Дерсу Узала / Dersu Uzala / デルス・ウザーラ / Dersu Uzała



DERSU ŻYJE!
Rzut oka na śmierć i życie duszy
 według kultury Wschodu i Zachodu

W piątek obchodziliśmy 100-lecie śmierci Dersu. Odbyła się mini konferencja i pokaz filmu. Dziś natomiast jest niedziela palmowa. W kościele, w czasie odczytywania opisu i śmierci pańskiej, życie i śmierć tych dwóch postaci historycznych w naturalny sposób skojarzyła mi się. Od razu pojawił się w mojej głowie ten esej.

Chrystus, jak każdy człowiek, bał się śmierci, gdy poczuł "jej ciężką rękę na swym ramieniu", jej konkretność. Pocąc się krwawymi kroplami - by wspopmnieć głośny swego czasu film, Pasja -  prosił Ojca o to, by zabrał od niego ten kielich. Ten, który uzdrawiał, a nawet wskrzeszał z martwych zdał sobie w pełni sprawę, że niebawem będzie cierpiał i umrze. Niedługo jednak pokonał ten strach.

Nie inaczej było z Dersu. Mistrz Kurosawa pokazuje tę historię scena po scenie. Wpierw widzimy jak Dersu zdaje sobie sprawę z utraty wzroku. Wie dobrze, że choroba oczu to wyrok śmierci dla człowieka żyjącego w lesie. W czasie projekcji dostrzegłem na twarzach widzów (siedziałem bowiem do nich bokiem) jak wielkie wrażenie wywierała na nich ta scena. Potem widzimy Arsenjewa, który w środku niespokojnej, zimowej nocy spostrzega cień tygrysa i z bronią wychodzi z namiotu. Dersu rzuca płonące szczapy z ogniska chcąc odgonić tygrysa. To Amba przyszedł odebrać mu życie – wierzy w to, a na twarzy Munzuka rysuje się przerażenie. I tu nagle akcja przeskakuje do domu Arsenjewa, do Chabarowska. Dersu przez 50 dni próbuje żyć miejskim życiem, które jest dla niego zupełnie niezrozumiałe. Konflikty narastają. Z drugiej strony Arsenjew zdaje się zupełnie „nie czuć” problemów Dersu. Ignoruje je. I wreszcie widzimy scenę w której Dersu na kolanach błaga Arsenjewa, by ten pozwolił mu odejść.

Nawiasem mówiąc Kurosawa dla zwiększenia dramaturgii rozbudowuje tę scenę. Po tym jak Dersu błaga Arsenjewa ten odchodzi bez słowa po schodach na górę. Reżyser na chwilę pozostawia widzów w konsternacji. Widzimy jak Arsenjew schodzi na dół ze strzelbą. To podarek. Nowa strzelba z celownikiem, która pozwoli Dersu trafiać nawet ze słabym wzrokiem. (O tym, czy rzeczywiście Arsenjew dał mu strzelbę zdania są podzielone). Arsenjew miał plan wedle którego Dersu miał po miesiącu powrócić i udać się z nim nad Ussuri, do znajomych Tazów. Dersu z sercem przepełnionym radością pośpieszył się jednak.

Czy po tych 50 dniach spędzonych w czterech ścianach pokonał strach przed śmiercią? Czy wiedział, że odchodząc z domu swego najbliższego przyjaciela idzie swą ostatnią drogą?

Na Wschodzie to, że dusza człowieka zmarłego naturalnie (nie poprzez samobójstwo) przeżywa śmierć jest czymś zupełnie oczywistym. To nie wiara, lecz wiedza. Arsenjew też przejął w jakiejś mierze ludowe wierzenia od Dersu. W liście napisanym niedługo przed własną śmiercią pisał, iż chce tylko dokończyć swe naukowe prace i odejść, odejść do Dersu. Miał poczucie, iż Dersu czeka na niego.

Nie inaczej zresztą było u Kurosawy, który zmienił tekst pieśni żołnierzy, którą słyszymy już na napisach końcowych. Tekst ten mówi o tym, że dusza Dersu odchodzi do tajgi i lata nad górami jako orzeł do dzisiejszych dni. Córka aktora, Swietłana Munzuk tłumaczy to tak: eagle.html

Czy nie byłoby rzeczą naturalną, by Dersu stał się po śmierci dobry duchem tajgi? W książce Szewczenki „Po śladach Arsenjewa...” jest taki fragment:



Na Wschodzie, wśród ludów Syberii, u tych nielicznych, który nie stracili swych duchowych korzeni za sprawę komunizmu obcowanie dusz po śmierci jest czymś zwykłym. Do Munzuka przed śmiercią przychodził duch Kurosawy i pragnął z nim rozmawiać. Aktor prosił wtedy dzieci, by sprowadzili tłumacza. Czy temu dziwił się ktoś z jego bliskich? Czy była to dla nich sensacja? Nie. W Tuwie starzec staje się szamanem. Powoli odchodząc na tamten świat ma z nim coraz większy kontakt. (Tuwa jest tradycyjnie pod wpływem buddyzmu – tego samego, co Tybet i Mongolia. Nic dziwnego w tym, że gdy Dalajlama odwiedza Kizył, stolicę Tuwy, twierdzi, że czuje się tam jak w domu.) My zaś, europejczycy pozostajemy zablokowani w tym strachu. Gdy przychodzi wieść o śmiertelnej chorobie jedyne na co nas stać to podjęcie walki medycznej, która i tak przecież zawsze przegrywamy, bo nikt – jak bohater innego już filmu – nie jest „Nieśmiertelny”. Pokazywanie zabijania jest tak powszechne w zachodnich filmach zupełnie jakbyśmy, zamiast pokonać strach przed śmiercią, chcieli się na nią uodpornić.

Chcę zachęcić was do szczerego spojrzenia na tę sprawę, bo wszystkich nas ona dotyczy. Tak się składa, że jestem zodiakalnym skorpionem, a u takich zainteresowanie umieraniem jest ponoć czymś wrodzonym. Swego czasu zaczytywałem się w książkach Levina i E. Kubler-Ross, najwiekszych autorytetów tematu, a także w „Tybetańskiej księdze życia i umierania” Sogjala Rimpocze i z tych lektur właśnie płyną powyższe, smutne wnioski.

By jednak nie popadać w myślenie negatywne, pamiętajmy: ci dwaj wspaniali bohaterowie tego eseju – Dersu i Chrystus – uczą nas ponadczasowych i uniwersalnych prawd. Prawd najważniejszych. To nie śmierć jest problemem, ale nasz strach przed nią. Niezależnie od tego, jakie mamy wyobrażenia o tym, co spotkamy po śmierci, śmierć nie jest końcem, lecz tylko przejściem, transformacją życia. Nasze życie zaś – o ile nie jesteśmy wyzuci z naturalności, wrażliwości, z dziecięcości – jest pełną duchowego sensu jedyną, niepowtarzalną i piękną historią wzrastania. Powinno się tę historię przeżywać świadomie, a by to tak uczynić należy pokonać strach. Czego życzę wam i sobie.

Zaskakujące jest to, że ta historia Arsenjewa i Dersu zatoczyła koło. To właśnie tu w Polsce, w Warszawie Arsenjew zdecydował się wyjechać na Daleki Wschód, gdzie poznał Dersu, by ten odmienił jego życie. I teraz po 108 latach, w jakże innych już czasach, śmierć Dersu wspominaliśmy w tym samym miejscu, w Warszawie. Czyż życie nie jest pełne magii? I czyż świat nie jest jedną duchową wioską pomimo tego, że rozliczne religie usiłują go podzielić pomiędzy siebie? Jestem przekonany o tym, że duch Dersu, a także duchy Arsenjewa, Munzuka i Kurosawy są ciągle żywe, ciągle działające wśród nas.

Wedle książki Arsenjewa Dersu został zabity pod koniec marca. Jego biograf, Szewczenko precyzuję tę datę na 13 marca 1908 roku. Ponoć zmarł od uderzenia łomem w głowę przez jakiegoś zbiegłego z Sachalina o nazwisku Kozłowy – czyżby polaka? Jego śmierć nie była jednak przypadkowa i bezsensowna. Dersu zmarł na nasz pożytek. Śmiem twierdzić, iż umarł by coś ważnego nam powiedzieć. Sęk w tym, że Dersu jak rzadko kto nauczył się czytać tropy, ślady natury. Dlatego i po śmierci, jako dobry duch wiedzie nas ten nieoceniony przewodnik ku prawdom naturalnym, ku poznaniu prawd tkwiących w kamieniach i drzewach, chmurach i rzekach, zwierzętach i płomieniach... Prawd ginących pod betonowymi stopami zwycięsko kroczącej cywilizacji.

Mariusz
Niedziela palmowa 2008, trzy dni po rocznicy śmierci Dersu.

W odpowiedzi na uwagi