Дерсу Узала / Dersu Uzala / デルス・ウザーラ / Dersu Uzała



Tekst przygotowany
do warszawskiej mini-konferencji.
Był uzupelniony zdjęcami historycznymi.



ARSENJEW


Specjalnie na nasze potrzeby tę historię o kapitanie i jego sputniku – jak mawiają Rosjanie – możemy rozpocząć tu, w Warszawie. Będzie pewnie jakąś niespodzianką fakt, że od stycznia 1896 roku do 1900 roku młody oficer Władimir Arsenjew stacjonował w pułku w Polsce – wpierw w Łomży, a później w Warszawie. Inaczej wyglądała wtedy mapa świata i inne to były realia. Dla przykładu kolej transsyberyjska rozciągała się nie jak dziś od Moskwy, ale od Warszawy właśnie do Władywostoku. Żeby opowiedzieć o tym, jak to się stało, że ta dobrze rozpoczynająca się kariera wojskowa Arsenjewa w Europie skończyła się i znalazł się on na „drugim końcu świata” cofnijmy się do jego dzieciństwa.

Jego ojciec, Klaudiusz Arsenjew pracował jako kasjer Mikołajewskiej Drogi Żelaznej na przedmieściach Petersburga. Zaszczepił on w dziecku ciekawość dalekiego świata, pasję odkrywcy... Młody Władimir zaczytywał się w książkach podróżniczych i przygodowych. Studiował atlasy, a w końcu prace naukowe. Rodzice posłali go do szkoły wojskowej, gdzie nauczyciel geografii żywo zainteresował go Syberią. Wiadomo, że stacjonując już na terenach polskich Arsenjew czytał prace polskich badaczy Dalekiego Wschodu – Sieroszewskiego ”Dwanaście lat w kraju Jakutów” oraz rozprawy ludoznawcze Ludwika Krzywickiego. Początkowo Arsenjew chciał się poświęcić karierze wojskowej, ale jego pasja mu na to nie pozwoliła. To właśnie tu, nad Wisłą dojrzała w nim szaleńcza decyzja by na własną prośbę otrzymać przeniesienie do pułku na drugim końcu mocarstwa. Wywołał tą prośbą powszechne zdumienie. Normalnie takie przeniesienie było ogromną karą. W wiele lat później napisze: „Kiedy spełniło się moje marzenie i wyruszyłem na Daleki Wschód, serce zamierało mi w piersi z radości. Pośród moich towarzyszy podróży znaleźli się ludzie, którzy bywali na wybrzeżu Oceanu Spokojnego. Nieustannie zamęczałem ich pytaniami o tajgę ussuryjską i jej czworonożnych mieszkańców”.

Arsenjew trafia do Władywostoku, zwanego wówczas „Perłą Wschodu” było to bowiem miasto jedyne w swoim rodzaju. Stąd, a następnie z Chabarowska wyrusza w coraz to nowe wyprawy badawcze w głąb ussuryjskiej tajgi. Na jednej z tych wypraw spotyka sławnego Golda. Dersu wywiera na nim tak wielkie wrażenie, iż uwiecznia go w swoich książkach. Uściślę, że pierwotnie (w 1906 roku) Arsenjew chciał wydać swoje dzienniki, lecz potem zmienił koncepcję. Było to w roku 1910 – w czasie gdy zaczyna się akcja filmu, po powrocie z wyprawy 1908-1910. Właśnie wtedy Arsenjew podjął decyzję o napisaniu dwóch książek o Dersu: pierwszej naukowo-literackiej, a drugiej już czysto naukowej, którą miał napisać przy współpracy z licznymi naukowcami. Praca w zamierzeniu miała trwać dwa lata, a trwała lat sześć. Książki wydano na początku lat dwudziestych, a później przetłumaczono na wiele języków.

Kończąc już o Arsenjewie dodam, że stał się on bohaterem narodowym Kraju Przymorskiego. Jego imieniem nazwano miasto, rzekę i wiele innych... [Pokazanie miejsc] Już za swojego życia zyskał uznanie w świecie naukowym i literackim – jego książkami zachwycał się Maksym Gorki czego dowodzi ich serdeczna korespondencja. Zyskał też serca tubylczej ludności, która niejednokrotnie zwracała się do niego o pomoc. Jego ostatnie lata były trudnym okresem - miał wiele problemów. Na kilka miesięcy przed śmiercią w pewnym liście napisał: „moje życzenie, zakończyć opracowanie moich naukowych prac i odejść, odejść do Dersu”.

DERSU – POSTAĆ HISTORYCZNA

Książki oraz film sprawiają wrażenie, że przedstawiają prawdę historyczną. Jednak rosyjscy badacze życia Arsenjewa twierdzą, że są różnice pomiędzy tym, co Arsenjew zapisał w książkach, a dziennikami jego wypraw. I tu wielkie zaskoczenie: do spotkania z Dersu nie doszło w 1902 roku tak, jak to zobaczymy w filmie, ale cztery lat później, 3 sierpnia 1906 roku. Ci dwaj znali się więc o wiele krócej – półtora roku, a nie na przestrzeni sześciu lat.

Co więcej podobno Dersu wcale nie był samotny, a miał brata. Arsenjew zrobił im wspólne zdjęcie. Ostatnią różnicą jest to, że w dziennikach imię i nazwisko Dersu są podobno inaczej zapisane. W rezultacie zdarzają się tacy śmiałkowie, którzy chcąc obalić legendę kapitana i jego druha twierdzą, iż żaden Dersu nigdy nie istniał. Wedle nich Arsenjew opisał swe doświadczenia z różnymi przewodnikami i tylko jakiś tam Dercu Odżawał był zaledwie protoplastą dla tej postaci literackiej. Trzeba przyznać, że to daleko posunięte wnioski. Trasy i przygody jakie były ich udziałem pomiędzy 1906 a początkiem 1908 roku są prawdopodobnie prawdziwe – nikt tego nie neguje. Jak też choroba Dersu, 50 dni pobytu w domu Arsenjewa w Chabarowsku i tragiczna śmierć. Mnie niestety nie do wszystkich ciekawych źródeł udało się dotrzeć, takich jak książka napisana o Dersu przez  syna Arsenjewa, który znał go z okresu pobytu w ich domu i z bezpośrednich opowieści ojca. 

Teraz trochę o osobowości Dersu Uzały. Ktoś na filmowym  forum dyskusyjnym napisał oryginalną myśl. Taką:
„Ten Dersu Uzala był taki dobry i prosty, że aż nieprawdziwy. W innych filmach Kurosawy jakoś mi nie przeszkadzały krystalicznie dobre postacie, ale w tym przypadku było to aż żenujące.”
Czy cywilizacja tak bardzo nas zmieniła i zepsuła, że zapomnieliśmy już o istnieniu naturalnej dobroci? Dersu to jakby człowiek z raju, a my już nie wierzymy w raj. Arsenjew w pewnym liście użył specjalnego określenia dla dobroci Dersu: „pierwotny komunizm”.

Nie jest łatwo zrozumieć fenomen Dersu, składają się nań bowiem co najmniej dwa czynniki. Po pierwsze: wywodził się on z niezwykłego dla nas ludu, był Nanajem (w filmie usłyszymy, że był Goldem - to stara rosyjska nazwa). Po drugie: był osobą wyjątkową, leśnym filozofem. Zacznijmy od tej pierwszej strony, od wyjątkowości ludów Syberii.

Ludy te poznał dobrze polski inżynier, poszukiwacz złota Kazimierz Grochowski. Co więcej wśród swych licznych podróży przebywał on też w Regionie Ussuryjskim w tym samym 1907 roku – niemal mijał się na ścieżkach z Arsenjewem i Dersu. Grochowski zresztą korespondował z Arsenjewem.

Przytoczę fragment z dziennika Grochowskiego na podstawie książki jego biografa Edwarda Kajdańskiego „Fort Grochowski”, rozdział pt. „Śladami Dersu Uzały”.
„O syberyjskich tubylcach Tunguzach, Jakutach i innych pisał Grochowski, iż dzięki wrodzonemu łagodnemu charakterowi, uszlachetniającemu wpływowi przyrody, wśród której żyją przez cały rok, dzięki oddaleniu od zepsucia, które szerzy pseudo-europejska kultura, należą oni do najuczciwszych i najporządniejszych ludzi, jacy gdziekolwiek istnieją. Wiele plemion nie rozumie zupełnie, co to znaczy kradzież, a w języku niektórych szczepów nie ma np. w ogóle słowa kłamca, gdyż występki takie są dla nich niezrozumiałe.”

DERSU – FILOZOF

Teraz przyjrzyjmy się wyjątkowości myśli tego leśnego mędrca. Będzie to część bardziej osobista, a zatem mniej obiektywna. Cóż, każdy z nas odnajduje w Dersu swoją mądrość – praktyczną czy filozoficzną, ekologiczną a może artystyczną... Nawiasem mówiąc trochę na wyrost jestem uważany za znawcę faktów z życia Arsenjewa i Uzały. Nie bardzo mnie one zajmują, i nawet nie znam dostatecznie języka rosyjskiego, by się tym na poważnie zajmować. To, co od początku mnie zachwyciło w tej postaci i co do dziś jest moim oczkiem w głowie to jego filozofia. Dodam, że dalekowschodnie systemy myślowe już wcześniej mnie pasjonowały i pewnie widzę Dersu przez ich pryzmat. Z drugiej strony zawsze szukałem autorytetu uniwersalnego i ponadczasowego, i właśnie taki autorytet jak w nikim innym, odnalazłem w Dersu.

Wyjątkowość myśli Dersu bierze się m.in. stąd, że był on jedynym w swoim rodzaju obserwatorem przyrody, wybitnym tropicielem. Latami samotnie wędrując przez tajgę nabył on niezwykłej wiedzy o świecie, ponieważ jego nauczycielem była sama natura.

Podstawą filozofii Dersu jest powiedzenie „wsie ljudi” - „wszystko ludzie”. Dersu zrównuje wszystko: ludzi, zwierzęta, zjawiska przyrody... O wszystkim twierdzi, że jest tak samo zbudowane czyli że wszystko ma dwie strony: zewnętrzną i wewnętrzną – odmienną i identyczną. Dersu mówi, że „koszula” jest inna, ale w środku wszystko jest takie samo – myślące i odczuwające. Uczłowiecza więc wszystko twierdząc, że chmury potrafią myśleć, że rzeka może się złościć, że las się poci... Arsenjew był zachwycony tym animizmem, choć nie pojmował go. Dersu wciąż na nowo zaskakiwał go uczłowieczając nowe rzeczy.

Nam też trudno zrozumieć taki sposób myślenia tak, jak Dersu nie mógł pojąć naszego, cywilizowanego sposobu myślenia. Zdawał się być niewinnym dzieckiem albo przygłupem. Dersu nie rozumiał egoizmu, interesowności, chciwości, podstępu... Znał za to doskonale sposób myślenia zwierząt i zjawisk przyrody. Bynajmniej tu nie żartuję. Dla nas, europejczyków to może być szokujące, że ktoś doskonale znał sposób myślenia zjawisk przyrody. By przybliżyć wam ten dalekowschodni sposób myślenia natury sięgnę do kultury bliskiej Kurosawie – do japońskiego buddyzmu zen.

Podstawą zen jest właśnie uważność i medytacja. Dodam, że Dersu prawdopodobnie praktykował klasyczną formę medytacji – Arsenjew sugeruje to w książce. Najogólniej rzecz ujmując zen uważa się za naturalny umysł – prosty, pierwotny sposób myślenia na co dzień. Zilustruję to cytatem z jednej z moich ulubionych książek „Zen w sztuce łucznictwa” niemieckiego filozofa Eugena Herrigella. We wprowadzeniu do tej książeczki najwybitniejszy autorytet tematu Daisetz Teitaro Suzuki pisze tak:
„Człowiek to trzcina myśląca, lecz swych największych czynów dokonuje wtedy, gdy nie rachuje, nie myśli. Latami ćwicząc się w sztuce zapominania o sobie, należy odzyskać utraconą „dziecięcość”. Osiągnąwszy ten stan człowiek myśli, zarazem jednak nie myśląc. Myśli tak, jak ulewy spadające z nieba; myśli tak, jak fale, które ocean toczy; myśli tak, jak gwiazdy, rozjaśniające nocą niebiosa; myśli tak, jak zielone liście, strzelające z gałązek w kojącym, wiosennym powiewie. W istocie człowiek taki jest tymi ulewami, tym oceanem, tymi gwiazdami i liśćmi.”
Trudno oprzeć się wrażeniu, iż Suzuki pisze tu o Dersu. Zadziwiająca jest ta zgodność poglądów prostego myśliwego i wszechstronnie wykształconego mistrza tak wyjątkowej szkoły duchowej, jaką jest buddyzm zen. Dersu ciągle pozostaje niedoceniony jako duchowy nauczyciel.

Jednak dla mnie na tym nie kończy się wyjątkowość myśli Dersu, a przeciwnie – dopiero zaczyna. Te trzy prawdy głoszone przez Dersu o których wspomniałem wcześniej: o równości wszystkiego, o dualnej naturze wszystkiego i o tym, że wszystko myśli i czuje Dersu wprowadza w praktykę językową . To z pozoru nieistotne udziwnienie, że Dersu nie używał zaimków osobowych, a zamiast nich konsekwentnie mówił „moja, twoja, jego...” Mój kolega wiecznie spiera się ze mną, że Dersu źle nauczył się rosyjskiego. Zapewne wielu ludzi tak sądzi, nawet tych zafascynowanych przez Golda, których nie brakuje w całym świecie. Jednak trudno źle posługiwać się zaimkami, jeśli są one jednymi z najczęściej używanych słów. Słyszałem też, iż Kazachowie kiedyś też tak mówili. Przyznaję szczerze, nie jestem znawcą ludów Syberii. Po prostu taki sposób mówienia dobrze pasuje do poglądów Dersu.

To właśnie tymi niepozornymi „moja, twoja” Dersu dokonał we mnie rewolucji myślowej. Pokazał mi to, że dotychczasowy podział świata na człowieka i resztę, na podmioty i przedmioty nie jest jedyny. Podział, którego w moim poczuciu krańcowym wyrazem jest nienaturalność kartezjańskiego wniosku „myślę więc jestem”. Tak jak Kopernik zmienił kiedyś wyobrażenie rzeczywistości kosmicznej wstrzymując słońce, a poruszając ziemię, tak Dersu zmienił rzeczywistość językową. Sprawił, iż świat przestał się kręcić dosłownie wokół ludzkiego „ja”, wokół ego. W swej mowie sprytnie przesunął podział podmiot-przedmiot tak, by przebiegał on zgodnie ze jego filozofią wewnątrz każdego bytu, pomiędzy  „ja” i „moja”, rzec można w uproszczeniu pomiędzy duszą i ciałem. Ten prosty człowiek w praktykę językową wprowadził psychologiczną i duchową głębię mojego istnienia. Przecież już zamin spotkałem Dersu wiedziałem, że nie jestem jakimś płaskim „ja”. Wiedziałem, że mam wewnętrzną, skomplikowaną głębię, której dotychczasowy język nijak nie oddawał.

Podobny światopogląd znalazłem u różnych myślicieli, szczególnie u hinduskiego Nisargadatty Maharaja i brytyjskiego Douglasa Hardinga, jednak przewrót dokonany przez Dersu jest wedle mnie absolutnie wyjątkowy. Tylko on tak zjednoczył się z naturą, że stał się jej wiernym wyrazicielem, jej głosem. Zupełnie jakby nie człowiek prezentował swoją filozofię, ale przemawiały do nas wzgórza Sichote-Aliń, dopływy Ussuri czy tygrys Amba.

FILM KUROSAWY

Na koniec o filmie. Jego realizacja trwała 9 miesięcy. Większą część filmu nakręcono na terenach pamiętających wędrówki Arsenjewa i Dersu. Część zdjęć dokręcono w studiu w Moskwie. W tym czasie nakręcono wiele scen, które nie weszły do ostatecznej wersji filmu – ponad 800 metrów filmowej taśmy. Reżyser komentował to później: „Szkoda, tam były dobre kawałki”. W Kraju Przymorskim ekipa mieszkała w miasteczku Arsenjew. Przyjazd filmowców był wydarzeniem bez precedensu. Jurij Sołomin – odtwórca roli kapitana Arsenjewa – we wspomnieniach napisał, że pierwszy dzień zdjęciowy był niczym pierwszomajowa demonstracja. Całe miasto zebrało się wokół hotelu „Taieżnaja” gdzie mieszkała ekipa filmowa – Japończycy i Mosfilmowcy. Ekipie z trudem udało się przejść do autobusu. Największą „atrakcją” wcale nie byli Japończycy z Kurosawą na cele, ale właśnie Sołomin – ówczesny radziecki gwiazdor, bożyszcze kobiet.

Natomiast Kurosawa był „Bogiem” dla radzieckich producentów filmu. Świadczy o tym niezwykłe polecenie, które dyrektor filmu Aradżanow dostał od generalnego dyrektora „Mosfilmu” Sizowa. Powiedział on: „Jeśli Kurosawa powie, że jest mu potrzebne, by w tajdze wypłynęła łódź podwodna – ona powinna wypłynąć”. Z realizacją tego polecenia było już gorzej. Pamiętajmy, że były to lata zimnej wojny, a zdjęcia kręcono tuż obok baz wojskowych. Wszyscy byli pod ścisłą obserwacją KGB. Syn reżysera, Hisao Kurosawa zadziwiony trudnością okoliczności w jakich ojciec potrafił nakręcić ten film już w zupełnie innych czasach, bo w 25-lecie filmu zrealizował o tym film dokumentalny. Niestety nie udało mi się do niego jeszcze dotrzeć. Swoją wiedzę o filmie czerpię głównie z pamiątkowej foto książki wydanej przez muzeum militarii we Władywostoku i z broszury napisanej przez córkę filmowego Dersu, Swietłanę Munzuk i z korespondencji ze Swietłaną.

Realizacja nie była łatwa. Przede wszystkim były problemy pogodowe. Jesień tego roku, która w Kraju Przymorskim jest krótka, trwała zaledwie trzy dni. Grad strącił liście z drzew i niezrealizowane pejzaże trzeba było dokręcić w studiu. Są jednak nakręcone tak perfekcyjnie, że widz nie może odróżnić prawdziwej od sztucznej tajgi. Zdjęcia opóźniała też drobiazgowa perfekcyjność mistrza Kurosawy. I tak wymagał on by w plecaku Sołomina były dokładnie te rzeczy, które opisał w swoim dzienniku Arsenjew. Oczywiście my jako widzowie tego nie widzimy. Aktorowi trudno było grać z tak wielkim obciążeniem.

Inne ciekawostki. Kurosawa chciał do roli tygrysa zwierzę dzikie, ponieważ twierdził, że zwierze tresowane ma dobrze oczy. Zdjęcia na miejscu z dzikim tygrysem nie udały się i trzeba było dokręcić sceny z innym, tresowanym tygrysem w studiu w Moskwie. Z drugiej strony wspomnieć należy o niezwykłej atmosferze w ekipie filmowej. Plan zdjęciowy przygotowywali wszyscy -  niezależnie od tego, czy ktoś był robotnikiem, reżyserem, operatorem czy głównym aktorem. Gdy Kurosawa łapał za łopatę i kopał ziemię, na postronnych obserwatorach wywierało to olbrzymie wrażenie. W ciągu tych dziewięciu miesięcy realizacji ekipa i miejscowi bardzo zżyli się ze sobą. Sołomin i Munzuk, a później już pośmiertnie także Kurosawa zostali honorowymi mieszkańcami miasta Arsenjew.

Słowo o tym etapie życia i twórczości Kurosawy. Kurosawa załamany krachem finansowym swojej wytwórni po wcześniejszym filmie próbował popełnić samobójstwo i na wiele lat przestał pracować. Wtedy pojawiła się możliwość współpracy z Rosjanami. Można więc wysnuć wniosek, że film powstał tylko dlatego, że Kurosawa nie mógł realizować swych japońskich filmów  w Japonii. Czy ten film powstał tylko dlatego? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w wywiadzie z 1975 roku. Kurosawa mówi: „Na Hokkaido taki film obecnie nie mógłby się udać. Tam jest inna, niepodobna do ussuryjskiej tajgi, skala przyrody. Tam nie mógłby żyć taki człowiek jak Dersu Uzała. Ten obraz trzeba było nakręcić na rosyjskiej ziemi, ale wtedy, dwadzieścia lat temu, to nie było możliwe.” Okazuje się, że Kurosawa już trzydzieści lat wcześniej przeczytał książki Arsenjewa wtedy, gdy był jeszcze asystentem reżysera. Wtedy to zaczął myśleć o ekranizacji w Japonii, na Hokkaido.

Zapewne mało kto wie, że w międzyczasie, w roku 1961 grupa miłośników Dersu w Rosji zrealizowała pierwszą filmową adaptację. Ten film ma swój oryginalny klimat – jednak w przeciwieństwie do filmu Kurosawy bardzo się już zestarzał. Dopiero przez porównanie tych dwóch adaptacji widać w pełni jak wielką kreację w roli tytułowej stworzył Maksym Munzuk. Do tej roli pretendowali nanajski śpiewak Kola Bieldy i buriacki tancerz Cydien Badmajew. Reżyser myślał też o Michaile Ulianowie. W końcu wybór padł na nieznanego tuwińskiego artystę. Kurosawa widział Munzuka w roli myśliwego w filmie „Propaża swiaietieła” i to pewnie zaważyło na tym wyborze.

Munzuk nie był zbyt profesjonalnym aktorem. Często zapominał tekstu, a nawet źle wypowiadał rosyjskie słowa. To jednak nie miało dla niego znaczenia. Najważniejsze było dla niego, by wczuć się w Dersu, stać się nim. Realizował to nawet do tego stopnia, że w rozmowach poza planem mówił charakterystycznym językiem Dersu – krótkimi zdaniami z zaimkami dzierżawczymi.

Początkowo szło mu bardzo źle. Kluczowym dla niego momentem w realizacji filmu była scena w której porwany przez rzekę skacze na wystający z wody konar. Munzuk nie umiał pływać, dlatego Kurosawa szykował do tej sceny dublera, sportsmena. Aktor jednak chciał skoczyć sam. Reżyser długo się zastanawiał. Gdy doszło do zdjęć scenę tę kręcono z napięciem. Munzyk skoczył, a po tajdze rozniosło się gromkie „Ura-a-a!” Cała ekipa gratulowała Munzukowi, aż w końcu podszedł Kurosawa, który był pod tak wielkim wrażeniem odwagi aktora, że zdjął swoje ciemne okulary, by popatrzeć mu głęboko w oczy i objął go. Munzuk potem wspominał, że był to wyraz największego uznania u Kurosawy.

Do roli Arsenjewa także pretendowało wielu chętnych, a Kurosawa nie znał rosyjskich aktorów. O wyborze Sołomina zdecydował obejrzany przez Kurosawę film „Adiutant jego Cesarskiej mości”, w którym Sołomin grał główną rolę. Sołomin jako bardziej doświadczony aktor szybko uporawszy się z przygotowaniem do swojej roli często pomagał w przygotowaniach Munzukowi. Cała trójka – Sołomin, Munzuk, Kurosawa – zaprzyjaźniła się. Zrodziła się między nimi także więź wzajemnej fascynacji podobnie jak to było z historycznymi bohaterami. Munzuk nazywał Kurosawę „nauczyciel”, tak wielkie poważanie miał dla niego. Kurosawa nigdy nie zapominał o przesłaniu Munzukowi świątecznych życzeń.

Przed śmiercią zaczęli do Maksyma Munzuka przychodzić zmarli. Rozmawiał z nimi. U tuwińców człowiek, który przeżył długie życie, staje się szamanem i może rozmawiać z duchami umarłych. Przychodził do niego też Akira Kurosawa. W takich chwilach Munzuk prosił o tłumacza, nie rozumiał bowiem co on mówił.

Jak mówiłem wcześniej realizację zdjęć często uniemożliwiały problemy pogodowe. W takich chwilach wolnych od zdjęć Kurosawa odchodził tam gdzie był dobry widok na tajgę. Po prostu siadał i patrzał, nikt nie wiedział o czym myślał. Nikt mu wtedy nie przeszkadzał.

Pamiętajmy, że trzecim bohaterem filmu jest bezgraniczna tajga, jest przyroda. Na koniec przytoczę słowa Kurosawy z wywiadu prasowego o tym, co chciał osiągnąć przez realizację tego filmu:
„Ludzie zapomnieli – powiedział Kurosawa – o tym, że człowiek jest częścią przyrody, której wyniszczają zwierzęta. Zagrożenie otaczającego nas środowiska osiągnęło takie rozmiary, że stało się ono problemem na skalę planety. Flora i fauna ginie na naszych oczach. Staje się tak, że nie ma czym oddychać. O tym należy krzyczeć na wszystkich skrzyżowaniach. Co dotyczy mnie, to ja nie umiem mówić słowami – ja mówię filmami. Chciałem pokazać na ekranie człowieka znajdującego się w harmonii z przyrodą.”