Pod koniec marca było bardzo zimno i dużo czasu spędzałem przy ognisku. Myłem się rzadko, gdyż było zbyt zimno, żeby się rozbierać, a poza tym starałem się oszczędzać wodę. Moje kimona były brudne, buty do kung-fu podarte, a broda i włosy długie. W ostatnim tygodniu zdecydowałem zrobić maksymalny wysiłek. Nie patrzyłem już na zdjęcia w książkach, ale spontanicznie tworzyłem wszystkie ruchy. Wieczorem, trzydziestego marca, po czternastu godzinach intensywnej praktyki, byłem tak zmęczony, że nie mogłem dojść do namiotu. Zatrzymałem się na małym wzgórzu, u stop żółtego dębu. Słońce zachodziło za horyzont. Kilka suchych liści tańczyło na wietrze. Było bardzo spokojnie. Moja prawa ręka podniosła się nieświadomie i palce zaczęły podążać za falistym ruchem liścia. Później cale ramię zaczęło płynąć jak we śnie. Byłem prawie zahipnotyzowany. Lewa ręka przyłączyła się do prawej i bardzo szybko stworzyły prawdziwy, tęskny taniec. Liście i ręce wydawały się być jednością. Byłem częścią tych liści, gałęzi i słońca, znikającego za horyzontem. Moje ciało żyło już tylko dla tego, co je otaczało. To było tak, jakbym nie istniał. Byłem częścią całości i głębokiej harmonii. Mój oddech uspokoił się. Znikneło całe zmęczenie. Myślałem już tylko o pięknie natury.

Do namiotu dotarłem rozmarzony. Coś we mnie pękło. Spędziłem sześć miesięcy ćwicząc intensywnie, żeby stać się silnym i zwyciężyć strach. Pomimo to, zwykły liść przyniósł mi szczęście i niewysłowioną wolność. W świetle świecy napisałem wiersz:

Gdzie pięść spotężniałą
Zniszczył dębowy liść
Tańczący na wietrze

Tej nocy nie położyłem się spać. Za wszelką cenę chciałem zrozumieć to, co pojawiło się przede mną nie wypowiadając swojego imienia. Ostatnie dni mego pobytu w lesie spędziłem próbując zharmonizować gesty i myśli, ciało i ducha. Czułem, że muszę zapomnieć o wszystkich technikach i pozwolić ciału wyrażać się instynktownie, bez przewidywań i bez analizowania. Wszystkie ruchy zacząłem wykonywać powoli. Stopniowo mój oddech stał się naturalny, długi i głęboki. Później dowiedziałem się, że istnieje taka forma praktyki i nazywa się tai-chi. Po stu pięćdziesięciu dniach ćwiczeń pojąłem, że nie ma ani początku, ani końca, i dopóki będę żył, zawsze pozostanie coś do zrozumienia. Zastanawiałem się, czy można robić postępy w drodze wyrzekając się życia w społeczeństwie oraz codziennych problemów z nim związanych i żyć wśród gór i potoków, zostawiając za sobą cierpienie oraz innych ludzi.

Za lasem rozciągała się równina, na której stały domy i kościoły, jeździły samochody, a ludzie biegali zajęci swoimi codziennymi sprawami. Przez chwilę wahałem się, czy do nich nie dołączyć. Rozmyślałem o samotności i strachu. Czułem się inny. Wtedy jeszcze lekceważyłem swoją egoistyczną i dumną postawę, która stawiała mnie ponad wszystkim i przekonywała, że osiągnąłem prawdę, jedyne zrozumienie i mądrość. Zastanawiałem się, za czym uganiają się ci wszyscy ludzie: za powodzeniem, dobrami materialnymi, egoistyczną miłością. Miałem ochotę pobiec do nich i zabrać ich w góry, by nauczyli się prawdziwego szczęścia i mądrości. Zadawałem sobie pytanie, kim ja właściwie jestem i skąd mam pewność, że nie popełniam błędu. Za wszelką cenę musiałem zrozumieć istotę życia. Byłem pełen przeciwieństw, ale bardzo mocno czułem, że istnieje gdzieś odpowiedz na moje pytania. W dębowym liściu, w zachodzącym słońcu, we mnie samym albo w ciszy nocy. Być może była ona we wszystkim jednocześnie, tam gdzie nie można jej zobaczyć. Czułem się bezbronny, słaby i zbyt nieśmiały, żeby stanąć przed Bogiem lub mędrcem Tao. Potrzebowałem pomocy, która pozwoliłaby mi coś zrozumieć. Potrzebowałem prawdziwego mistrza. Nie jednego z tych, którzy noszą czerwono-biały pas i używają brutalnych technik, żeby imponować swoją siłą, a w związku z tym, ze posiadają wysokie stopnie, każą tytułować się sensei.

Na dnie mojej torby leżała fotografia, przedstawiająca świątynię Shaolin-Su, położoną gdzieś w północnych Chinach. O niej właśnie marzyłem w ciągu dnia i śniłem w nocy. Zastanawiałem się, czy nadal istnieje i co w sobie kryje, że tak bardzo mnie przyciąga. Moje myśli poszybowały daleko. Marzyłem o Chinach i o mistrzu. Nadszedł czas, żeby wyruszyć. Resztę pożywienia rozdałem moim leśnym przyjaciołom, złożyłem kij u stóp dębu o tańczących liściach, zapaliłem wszystkie kadzidełka i poszedłem wykąpać się w potoku. Kwietniowe słonce było wysoko na niebie. Odszedłem, gwiżdżąc melodię bluesa.

 

logo / powrót do index