego to nie zmienia. Spotyka się z zupełną obojętnością. Altman pokazuje jak bardzo każde z nas żyje w swoim zamkniętym świecie, w braku porozumienia. Czy masz kogoś z kim potrafisz rozmawiać? – pyta tym obrazem reżyser. – Żonę, dziecko, męża, kochanka, kapłana, Boga, samego siebie? Jeśli z nikim nie potrafisz rozmawiać, z nikim nie podzielisz się swym bólem. Będziesz nosić go sam, aż do śmierci. Kto cię uzdrowi, jeśli nikogo o to nie prosisz?
Wieczór mszy o uzdrowienie duszy i ciała w parafii św. Jadwigi
Chorzów, 21.12.2017
