|
W odpowiedzi na uwagi Parę osób napisało mi, że tekst ten jest "śmiały" lub że skojarzenie Chrystusa i Dersu jest "nie na miejscu". Śpieszę więc wyjaśnić, że nie ja jestem autorem tego skojarzenia. Otóż na stulecie kina specjalna komisja watykańska wybrała spośród całego dorobku światowego sto najwybitniejszych filmów. W dziale „filmy wartościowe” liczącym 20 pozycji znalazł się film bynajmniej nie o katoliku, ani nawet kimś, kto chciał być dobrym chrześcijaninem. To był film o animiście, odprawiającym szamańskie gusła w dzikim, dalekowschodnim lesie i prawdopodobnie uprawiającym (bynajmniej nie chrześcijańską) medytację. Nie inaczej, komisja watykańska wskazała jako szczególnie wartościowy film Kurosawy „Dersu Uzała”. Skoro tak, to znaczy, że owa komisja chciała uświadomić nam, iż Dersu może nas, chrześcijan wiele nauczyć, czego nawet Chrystus nigdy nie powiedział w Ewangeliach. Nie ma bowiem jednej, słusznej duchowości. Chrystus nas uczył jak wiarą góry przenosić, a Dersu nas uczył jak góry rozumieć. Jedno z drugim nie koliduje, a przeciwnie, uzupełnia się. Człowiek jest panem natury, ale powinien też być jej sługą. Z upływem czasu ta prawda staje się coraz bardziej ważna dla zachowania życia na naszej planecie.
Drugą rzeczą, którą do Dersu warto przejąć, jest to, że pomiędzy jego słowami a czynami nie było dystansu. Dersu był w 100 procentach autentyczny. A spójrzmy na nas samych. (Jako katolik chyba mam prawo krytykować nas samych, katolików?) Na mszach słyszymy o miłości do bliźniego, do wszystkiego, co żyje, a wyjdźmy z kościoła i spójrzmy na budynek. Jak często kościoły najeżone są szpikulcami mającymi odstręczać ptaki, na które się one niejednokrotnie nabijają? I w tych samych kościołach odbywają się spotkania tzw. czcicieli św. Franciszka – postaci nieco podobnej do Dersu w miłości do zwierząt. A my sami? Jak często podczas znaku pokoju nawet nie potrafimy spojrzeć innym w oczy i uśmiechnąć się do nich? Pomiędzy wartościami chrześcijańskimi a naszym życiem jest już nie dystans, a przepaść! |