|
Moja przygoda z zaimkami bynajmniej nie rozpoczęła się od przeczytania "Ja" - pierwszej książki Tadeusza Niwińskiego, lecz nieco wcześniej, od obejrzenia filmu znanego, japońskiego reżysera Akiry Kurosawy. To był dziwny film, nawet jak na tak niezwykłego twórcę, jakim jest Kurosawa. Film bez demonicznego Toshiro Mifune, bez samurajów, bez przejmującej muzyki japońskiej, którego akcja nawet nie rozgrywała się w Japonii. Mimo to film szalenie ciekawy. Co więcej ów film można było odczytać na wiele sposobów. Na przykład małolat mógłby z przyjemnością obejrzeć go jako pełną przygód historię, niczym wyjętą z opowiadań podróżniczych, z głównym bohaterem będącym autentycznym pierwotnym myśliwym. Miłośnik przyrody oglądając go zapewne nie potrafiłby oczu oderwać od widoku ussuryjskiej tajgi, jedynego w swoim rodzaju dziwu natury. Samotnik pewnie zachwyciłby się historią przyjaźni na śmierć i życie, jaka w czasie akcji filmu narodziła się pomiędzy dwoma mężczyznami. Filozof dostrzegłby etykę ukształtowaną przez prawa przyrody, a etnograf - pierwotny kult Amby, tamtejszego tygrysa, w którego mocy było sprowadzenie śmierci na człowieka, jeśli ten mu się przeciwstawił. Każdą zaś tkliwą duszę wzruszyłoby na pewno napisane przez życie tragiczne zakończenie tej opowieści, jakiego nie powstydziłby się żaden dramaturg. Ja jednak odczytałem ów film jeszcze inaczej. Jak? Najlepiej odda to zapis, który zrobiłem w moim dzienniku bezpośrednio po emisji filmu.
Jakiś czas po obejrzeniu filmu poszperawszy w bibliotecznych zbiorach odnalazłem dwie książki Arsenjewa, w których to opisywał najwspanialszą w swym życiu przygodę. Z przedmów do książek dowiedziałem się, że opisem postaci Dersu zachwycał się także Maksym Gorki, autor znanego cytatu "Człowiek - to brzmi dumnie" [Patrz tekst pt. "Człowiek to brzmi... wieloznacznie"], pochodzącego z napisanego w roku 1902 dramatu "Na dnie". Wspominam o tym nie tylko dlatego, że Tadeusz Niwiński słowami tego cytatu rozpoczął treść książki "Ja", ale przede wszystkim by stwierdzić, iż tenże dramat Gorkigo zekranizował Kurosawa, jeśli mnie pamięć nie myli nieco przed nakręceniem "Dersu Uzały". Jakiż ten świat jest mały! |
|
|
Cofnijmy się w czasie do początku tej historii, gdzieś do przełomu wieków. Wtedy to młody oficer, badacz przyrody, podróżnik Włodzimierz Arsenjew na własną prośbę zostaje przeniesiony z będącej pod zaborami Polski, z Warszawy do Kraju Ussuryjskiego, zakątku znajdującego się pomiędzy Chinami, morzem japońskim, pobliską Koreą, a całą resztą Rosji - istnym krańcu świata. Stąd, z Władywostoku w roku 1902 wyrusza wyprawa wraz z oddziałem na jedną z ekspedycji w głąb ussuryjskiej tajgi.
Dersu bez słowa przyłącza się do oddziału Arsenjewa i szybko daje się poznać jako człowiek nieoceniony. Gdy ruszają w drogę okazuje się, że jest tropicielem, który w tajdze, niczym w otwartej księdze, bez trudu czyta całe historie. Gdy żołnierze zaczynają zabawiać się strzelaniem do wiszącej, rozbujanej butelki Dersu ku zaskoczeniu wszystkich trafia w sznurek, a butelkę bierze jako nagrodę. Co więcej Dersu nigdy nie zabija "dla sportu", rozrywki czy ze złości, jak zwykli to robić żołnierze. Nawet nie niszczy niczego, co mogłoby się przydać choćby mrówce. Ten właśnie przejawiany przez Dersu stosunek do przyrody wpierw najmocniej zadziwia, a wnet najbardziej zachwyca Arsenjewa...
|
|
|
Czytając książki Arsenjewa z zapałem zacząłem analizować język, jakim mówił Dersu i wnet moje pierwsze wrażenie zmieniło się w pewność co do tego, że w mowie Dersu tkwiła jakaś... ukryta wiedza. Piszę "ukryta", ponieważ Dersu z rzadka filozofował; zwykle jego wypowiedzi były jak najbardziej konkretne. Owa frapująca mnie wiedza zawierała się w samej formie języka, jakim mówił. Pierwszą rzeczą bowiem, zwracającą uwagę w dialogach książek jest fakt, iż ani razu z ust Dersu nie padło słowo "ja". Podobnie w innych przypadkach zamiast zaimków osobowych, zwykle używał zaimków dzierżawczych. Niestety odpowiedzi na pytanie dlaczego tak śmiesznie mówił nie znalazłem w książkach. Po latach zmagań z tematem "ja" doszedłem do twierdzenia, którego wyrazicielem jest też Tadeusz Niwiński. Tego mianowicie, że zaimki służą nam często do programowania się wzajemnie, jak i programowania samych siebie. Jednakże Dersu Uzała pokazał mi, iż programowanie pozytywne - którego zwolennikiem jest pan Tadeusz - nie musi być jedynym pozytywnym wykorzystaniem tego faktu. Gdy to zrozumiałem, konsekwencje odkrycia dokonanego przez Dersu dla rozwoju naszej cywilizacji wydały mi się rewolucyjne! Do potwierdzania mych równie sensacyjnych, co niejasnych przypuszczeń na temat Dersu zabrałem się tak, jak potrafiłem, a przyznaję, iż z natury nie jestem typem naukowca systematycznie dążącego do tzw. obiektywnej prawdy. Patrząc z perspektywy czasu na moje chaotyczne poszukiwania widzę, że prowadziły mnie one w kierunku dwóch źródeł: naukowego i duchowego. Przedstawię je oddzielnie pomijając porządek chronologiczny. Jako zupełny laik sięgnąłem po literaturę lingwistyczną. W niej odnalazłem coś, co zwie się teorią relatywizmu językowego, stwierdzającą ni mniej, ni więcej, iż myślimy tak, jak mówimy, a mówimy tak, jak myślimy. To na pozór idiotyczne twierdzenie nabiera sensu przy założeniu, że języki różnią się między sobą tylko słownictwem, ale przede wszystkim sposobem odwzorowania rzeczywistości. Wedle relatywistów myślimy tak, a nie inaczej nie dlatego, że nasze mózgi są zbudowane tak, a nie inaczej, czy nawet dlatego, że rzeczywistość jest taka, a nie inna. Język (mówiąc dokładniej każdy z języków lokalnych) jest niczym tysiącletni malarz, którego w dzieciństwie wpuszczamy do naszego wnętrza, by żył twórczo pomiędzy rzeczywistością, a naszym wewnętrznym jej obrazem. Różne języki (ściślej: języki różnych grup językowych) są niczym malarze, którzy zależnie od osobistych właściwości, przedstawiają świat na różne sposoby: impresjonistycznie, kubistycznie, konceptualnie... Nasze naiwne mniemanie, że spostrzegamy rzeczywistość realistycznie jest wywołane brakiem porównania, bowiem korzystamy z usług tylko jednego malarza. Jeśli nasz język ojczysty kształtuje sposób w jaki myślimy, możliwa jest sytuacja przeciwna. Wyobraźmy sobie człowieka, który na skutek osobistego odkrycia, objawienia, heureki zaczął inaczej niż większość ludzi spostrzegać rzeczywistość oraz zaczął inaczej o niej myśleć. Zgodnie z teorią relatywizmu człowiek ten mógłby zacząć inaczej o rzeczywistości mówić! Zdarzenie takie jest prawdopodobne tylko w przypadku człowieka żyjącego z dala od innych, kto języka używał przede wszystkim do myślenia, a w drugiej mierze do komunikowania się; i kto używał języka tylko i wyłącznie potocznego, tak by nie mógł swego odkrycia wyrazić teoretycznie. (Twierdzenie to jest oczywiście dopisywaniem teorii do faktów, ale doprawdy nie potrafię tej teorii nijak sprawdzić.) Z książek lingwistycznych zdecydowanie najmocniejsze wrażenie wywarła na mnie lektura zbioru tekstów B. L. Whorfa "Język, myśl i rzeczywistość". Oto fragment tej ciekawej lektury:
Czytając go, oczarowany wizjonerstwem tego lingwisty-amatora, utwierdziłem się w przekonaniu, że nasz wewnętrzny obraz świata jest w dużej mierze kreowany przez reguły językowe. Nie ulega wątpliwości, że podstawową klasyfikacją elementów rzeczywistości w językach indoeuropejskich jest podział na podmioty i przedmioty. Słupami granicznymi tego podziału są między innymi zaimki. Ja, ty, on, my wszyscy po prostu uważamy się za podmioty. To, co moje, twoje, jego, a szczególnie to, co bezpańskie, bezimienne jest już tylko przedmiotem. Zatem z tego punktu widzenia Dersu poprzez tę dziecięcą sztuczkę z zaimkami dokonał przewrotu iście kopernikowskiego! Mianowicie przesunął ten podstawowy podział rzeczywistości tak, by nie przebiegał pomiędzy różnymi bytami, lecz by dzielił wszystkie byty na wewnętrzny podmiot - ja i zewnętrzny przedmiot - osobę. "Żeby poprawić świat, najpierw trzeba poprawić język" - ponoć powiedział Konfucjusz. To tak a propos chińszczyzny, bo z innej książki lingwistycznej, Mirosławy Marody "Technologie intelektu" dowiedziałem się jak bardzo języki europejskie różnią się od języka chińskiego. W swej książce pani Mirosława rozważając wpływ pisma na logikę języka (tzw. koncepcję Jacka Goody'ego) ilustruje na czym polega ta różnica. Ja ograniczę się tylko do stwierdzenia, że specyfiką języka chińskiego jest to, i podkreśla on związki między rzeczami przeciwstawnymi sobie. Nie przypadkiem swoistym symbolem Chin jest monada przedstawiająca jin i jang. W wyniku tego, wyłącznie za sprawą różnic kulturowo-językowych to, co nam może wydawać się wykluczające się wzajemnie, wedle chińczyków się uzupełnia. Przykładami niech będą dwie pary: wykluczające się nauka i duchowość Zachodu oraz uzupełniające się konfucjanizm i tao. W trakcie takich rozmyślań szalenie chińska wydała mi się ta "moja" Uzały. Nasze zwykłe "ja" (jak się rzekło jedynie podmiotowe) robi wrażenie gołego, jednostkowego, samotnego, chciałoby się powiedzieć "egoistycznego". Natomiast "moja", implikując istnienie jakiegoś "ja", tworzy parę wzajemnie się uzupełniającą. "Moja" w tej parze jest jang, stroną zewnętrzną, czynną, bo przedmiotową, a bezgłośne "ja" - jin, wewnętrzną i bierną, bo podmiotową. Ale to już są rozważania wkraczające na drugą, nienaukową ścieżkę moich poszukiwań potwierdzenia sensu "omnia mea mecum porto" w wersji Dersu Uzały. |
|
|
Z konieczności, ale i z wyboru moje poszukiwania sądów korespondujących z przesłaniem Dersu ograniczyłem do pewnej części duchowości, głównie buddyzmu. Co więcej nie interesowała mnie treść dalekowschodnich systemów religijno-filozoficznych, lecz tylko relacje tamtejszych mistrzów duchowych. Wielokrotnie w literaturze spotkałem się z opiniami głoszonymi przez nich, iż należy się "wyzbyć swego ja" lub też "utożsamić się z prawdziwym ja". W tym kontekście są to myśli ciekawe, ale niestety dość niefortunne. Czyż bowiem można nawiązać wieź tożsamości z tym, czym się jest? Czy można wyzbyć się tego, czym się jest i nadal istnieć? "Wyzbycie się siebie" oznacza tu zapewne wyzbycie się tego, co zwykle uważamy za "ja"., a co owym "ja" nie jest. By nie plątać się w tym podobnych grach słownych, całą historię rozwoju osobowości ludzkiej, tak jak ją widzę, skrótowo tu nakreślę. Podstawą każdego istnienia jest coś, co hindusi zwą "atmanem", buddyści zen "niewzruszonym centrum istnienia", a co najprościej będzie określić mianem "ja". Rozwój każdego z nas polega na tym, że wokół tegoż pierwotnego "ja" pojawiają się inne części osobowości, takie jak ciało, umysł, różne rodzaje pamięci... Zaś w pewnym momencie naszego życia, po to byśmy mogli funkcjonować w społeczeństwie nawiązała się więź między "ja", a resztą osobowości. Określam ją mianem tożsamości. Cechuje ją bezpośredniość. Każdy człowiek w jakimś wieku zaczyna utożsamiać się z całą swoją osobą, ze swymi uczuciami, odczuciami, myślami, wspomnieniami itp. Naturalnie wraz z dalszym rozwojem poczucie "ja" rozszerza się. Jednak ten początkowo pozytywny proces w pewnej chwili staje się szkodliwy. W zachowaniu człowieka pojawia się coraz więcej egoistycznych pragnień i obaw, co powoduje wewnętrzny zamęt i cierpienie. Tu na scenę wkraczają duchowi przewodnicy. Głoszą oni, iż należy zerwać tę szkodliwą wieź i w ten sposób uwolnić się od negatywnych zapędów umysłu, który w międzyczasie podszył się pod "ja". Sprawa niestety nie jest łatwa, gdyż przychodzi im odwoływać się do intelektu w intencji walki z dominacją intelektu. Zresztą nawet jeśli mistrzom duchowym uda się któregoś z nas przekonać o konieczności takowej kuracji, to zerwanie owej więzi wydaje się być zadaniem szalenie trudnym. Najwspanialszym tego procesu opisem jest książka niemieckiego filozofa Eugena Herrigela "Zen w sztuce łucznictwa". Z kolei samo zerwanie więzi tożsamości (zwane najczęściej "przebudzeniem", "oświeceniem", a terminologii zen "satori") nie może być uznane za cel sam w sobie, gdyż konieczność życia w społeczeństwie szybko zmusiłaby człowieka przebudzonego do odnowienia tej więzi. Dlatego na miejscu zerwanej więzi musi się pojawić wieź nowa, już nie bezpośrednia i logiczna; wieź, którą określiłem sobie nie bez powodu jako więź dzierżawienia. Człowiek przemieniony przez ten proces nie jest już rozdymanym do granic "ja"; niestałym, bo opartym na wciąż zmieniającym się ego; nie mogącym poznać siebie, bo nie mającym do siebie dystansu. Człowiek taki znajduje trwałe oparcie dla swej osoby w "niewzruszonym centrum" i tylko w nim. Będąc nim, z niego doświadcza reszty swej osoby. (...) |
|
|
|
|