Tak właściwie niniejsze opowiadanie powinno się zaczynać bardzo poważnie. We wstępie trzeba żeby zostało wyraźnie powiedziane, że w pewnym bliżej nieokreślonym mieście (nazwę je tymczasem Z.) znajduje się jeden z największych odbiorników radiowych sygnałów z kosmosu.
Jest to fakt dość ważny dla fabuły mego opowiadania... Hm? Nawiasem mówiąc mam wątpliwości czy to, co chcę napisać można uznać za opowiadanie, skoro prawie nie ma tu akcji. Na domiar złego nic a nic nie wiem o tych gigantycznych antenach odbierających "programy radiowe nadawane przez kosmiczne rozgłośnie". Nie mam zielonego pojęcia czy taki odbiornik można wykorzystać jako nadajnik. Później, gdy będę miał wolną godzinkę, poczytam trochę na ten temat. Gdyż teraz już nie mogę powstrzymać się od przedstawienia Ci mego opowiadania, bo chyba jest to opowiadanie, mimo że z niezwykłą fabułą. Lecz nie uprzedzajmy wypadków...
Któregoś dnia, kiedy w ośrodku radioastronomicznym w Z. prowadzono normalne badania, zdarzyło się coś niezwykłego. Otóż pracownicy tego ośrodka ni stąd ni zowąd zostali uśpieni czy też zahipnotyzowani. Gdy po jakimś czasie odzyskali świadomość, było im wcale nie do śmiechu. Mało tego! Po kilku minutach ich zdziwienie przerodziło się w osłupienie, bowiem do ośrodka zaczęły napływać informacje mówiące, jakoby z tego regionu świata nadano w kosmos serię sygnałów o wielkiej mocy. Nie mogło być wątpliwości - sygnały nadano z ośrodka nasłuchowego w czasie, gdy pracownicy tegoż ośrodka byli uśpieni.
Początkowo sprawą zajęła się lokalna policja, lecz po krótkim dochodzeniu przejęło ją wojsko. Szybko ustalono, że ze stacji w Z. nadano jakiś zaszyfrowany komunikat. Sprawę więc powieżono wojskowym kryptologom. Pierwsze ich próby nie dały pozytywnych rezultatów. Dopiero gdy kryptolodzy zaczeli badać komunikat od końca ze zdumieniem odkryli, iż ostatnia jego część jest zapisana w kilkudziesięciu językach i stanowi jak gdyby zbiór podręczników do nauki tych języków.
Do pomocy trzeba było wezwać lingwistów. Dzięki ich wspólnej pracy ustalono, że są to podręczniki kilkunastu współczesnych języków indoeuropejskich, kilku języków Indian amerykańskich, japońskiego, chińskiego, starochińskiego, greki, łaciny, interlingwy, esperanta oraz kilku języków komputerowych. Języka, czy też języków w jakich zostały napisane te podręczniki lingwistom nie udało się zidentyfikować. Wedle wszelkich podejrzeń były to... języki jakiejś cywilizacji pozaziemskiej.
Oczywiście, rzecz całą ukryłby mrok tajemnicy wojskowej, gdyby nie odkryli jej łowcy sensacji - reporterzy. Według ich doniesień ten międzyplanetarny przekaz miał być "raportem o naszej planecie" sporządzonym przez "kosmiczną grupę badawczą" pochodzącą z planety "Uit.K." Jak wkrótce okazało się nie było to całkiem zgodne z prawdą. Pierwsze doniesienia prasowe były bowiem tyleż sensacyjne, co niedokładne. Niniejszy artykuł opieramy na sprawozdaniu z konferencji prasowej Vincenta Vermeera, profesora Uniwersytetu Harvarda, laureata Nagrody Nobla, który pracuje w głównej, sześćdziesięcioosobowej grupie tłumaczącej. Przetłumaczenie raportu tzw. Uitkańczyka okazało się szalenie trudne, ponieważ - jak twierdzi Vermeer - "język, czy też języki pozaziemskiej cywilizacji mają inną gramatykę niż nasze języki. Częstokroć w językach tych cała wypowiedź na jakiś temat stanowi nierozerwalną konstrukcję. Taką budowę wypowiedzi można by porównać do budowy krzyżówki, jakie drukowane są w popularnych gazetach. Streszczenie tekstu tak napisanego jest niemożliwe." Wynika z tego, że każdy kosmita zanim otworzy usta musi mieć już całą wypowiedź dokładnie opracowaną. Taki język chroni mówcę przed palnięciem jakiegoś głupstwa.
"W innych wypadkach - kontynuuje Vermeer - istota pozaziemska często jednym znakiem określa nie tylko jedno pojęcie, [jak to czynią Chińczycy - przyp. red.], lecz jedno zdanie, a nawet jedną wypowiedź". Zrozumienie tak zapisanej wypowiedzi następuje, ponoć, w jednej chwili, na zasadzie olśnienia. Do takiego zrozumienia potrzebne są zdolności umysłowe, których jeszcze nie posiedliśmy.
Vermeer podaje inne, jeszcze bardziej zadziwiające przyczyny trudności jakie napotkano przy tłumaczeniu gwiazdowego listu. Mianowicie twierdzi on, że Uitkańczyk potrafi zmienić język w jakim formułuje treść w zależności od rodzaju tej treści. Według niego mieszkańcy planety Uit.K. w pełni wprowadzili w życie twierdzenie Marshalla McLuhana "medium is a message" (środek przekazu jest przekazem). Na potwierdzenie swych domysłów przytacza opinię współpracujących z nim cybernetyków, którzy rozkodowali część zakodowanych w raporcie dźwięków oraz ruchomych trójwymiarowych obrazów, na których widnieje ów Obcy. Ma to być dowód na to, że sztuki takie jak muzyka, malarstwo, taniec, pantomima, które my uważamy za zamienniki języka słów, dla nich są innymi, nieprzetłumaczalnymi systemami przekazu, które uzupełniają się z tradycyjnymi językami. Zatem prawdopodobnie każdy Uitkańczyk porozumiewa się nie tylko mówiąc tudzież pisząc, ale także grając na instrumentach muzycznych, rysując itp. Idea to doprawdy ciekawa. Niestety, Vermeer powołując się na tak wątpliwy autorytet, jakim jest McLuhan, nie przysparza jej wiarygodności. Niemniej nie dość na tym. Vincent Vermeer idzie dalej w swych domysłach. Snuje on podejrzenia, jakoby gwiezdny przybysz zakodował nie tylko symbole dyskursywne i przedstawieniowe, ale także... żywą materię wraz z uczuciami! Gdyby tak było odbiorcy przekazu w swoim świecie mogliby wiernie odtworzyć naszą rzeczywistość, czyli stworzyć bliźniaczą Ziemię i dosłownie wczuwać się w nas! "Jest to najbardziej bezpośredni przekaz treści, bo umożliwia on bezpośrednie zrozumienie innej istoty" - stwierdza Vermeer. Co prawda Virtual Reality, czyli rzeczywistość fikcyjna, choć możliwa, stała się rzeczywistością, a nie marzeniem fantazjujących pismaków, ale przekazywanie kodu genetycznego materii razem z uczuciami na inną planetę to doprawdy zbyt dużo fantazji, nawet jak na opowiadanie science-fiction.
Lepiej trzymajmy się faktów, niż domysłów Vermeera. Faktem zaś jest, że Uitkańczycy niektóre treści zapisują na kształtach przestrzennych. Jest to swoiste połączenie rzeźby z literaturą, które można by porównać jedynie do naszego globusa. Gdy pragną wyrazić twierdzenie posiadające dwie strony, to dosłownie zapisują je na dwóch stronach kartki. Podobnie, gdy piszą o uzupełniających się przeciwieństwach, ich pismo rozchodzi się pod kątem 90 stopni. Natomiast gdy piszą o wykluczających się przeciwieństwach, części ich pisma są sobie przeciwstawne. [Drobne tego przykłady znajdą Państwo dalej.] W taki sposób potrafią zapisywać długie teksty. My musielibyśmy użyć do tego celu rolek papieru, chociaż i tak było by to trudne zważywszy, iż koncepcje różnorakiego typu występują obok siebie. W rezultacie, zamiast poręcznej książki, musielibyśmy drukować tekst na wielu rolkach różnorako ze sobą połączonych, które po rozwinięciu tworzyłyby istny labirynt.
Inną przyczyną trudności w tłumaczeniu jest fakt, iż język jakim posługuje się Uitkańczyk, w odróżnieniu od naszego języka, zaznacza wewnętrzną głębię wszelkich istot. Tę przeszkodę udało się tłumaczom w pewien niezwykły sposób pokonać. Otóż to, co my określamy jako "ja autentyczne", "uniwersalną jaźń", "nieśmiertelną duszę" albo tym podobnie, kosmita w swym języku określa po prostu jako "ja". Z kolei to, co my potocznie określamy jako "ja", a co psycholodzy określają jako "ego", "umysł" etc., cudzoplanetowiec określa słowem, które przetłumaczono tu jako "osoba" (np. "osoba człowieka"). Natomiast dla określenia całości jednostkowego bytu używa ogólnych określeń (np. "człowiek"). Nie takie to skomplikowane, jak mogło by się na pierwszy rzut oka wydawać. Niebawem przekonacie się Państwo o tym sami, albowiem oto mamy przyjemność przedstawić Wam pierwszy zbiór fragmentów raportu "O planecie Ziemia".
(...) Spośród wszystkich istot żyjących na planecie Ziemia dwa gatunki zasługują na szczególną uwagę. Istotami najbardziej dojrzałymi są delfiny. Niestety ich dojrzałość jest niepełna, gdyż dochodzą do niej drogą bezpośrednią, wprost z dzieciństwa. Delfiny nie mają skłonności do symbolizowania. Przyczyną tego jest brak odpowiednich umiejętności manualnych. Niemniej wykształciły one umiejętności innego rodzaju, np. śpią na zmianę tylko jedną półkulą mózgową, co jest rzadko spotykanym zjawiskiem w kosmicznej faunie. (...)
Z tej samej rodziny istot ziemskich pochodzą ludzie. Ewolucja biologiczna ludzi zakończyła się kilkadziesiąt tysięcy lat temu, a obecnie trwa ewolucja kulturowa. Dojrzałość pośród ludzi osiągają tylko niektóre jednostki. Dochodzą do niej drogą pośrednią. Ich umiejętności manualne pozwalają na posługiwanie się narzędziami, dlatego posiadły one zdolność symbolizowania. Osoby ludzi tworzą więc cywilizację. Jest to cywilizacja istot inteligentnych, mówiących i piszących. Istoty te myślą nie tylko konkretnie, ale także abstrakcyjnie. Mimo tego cywilizacja ludzka jest zupełnie pierwotna. Osoby ludzi jeszcze nie tak dawno były przekonane o tym, że znajdując się w centrum wszechświata, zostały stworzone na podobieństwo osoby twórcy wszechświata, niejakiego "Boga". Nic w tym dziwnego, ponieważ osoby ludzi zupełnie zapatrzone są w swe osoby. Jest tak, albowiem ludzie utożsamiają się z myślącą i mówiącą swą cząstką, czyli ze swoimi osobami, a nie ze swym autentycznym, wewnętrznym istnieniem - nie utożsamiają się z ja.
Ta błędna więź tożsamości, charakterystyczna dla istot nie w pełni dojrzałych, ma swe określone konsekwencje. Jedną z nich jest to, że osoby ludzi żyją w strachu o własne życie. Strach pozbawia ich osoby wrodzonej wrażliwości. Co więcej strach bynajmniej nie popycha ich osób do poszanowania życia. Przeciwnie. Właśnie przez życie w strachu ich osoby zabijają się wzajemnie. Każde nowe narzędzie potrafią zmienić w śmiercionośną broń. Najważniejszym ludzkim narzędziem jest język, najskuteczniejszą bronią - ideologia. (...) Jednym ze sposobów, jakimi osoby ludzi próbują uwolnić się od presji strachu jest medytacja, czyli metoda utożsamiania się z ja, za pomocą technik fizycznych, np. oddechowych, podobnych do używanych na planecie Il5d. (...)
Osoby ludzi nie rozumieją istoty ewolucji kulturowej, która polega na jak najkorzystniejszym przekazywaniu nabytych umiejętności dalszym pokoleniom. W przypadku ludzi okresem odpowiednim dla nieświadomego uczenia się umiejętności jest dzieciństwo. Dorośli jednak, zamiast nauczania umiejętności, uporczywie starają się dzieciom przekazać w tym okresie wiedzę, czego dzieci nie potrafią należycie przyjąć. Umiejętności zaś przekazywane są niejako przy okazji. Pisze o tym osoba Blecile Ecar. [Uitkańczyk nie podaje przy nazwiskach żadnych danych osobowych, np. narodowości, zawodu. Podobnie przy cytatach nie podaje danych skąd pochodzą. Być może postępuje tak, dlatego że ludzie, jako istoty obce w oczach Uitkańczyka są do siebie podobni. Możliwe też, że kosmici nie uznają tym podobnych podziałów - przyp. tłum.] "Informacjami i umiejętnościami powinniśmy obdarowywać dzieci spontanicznie, wtedy gdy pragną się czegoś dowiedzieć lub czegoś wyuczyć. Całe szkolnictwo - niższe i wyższe - jest oparte na tym błędnym schemacie, według którego dzieci naucza się w sposób oderwany od sytuacji, abstrakcyjny. Nie mówiąc już o błędzie monstrualnym: nauczania na zasadzie obowiązku i kary w wypadku jego niespełnienia. Czasem mam wrażenie, że wedle nauczycieli, gdyby dzieci nie ciągnąć za uszy, to by nie urosły." Nade wszystko jednak dzieciństwo osobników traktuje się tu jako etap wstępny życia, a nie - jak to jest w cywilizacjach bardziej rozwiniętych - jako etap równorzędny lub najważniejszy. Słowem, ewolucja kulturowa osób ludzi przebiega na wpół spontanicznie i intencjonalnie. Ich osoby jeszcze nie potrafią panować nad procesem własnego rozwoju. Lecz nie wszędzie sytuacja jest taka sama. Interesującym regionem wydaje się być tzw. Polska, w którym to kraju (gdyż świat ludzki podzielony jest intelektualnie, na państwa), jako w pierwszym kraju na Ziemi, powołano "ministerstwo do spraw rozwoju inteligencji", powzięto też do tego celu niekonwencjonalne środki. (...)
Rozwój ludzi polega na nabywaniu kolejnych narzędzi, które są przedłużeniami ludzkich zmysłów. Jednakże osoby ludzi posługują się tymi narzędziami, nie rozumiejąc oddziaływania owych na ludzkie naturalne zmysły. Najważniejszym narzędziem - jak to już moja osoba wspomniała - jest bez wątpienia język. Właśnie w przypadku tego narzędzia występują najpoważniejsze skutki niezrozumienia jego natury.
Po pierwsze. Osoby ludzi żywią naiwne przekonanie, że przy pomocy jednego języka z równą skutecznością można wyrazić każdą treść. Niemal każda osoba, posługując się w życiu tylko jednym językiem (lub kilkoma językami jednego typu), używa języka niczym uniwersalnego narzędzia. Skutki tego procederu są często fatalne. Po drugie. W mniemaniu osób ludzi jednostka nie może zmienić zasad języka. Języki jakimi ich osoby mówią są bowiem językami etnicznymi, powstałymi spontanicznie w trakcie rozwoju ludzkiej cywilizacji. Każdy język etniczny ma tylko jedną odmianę, która z konieczności miesza funkcje obiektywizujące z funkcjami subiektywizującymi. Osoby ludzi jeszcze nie potrafią wyrażać treści poprzez formę języka. (...)
Po szóste. Osoby ludzi w swych sądach o języku popadają najczęściej w dwie skrajności; albo przeceniają moc słów, albo mocy tej nie doceniają. Ich osoby mniemają najczęściej, że język jest czymś neutralnym, a nawet czymś naturalnym. Słowem, że język jest narzędziem, które w żaden sposób nie wpływa na widzenie rzeczywistości, ani na myślenie o niej. Iż tak nie jest pisze osoba John Albert Macy. "Zwykły człowiek nie uwolni się nigdy od zwodniczego mniemania, że słowa są na usługach myśli, że najprzód się myśli, a dopiero potem wyraża się myśli. Prawda, że najprzód musi zaistnieć intencja, pragnienie wypowiedzenia czegoś, ale pojęcie nieczęsto nabiera odrębności, nie ukształtowuje się, dopóki nie ubierze się w słowa." Z drugiej strony w przeszłości osoby ludzi uważały, iż słowa mają moc magiczną. Pozostałości takiego mniemania można bez trudu odnaleźć w wielu księgach religijnych, mówiących jakoby słowa wypowiedziane przez bóstwo miały siłę tworzącą rzeczywistość. W tych magiczno-mistycznych poglądach leży nieco słuszności. Oczywiście, żadna siła nie tworzy rzeczywistości słowem. To sam język współtworzy obrazy rzeczywistości. Osoby ludzi odkryły już, że ich języki są relatywne. Moja osoba jednakże nie przytoczy tu żadnego cytatu, gdyż filozofię, jak i inne, podobne nauki uprawia się tu niczym wojnę. Stąd też często przeciwne sobie teorie są równie przekonujące i jednocześnie nie do przyjęcia.
Wreszcie, po dziewiąte, języki potoczne, jakimi mówią osoby ludzi dzielą rzeczywistość na podmioty i przedmioty. Jednakże podział ten jest błędnie przeprowadzony. Nie przebiega on wewnątrz każdego bytu, lecz na zewnątrz, pomiędzy bytami różnej jakości. Wedle ludzkich języków podmiotami są ludzie, przedmiotami - pozostałe byty. W językach ludzkich brak jest podziału na uniwersalny, nieśmiertelny podmiot - ja oraz jednostkowy, śmiertelny przedmiot - osobę. Według logiki ludzkich języków syntetycznych [tzn. indoeuropejskich - przyp. tłum.] możliwe jest powiedzenie "myślę, więc jestem". Wyraża ono w sposób jawny to, co zawarte jest implicite w strukturze tych najpopularniejszych na Ziemi języków. Po prostu, ludzie nie tyle posługują się myślami, co uważają się za myśli. Zatem nazywając siebie myślą w szczególności o myślącej, a w ogólności o śmiertelnej cząstce, czyli o swojej osobie. Ich osobom trudno byłoby wytłumaczyć na czym polega język, w którym podmiot - ja nie jest już potocznie używanym słowem, a jedynie wewnętrznym poczuciem. Szokującą dla ich osób jest idea, według której myśląca cząstka ich istoty wcale nie musi uważać się za centrum jednostkowego bytu. Wszak nie jest to dla osób ludzi myśl nieznana. Głoszą ją często mistrzowie różnorakich szkół medytacji (czyli innymi słowy osoby dojrzałe), mówiąc do swych uczniów (czyli do osób niedojrzałych), by "szukali w sobie autentycznego ja".
Na przykład osoba Nisargadatta Maharaj powiedziała o sobie: "ja tylko pozornie słyszę, widzę, mówię i działam. Wszystko to po prostu mi się zdarza. (...) Dba o to mechanizm ciała-umysłu, pozostawiając mnie poza tym wszystkim. (...) ja nie muszę dbać o słowa i czyny. One po prostu zdarzają się, a mnie pozostawiają w spokoju, bo w moim świecie nic złego zdarzyć się nie może." Inaczej tę samą treść wyraziła osoba Douglas Harding. Wedle tej osoby istnieją dwa stany ludzkiego doświadczenia. Pierwszy stan nazwała "byciem pierwszą osobą liczby pojedynczej", a drugi stan - "byciem trzecią osobą liczby pojedynczej". Będąc w stanie "pierwszej osoby" człowiek utożsamia się z uniwersalną świadomością. W stanie bycia "w trzeciej osobie" - co dla ludzi niedojrzałych jest zwykłą egzystencją - człowiek utożsamia się z treściami świadomości: ciałem, umysłem, otaczającym jego osobę światem itp.
"Zazwyczaj jestem bardziej lub mniej uważny w stosunku do otaczającego mnie świata - w stosunku do przedmiotów, począwszy od gwiazd, Słońca, Księżyca, chmur i wzgórz, drzew, domów, ulic samochodów i ludzi, a skończywszy na moich ramionach, nogach i tułowiu. Lecz w tym miejscu, tak blisko domu, moja uwaga nagle wyłącza się. Nie chcę wiedzieć co, jeżeli w ogóle coś, leży w samym Centrum mojego wielowarstwowego, podobnego do cebuli wszechświata. Obawiam się Miejsca, jakie zajmuję, i zdecydowany jestem go nie dostrzegać. Albo jeszcze gorzej, wmawiam sobie, że być może coś tam jest, a to coś jest tym, czego tam nie ma. Nie ufając własnym odkryciom, pozwalam każdemu, kto jest na zewnątrz, mówić mi, jak tam jest, a oni przekazują informację, iż to Miejsce, gdzie jestem, jest solidną, nieprzezroczystą, kolorową, ograniczoną, skomplikowaną bryłą lub materiałem, rodzajem kuli z mięsa i że wyglądam przez dwie małe, zrobione w niej dziurki. Zgodnym głosem wmawiało mi to od dzieciństwa tak wiele osób, wielkich i mądrych, pewnych siebie i logicznych, że nie dziwi mnie to, iż w końcu przyjąłem ich opinię, a zaniechałem poszukiwania własnej. W tym, co dotyczyło mojej Natury, zostałem przegłosowany - miliony do jednego.
Lecz jest to absurd. Tylko ja mogę powiedzieć, jak tutaj jest. Oni jedynie mogą powiedzieć, jakie wywieram na nich wrażenie. Będąc na zewnątrz mnie, znajdują się rzeczywiście w dobrym miejscu dla opisania moich różnorodnych cech zewnętrznych, ale absolutnie nie są w stanie opisać tej centralnej Rzeczywistości, z której wywodzi się ta zewnętrzność. Nikt nie zaglądał w to miejsce. Nikt oprócz mnie, ponieważ ja jestem tym najbardziej zaabsorbowany. Tutaj jestem jedynym autorytetem i tylko ja posiadam wewnętrzne informacje. Gdy w końcu ośmielę się zwrócić uwagę, spojrzeć na to, z czego patrzę, zobaczyć to, co z siebie robię z zerowej odległości i nie będę wyobrażał sobie, co inni robią ze mnie patrząc z odległości dwu metrów, to wówczas odkrywam, iż to nie ma kształtu, nie ma koloru, nie ma przezroczystości, nie ma granic, w ogóle niczego tu nie ma. Moja relacja różni się od ich relacji pod każdym względem.
Lecz oczywiście nie jest to czyste nic. Po pierwsze, jestem świadomy: ta Pustka jest w pełni obudzona na siebie jako pustą, cieszy się sobą jako nieskazitelną Jasnością. Po drugie, dlatego, że to jest niczym, jest wszystkim. Jest to Miejsce Możliwości dla świata, aby się mógł w nim dziać. Jestem przestrzenią, lecz wypełnioną przestrzenią, w której zajmuje miejsce ten tułów, te ramiona i nogi, ci ludzie, samochody, domy i tak dalej, ze wszystkimi myślami i uczuciami, jakie one budzą. Opróżniony z siebie, wypełniony jestem wszystkim. Jestem w świecie jako trzecia osoba liczby pojedynczej, świat jest we mnie w pierwszej osobie. Zobaczyć to, to żyć prostą prawdą, to być tym, kim jestem. I to wystarczy. To jest znaczenie mojego życia i ostateczna odpowiedź na moje problemy."
Zatem powyższa myśl [mówiąca, iż ego nie musi uważać się za centrum jednostkowego bytu - przyp. tłum.] nie jest nieznana osobom ludzi. Wszelako jedną rzeczą jest wyrażać pewną ideę przy pomocy języka, drugą - zgodnie z tą ideą zmienić reguły języka, jakim się mówi. Jak na razie tą pierwszą rzecz zrobiła dość znaczna liczba osób ludzi, zaś drugą zrobiła chyba tylko jedna osoba. Zwała się Dersu Uzała i została określona przez osobę Władimir Arsenjew w pisanych przez nią książkach jako "myśliwy z plemienia Goldów żyjący w Krainie Ussuryjskiej". Jego osoba została w ten sposób określona przez inne osoby, lecz nie określała się tak sama. Było tak, bowiem jego osoba nie uważała się za "ja" w znaczeniu innych ludzi. O swojej osobie mówiła "moja". Słowo "ja" w potocznym języku osoby Dersu nie istniało. Odpowiednio jego osoba o innych osobach zamiast "ty" mówiła "twoja", zamiast "on" mówiła "jego", zamiast "my" mówiła "nasze" itd. Tej zamiany zaimków osobowych na dzierżawcze osoba Dersu dokonała na gruncie jednego z języków syntetycznych, tzw. rosyjskiego. W ten sposób jego osoba stworzyła mówioną, wieloosobową odmianę języka rosyjskiego, w której więź między podmiotem - ja, a przedmiotem - osobą jest irracjonalna. Oczywiście nastąpiło to zgodnie z animistyczną filozofią osoby Dersu, która uważała, że wszystkie istoty różnią się "koszulą" - jak zanotowała to osoba Arsenjew - natomiast w środku są takie same. Co ciekawe podział ten w rozumieniu jego osoby bliższy jest podziałowi przeprowadzanemu przez naukę ludzką, tzw. psychologię, niżeli przez nasze osoby. Moja osoba wyjaśni to później. [Ten fragment raportu nie został jeszcze przetłumaczony - przyp. tłum.]
Ta epokowa modyfikacja językowa jakiej dokonała osoba Dersu została niemal nie dostrzeżona oraz nie zrozumiana. Osoby ludzi naiwnie wierzą, iż rozwój ludzkiej inteligencji leży w rozwijaniu wyłącznie treści myślenia, a nie jego form. Dla przykładu osoby ludzi posługują się takimi pojęciami jak "bóg", "dobro" czy "prawda".
Na dodatek posługują się
intelektualnym podziałem na
Z łatwością nożna wykazać absurdalność myślenia opartego na tych pojęciach. Np.:
Myślenie przy pomocy takich języków sprzyja istnieniu zinstytucjonalizowanej religii, nauce podzielonej na specjalności, różnorakim zwalczającym się wzajemnie systemom politycznym itp. Jednakże ta pierwotność ludzkiej cywilizacji ma swój urok. Na tle szarych mas ludzkich szczególnie wyraźnie błyszczą osoby autentycznych twórców postępu ludzkiej cywilizacji.
Są to osoby samotnych odkrywców,
które podążają drogami
Dla jednego bowiem z pewnością warto przybyć na Ziemię. Ba! Dla tego jednego warto żyć jako człowiek w tych barbarzyńskich czasach. To sztuka, czyli działalność ludzka leżąca pomiędzy językiem a uczuciami. Sztuka ludzka już wyzwoliła się spod wpływu różnych ideologii. Co więcej, sztuka przekroczywszy barierę obiektywizmu, wkroczyła w treściową oraz formalną wolność wypowiedzi, w subiektywizm. Zatem w tej cywilizacji rozwój sztuki wyprzedził rozwój języka. Rzecz jasna, osiągnięcie całkowitej wolności w obu dziedzinach przyniesie dla ich osób zgubę, bo przecież brak ograniczeń jest największym zniewoleniem. Lecz jak dotąd, mimo że są coraz bliżej, życie zawsze umyka ludzkim opisom. (...)
Tak oto kończy się ostatni z fragmentów raportu "O planecie Ziemia", który mieliśmy Państwu do zaprezentowania. Nadal pozostaje bez odpowiedzi pytanie: co zmusiło Uitkańczyka do nadania tychże treści z naszego obserwatorium radioastronomicznego? Podobno z innej, przetłumaczonej, ale jeszcze niepublikowanej części raportu wynika, jakoby pojazd kosmity uległ poważnej awarii, natomiast on sam znajdował się w dramatycznej sytuacji. Czyżby potrzebował naszej pomocy? W związku z tym wielu naukowców pracujących nad rozszyfrowaniem raportu twierdzi, iż rządy naszych państw powinny wspólnie opublikować list otwarty skierowany do gwiezdnego gościa z propozycją pomocy oraz współpracy, a przede wszystkim z gwarancją jego niezależności tudzież nietykalności. Jednak czy kosmita zaufa nam? Czy jesteśmy godni zaufania?
A może nasz gość nie prosi nas o pomoc, ponieważ nie potrafimy w niczym mu pomóc? Może rzeczywiście mieszkańcy planety Uit.K. są istotami bardziej dojrzałymi od nas. Dlatego też sytuacja, która dla nas jest tragedią, dla nich jest po prostu jeszcze jednym ciekawym doświadczeniem. Swoją drogą jakże zdziwieni musieli być militarni eksperci dowiedziawszy się, że kosmici są istotami nie znającymi strachu przed śmiercią, a co za tym idzie nie znającymi agresji i wojny. Znającymi natomiast "szacunek dla życia", który my, nazwawszy go "humanitaryzmem", przypisujemy wyłącznie sobie.
Możliwe wreszcie, że to my winniśmy prosić go o pomoc, lecz czy gotowi jesteśmy na przyjęcie takiej pomocy? I czy on odpowiedziałby nam, czy też - niczym starzec przyglądający się niemądrze bawiącym się dzieciom - powiedziałby tylko do siebie w swoim języku: "Na nic zda się pomagać osobom ludzi. Na nic zda się dawać rady ich osobom. Jeśli ich same nie zdobędą mądrości na własnych błędach, to nie zdobędą mądrości w ogóle".
Być może istnieje jeszcze jedna ewentualność, lecz nijak jej nie potrafię wynaleźć. Tak, to znowu ja, autor we własnej osobie. Czy spodobało się Ci moje opowiadanie? Nawiasem mówiąc ciągle mam wątpliwości, czy tą powyższą pisaninę można uznać za opowiadanie, skoro prawie nie ma tu akcji? Z normalnej, sensacyjno-kryminalnej fabuły świadomie niemal całkowicie zrezygnowałem na rzecz fabuły innego rodzaju. Nie da się ukryć: rzeczywistą akcją tego opowiadania jest zderzenie nieprawdopodobnej fantazji z jeszcze bardziej nieprawdopodobnymi faktami. Językowe dziwactwo nieistniejących kosmitów, w kulminacyjnym momencie opowiadania, zderza się z autentyczną praktyką językową niejakiego Dersu Uzały. Jedno mnie wszakże martwi. Otóż nie wiem, czy nie pomyślisz sobie czasem, że wymyśliłem tego dziwnego człowieka, podobnie jak wcześniej wyfantazjowałem Uitkańczyka? Nie wiem nawet, czy nie mylisz Arsenjewa, który to pisał o Dersu Uzale, z Arsenjewem, jednym z Astronautów, bohaterów pierwszej powieści Stanisława Lema. Niebezpieczeństwo nieporozumienia istnieje. Czyż zatem powinienem w posłowiu opowiadania rozdzielić fakty od fikcji, czy też pozostawić to trudne zadanie Tobie? Niestety, nie rozwiążę tego problemu sam, bowiem rozwiązanie go zależy od Twojej osobowości. Po prostu nie wiem, czy jesteś dociekliwy, czy też leniwy? Nie mam pojęcia, czy patrzysz na świat chłodnym okiem naukowca, czy może cieszy Cię fantazjowanie dla samego fantazjowania. Umówmy się więc tak: ja napiszę, a Ty Czytelniku zadecydujesz.
Toteż teraz rozdzielę prawdę od bajeru. Kto chce niech czyta, ale zaraz, zaraz... Przecież to, co dziś jest zmyśleniem, jutro może okazać się faktem! Z drugiej strony być może gdzieś, kiedyś miała miejsce podobna wizyta kosmitów, którą uważam za fikcyjną tylko dlatego, że nic mi o tym nie wiadomo. Zatem na czym mam się oprzeć? Tego też sam nie wiem. Język, którym piszę podpowiada mi: pisz o faktach i fikcjach, bo tak będzie prościej! Jednak jednocześnie czuję, że powinienem pisać raczej o tym, co moja nieskromna osoba uważa za fakty lub za fikcje. By przerwać tę dyskusję toczącą się pomiędzy mymi dwoma doradcami - językiem i uczuciami - pójdę na kompromis i zawrę z Tobą, Czytelniku kolejną umowę. (To staje się już nudne). Umówmy się: faktami są zdarzenia, które uda mi się udokumentować. Wszystko inne, o czym była mowa w powyższym opowiadaniu, obiektywnie rzecz biorąc, nie jest ani faktem, ani fikcją. Moim zdaniem przyczyny tego braku ścisłości leżą w języku. Gdybyśmy mieli do dyspozycji dwie odmiany języka polskiego (jedną obiektywizującą, drugą subiektywizującą) tych problemów by nie było. Po prostu w odmianie języka, według której wyrażalibyśmy opinię z zewnętrznego, zobiektywizowanego punktu, nie używałoby się słowa "fikcja". Ale dość już dygresji.
Niestety, do tej pory nie czytałem nic poważnego o astronice. Przepraszam wszystkich znawców tego na pewno pasjonującego tematu, jeśli palnąłem jakieś głupstwo. Pocieszam się myślą, że z pewnością nie palnąłem takowego pisząc, jakoby delfiny (dokładnie delfiny butelkonose) posiadały umiejętność spania tylko jedną półkulą mózgu. Alexander Borbely w książce "Tajemnice snu", pisząc o tym nie wyjaśnia na co im taka umiejętność. Problem, czy delfiny są dojrzalsze od ludzi, poruszało wielu naukowców. Ja pozostawiam go - zgodnie z naszą umową - bez obiektywnego rozstrzygnięcia.
Patrzmy dalej. Oczywiście, żadnego "ministerstwa do spraw rozwoju inteligencji" w naszym kraju nie powołano. Powołano je bowiem w Wenezueli. Jak pisze A.Ralny-Gombaux (w artykule pt. "Każdy może być geniuszem?" opublikowanym w Le Matin 27 kwietnia 1981 roku, a przedrukowanym w Forum) fakt ten wywołał "powszechne zdumienie, które niebawem ustąpiło miejsca lawinie cierpkich komentarzy, zgryźliwości i kpin". Od tego czasu minęło czternaście lat. Ciekawe co tam teraz słychać.
John Albert Macy, którego opinię o języku zacytowałem w punkcie szóstym, był wydawcą i współautorem autobiografii Heleny Keller "Historia mojego życia", którą spisała ona w wieku... zaledwie dwudziestu lat! Implikuje tym, że była osobą niezwykłą i nie mówię już nic więcej. No może tylko to, że polecam tą książkę, ponieważ daje ona interesujące wyobrażenie języka.
"Rozmowy z mędrcem" tudzież "Współcześni mistycy i mędrcy" to następne dwie pozycje w tej dziwacznej bibliografii (patrz punkt dziewiąty). Pierwsza (org. tyt. "I am that") niby jest książką tego hinduskiego guru, Nisargadatty Maharaja. "Niby"- ponieważ spisał ją kto inny, ale dajmy temu pokój, bo przecież dowiedzieć się tego można z lektury. Z drugiej książki niemal zerżnąłem - mówiąc po uczniowsku - wypowiedź autorki, Anne Bancroft o poglądach Douglasa Hardinga. Nie wiem czy za taki nieoficjalny cytat można zostać posądzonym o plagiat myśli, więc lepiej przyznam się do tego kryptocytatu. [Dla potrzeb książki dodałem spory cytat z tej książki.] Niniejszym stwierdzam też, iż wszelkie inne powielenia (np. z "Astronautów", "Głosu Pana" i innych książek polskiego Mistrza literatury fantastycznej) są niezamierzone.
I nareszcie fakt, w który chyba najtrudniej uwierzyć, a który z łatwością przychodzi mi udokumentować. Mam na myśli istnienie Dersu Uzały, człowieka, który dokonał czynu o którym filozofom się nie śniło. Pisał o "jego" osobie - och, jak pisał - Władimir Arsenjew, rosyjski podróżnik, badacz i geograf w swych dwóch książkach: "Na bezdrożach tajgi" (org. tyt. "W Ussuryjskom Kraje") i "Dersu Uzała". Wypowiadał się o nim Maksym Gorki, o czym można się przekonać sięgając do polskiego wydania tej ostatniej książki z roku chyba 1947. W końcu według obu książek nakręcił film znany całemu światu japoński reżyser Akira Kurosawa. Maksyma Gorkiego i Kurosawę łączą także bardziej bezpośrednie związki twórcze, ale to już nieco inna historia, o której także chciałbym napisać, lecz zrobię to kiedy indziej, bo i bez tego ten ambitny knot jest stanowczo zbyt długi.