Gdyby nie było to rzeczą obraźliwą, powiedziałbym że autor "Gołębia" to świr. Tak, to kompletny wariat. No bo jak można napisać książkę o tym, iż jakiegoś tam człowieka śmiertelnie przestraszył gołąb siedzący sobie w korytarzu budynku. Świr! Wariat! Obłąkaniec!

Lecz w tym szaleństwie jest metoda. Zresztą, jeśli malarstwo mogło mieć swych wariatów - impresjonistów, kubistów, fowistów - to czyż nie ma prawa mieć ich literatura? Może nawet należałoby takich pisarzy cenić za ich szaleństwo, podziwiać, zachwycać się ich dziwacznymi dziełami tak, jak to czynimy z płótnami Van Gogha, Picassa, Sutina...

"Gołąb" Patricka Süskinda to historia jednego dnia, a zarazem historia życia pewnego człowieka. Człowieka, którego najskrytsze pragnienie stało się jego zgubą, przyczyną życiowej tragedii. Suskind tak barwnie opisuje owego człowieka, że czytający wręcz namacalnie doświadcza jego żałosnego losu.

Hm? Żałosnego? Co do tego mam wątpliwości. Smutnego owszem, ale czy żałosnego? Czasem wydaje mi się, że żałosnym jest życie ludzi, którzy nie cierpią, którzy są "dobrze przystosowani", "normalni", "zdrowi"... Jakaż wspaniała rzecz ich omija - szaleństwo!

(...) fragment książki (...)