Słowa... słowa same w sobie nie posiadają wartości, niezależnie od tego jaką treść im przypisujemy. Zdobywają one wartość dopiero wtedy, gdy mają wpływ na rzeczywistość, gdy w świecie realnym coś za ich przyczyną ulega zmianie. Potencjalnie najsilniejszymi wydają się być dwa krótkie wyrazy: tak i nie. Przeważnie stoi za nimi dynamiczna intonacja głosu, wyraziste spojrzenie lub gest, no i oczywiście jakiś "żywy" problem czekający na rozstrzygnięcie. Im więcej słów tym mniejszą posiadają one siłę wpływu na materialną rzeczywistość.
Co więc, wobec powyższego można powiedzieć o książce, która bez umiaru, od początku do końca, zadrukowana jest - a jakżeby inaczej - słówkami? Co powiedzieć o pisarzu święcie przekonanym o pozytywnym wpływie treści takiego dzieła na egzystencję czytelników? Pierwsze to, wywołane gorączkowym pragnieniem złudzenie, omam, fatamorgana... to drugie z kolei, to głupiec, który temu urojeniu uwierzył. Pewnie domyślasz się - drogi Czytelniku - czemu zazwyczaj popadam w milczenie. Ta świadomość beznadziejności mówienia czy pisania o czymś istotnym, co swą treścią wykracza poza chwilę obecną skazuje mnie na nie. Lecz dziś nie mam zamiaru uciekać przed słowami w głąb siebie. Będę z nimi walczył ich bronią i, by uchronić się od czyhającego na mnie pesymizmu, użyję pewnego podstępu. Nie ja będę pisarzem. Tym naiwnym głupcem będzie ktoś przeze mnie wymyślony - mój bohater.
Wyobraźmy sobie... To tu na ekranie imaginacji, powstaje ten iluzoryczny obraz rzeczywistości, który tworzy błędne, nazbyt wygórowane mniemanie o sile słów. Ich siła tymczasem niemal zawsze ogranicza się do stwarzania złudzeń. Sam nie wiem czy tak jest gorzej, czy może jednak lepiej.
Zobaczmy więc oczami wyobraźni typowego literata, zamkniętego w sobie i w swojej pracy - dla takiego pismaka jedno i drugie oznacza to samo, cóż to za durnie! Siedzi pochylony nad kartką i swym starym, wysłużonym piórem wypisuje na niej długie rzędy słówek, potem skreśla niektóre, pojedyncze wyrazy, przestawia je, dodaje inne - tak jak robią to pisarze. Powiedziałbyś, że "bawi się jak dziecko", ale dziecko nie ma nadzieji na..., nie wierzy że..., dziecko bawi się dla tymczasowej przyjemności - bezinteresownie i spontanicznie - po prostu: bawi się.
Mój bohater właśnie kończy pisać jakieś opowiadanie. Jestem szalenie ciekaw co on tam nagryzmolił. Myślę, że nie obrazi się na nas jeśli, zaglądając mu przez ramię, przeczytamy ten maleńki fragment jego "wielkiej literatury". Spójrzmy...
|
Pewnego razu chłopcu zwanemu Pin wpadł do głowy pomysł, by zrobić siatkę na motyle i złapać kilka z nich dla siebie. Bardzo ucieszyła go ta myśl, więc natychmiast podzielił się nią ze swoim przyjacielem. Fan uznał ten pomysł za niemądry, co sprawiło, że chłopcy po raz pierwszy się poróżnili. Od tego dnia unikali się nawzajem, gdyż żaden z nich nie chciał przyznać racji drugiemu. Pin, tak jak to sobie wymyślił, zrobił siatkę i z dnia na dzień powiększał swoją kolekcję. Nie cieszyły go teraz motyle, które latały po łące. Radowały go tylko te, które sam złapał. Fan również nie potrafił cieszyć się widokiem latających motyli, tak jak dawniej. Często siadywał nad jeziorem i godzinami wpatrywał się w jego niewzruszoną taflę. Siedząc tam bez ruchu, niemal bez życia, myślał o przyjacielu, który w tym czasie beztrosko łapał motyle.
Któregoś dnia jego zatopione w wodnej toni spojrzenie nagle rozjaśniło się. Zrozumiał, co powinien zrobić. Niebawem wybrał się z wizytą do przyjaciela. Pin, widząc go u progu swego domu, ucieszył się bardzo, zapominając o sporze, który ich rozdzielił. Był szczęśliwy, ponieważ znów byli razem, lecz także, gdyż nareszcie mógł pokazać przyjacielowi swą kolekcję.
- To jest motyl yuan ben de - mówił, nie posiadając się z radości Pin, wskazując palcem na jednego z przyszpilonych do maty różnobarwnych motyli - a ten to ge ren de - dumny ze swojej kolekcji kontynuował pokaz.
Fan nie podzielał jego gorączkowej radości. Znał swego przyjaciela tak dobrze, jak siebie samego, dlatego od razu zauważył, że radość Pina miała inną barwę. Jego oczy zmieniły swój łagodny wyraz na zimny i twardy, były teraz pochmurne, nieprzeniknione... On sam zaś zachowywał się inaczej niż dawniej. Lecz Pin zdawał się nic nie wiedzieć o zmianach, które w nim samym zaszły. Fan mimo tego, że przyjaciel tak przedtem mu bliski, wydawał się teraz kimś obcym, postępował według własnego pomysłu.
- Widzę twój palec i widzę wpięte w matę szpilki, ale nie widzę tu żadnego motyla - odrzekł spokojnie.
- To jest motyl! - Odpowiedział rozbawiony Pin - I to jest motyl, i to też ... Jak to możliwe, że ich nie widzisz?
- A więc to są motyle? - Spytał Fan - Jeśli tak, to pokaż mi jak te motyle latają.
Słowa Fan Yana zdumiały Pina. Zakłopotany odparł, że jego prośba nie ma sensu, gdyż te motyle nie mogą latać, i że... Lecz Fan nie wysłuchał do końca odpowiedzi przyjaciela. W milczeniu wyszedł z jego domu. Pina w chwili, gdy patrzył na odchodzącego chłopca, ogarnęło przeszywające chłodem uczucie wewnętrznej pustki i zagubienia.
Znów nastały dni rozłąki dwojga przyjaciół. Lecz teraz Pin nie zajmował się motylami, gdyż nie cieszyły go już żadne z nich - ani te wolne, ani te złapane. Zastanawiał się nad dziwnymi słowami przyjaciela. Czynił to nieustannie. Dniem i nocą, czuwając i śniąc, tkwił zanurzony w swych rozmyślaniach, tak jakby od zrozumienia treści tych słów zależało jego życie. Ich przyjaźń bowiem dla każdego z nich była cenniejsza od własnego życia.
W końcu, pewnego dnia Pin zrozumiał to, co chciał przekazać mu Fan, a miał przy tym uczucie, jakby zbudził się ze snu. Delikatnie odpiął od maty złapane przez siebie motyle, po czym roznieciwszy nieopodal swego domu niewielkie ognisko, ułożył je na ramionach płomieni. Nie zwlekając, poszedł nad jezioro. Fan czekał na niego, lecz o nic nie pytał, gdy Pin przyszedł. Chłopcy spojrzeli w swoje przejrzyste i błyszczące niczym niebo pełne gwiazd oczy, roześmiali się i tak jak dawniej, bez słowa, pobiegli na łąkę, by podziwiać motyle.
|
||
No i co z tego?! - spytasz zniecierpliwiony Czytelniku. Otóż to, że znaczenie treści słów czy myśli jest znacznie przeceniane, szczególnie przez reprezentantów różnych religii i filozofii. Zdecydowanie ważniejszy od treści myśli jest sposób myślenia. Można powiedzieć, że wręcz "tworzy" lub "posiada" on samego myślącego, ponieważ potrafi sugerować mu treść myśli i ma wpływ na zachowanie się i odczucia człowieka. Proces ten jest dla niego zazwyczaj zupełnie nieświadomy. Tak więc myślący - a jest nim każdy z nas - waha się między jedną i drugą odmianą myślenia a wobec tego często bezwolnie i przypadkowo zmienia się, nieuświadamiając sobie tego pomimo, że na zewnątrz zmienia się jego zachowanie, a wewnątrz - odczucia. W rzeczywistości proces tych przemian nie jest tak wyraźny i dynamiczny jak w opowiadaniu o dzieciach, ponieważ im człowiek jest psychicznie i intelektualnie starszy, tym trudniej i wolniej mu się poddaje.
W naszej cywilizacji byt społeczności oparty jest na nigdzie nie zapisanej umowie mówiącej o tym, że każdy odpowiada za swoje myśli i czyny, co sugeruje każdemu mniemanie, że posiada on pełną kontrolę nad sobą i że w pełni zna i rozumie samego siebie, gdy tylko przestaje być dzieckiem. Społeczeństwo, a ściślej mówiąc ta jego część u której z powodzeniem zakorzenił się drugi, racjonalny typ myślenia, dla własnego spokoju i bezpieczeństwa narzuca w ten sposób na każdego z nas pewien ciężar odpowiedzialności za samego siebie. Ludzi, którzy nie potrafią podporządkować się tej niepisanej umowie, którzy z jakiś przyczyn nie mogą podołać temu ciężarowi uważa się za niepoczytalnych lub chorych psychicznie i "leczy" lub izoluje. Jednak zdecydowana większość ludzi bierze odpowiedzialność za siebie, koncentrując swą uwagę na stosunkach międzyludzkich, żyjąc i myśląc według powszechnie ugruntowanych schematów. To, że umowa ta jest ogólnie przyjęta bynajmniej nie zmienia faktu, że jest ona fikcją; fikcją stworzoną przez tą dominującą grupę społeczeństwa, dla tzw. dobra ogółu, wbrew rzeczywistości i wbrew jednostce. Zdroworozsądkowa społeczność we własnym interesie sugeruje każdej jednostce niezgodne z prawdą wyobrażenie jej samej, co zmusza ją do ograniczenia swej wewnętrznej egzystencji do niezbędnego minimum. Za to nieprawdziwe spostrzeganie samego siebie odpowiedzialna jest także natura języka jakim członkowie społeczności si osługują.
Jakkolwiekby tłumaczyć jej przyczyny istniejąca sytuacja szkodzi wszystkim tym, którzy posiadają bogatą wewnętrzną egzystencję (a wobec tego m.in. wszystkim dzieciom), ponieważ skazuje ich na zubożenie osobowości lub negatywną samoocenę i walkę z samym sobą. W opowieści Pin tylko dzięki przyjaźni z Faniem, który był chłopcem bardziej doświadczonym od niego, ocalił swą prostomyślność. Gdyby nie ta niezwykle silna więź zapewne pozostałby przy intelektualnym myśleniu w które nieświadomie popadł. Możemy przypuszczać, że z czasem upodobniłby się do swych rodziców i reszty zdroworozsądkowej społeczności. Nasza cywilizacja preferuje - tą umową a także na ogół bezuczuciowym wychowaniem, przeintelektualizowaną edukacją, panującym systemem społecznym, systemami religijnymi itp. - ten właśnie zdroworozsądkowy model życia. Alternatywny model egzystencji, opierający się na zmysłowym myśleniu, preferuje głównie wychowanie w autentycznej rodzinnej miłości i sztuka.
Pisarz zwraca uwagę na stosunek do chłopców ich otoczenia polegający na braku zrozumienia i lekceważeniu. Osobiste angażowanie się w obronie tej dziecięcej naiwności sprawia wrażenie dysonansu. Tą nieświadomie nadaną opowiadaniu kafkowską wymowę... Zaraz, zaraz... ale to jest moja opinia! Skąd mogę wiedzieć jakie były intencje twórcy baśni? Być może z pełnym rozmysłem zrezygnował z obiektywizmu i opowiedział się po stronie prostomyślności ? Niestety w ten sposób nasz prozaik mógł zasugerować błędne mniemanie, jakoby jeden sposób myślenia był tym właściwym, a drugi - złym. Trzeba więc koniecznie podkreślić, że rodzimy się absolutnie prostomyślni i w dzieciństwie ten rodzaj myślenia przeważa. Z wiekiem dopiero nabywamy umiejętności intelektualnego myślenia. W rezultacie normalnie egzystujący, dorosły człowiek powinien, w zależności od potrzeb chwili, z równą łatwością posługiwać się racjonalną, jak i irracjonalną odmianą myślenia.
Mam nadzieję, że mój Czytelnik - a może urocza Czytelniczka?! - już choć troszkę uświadamia sobie, że bynajmniej nie jest zawsze tą samą, niezmienną istotą, którą lekceważąco, każdego dnia nazywa: "ja". Każdy jest raczej zjawiskiem - niestałym i nieskończenie złożonym - którego nie można obiektywnie zbadać i określić. Cywilizacja nasza (dzięki wynalazkowi słowa - wyobrażenia rzeczy realnie istniejącej - a następnie poprzez stworzenie różnych form wiedzy, tzw. nauk) daje nam dość prawdziwy, zobiektywizowany obraz zewnętrznej egzystencji wszelkich istnień. Jednak rzeczą równie istotną co zewnętrzna rzeczywistość jest świat wewnętrzny, którego jeden z przejawów - nasz własny - mamy okazję subiektywnie poznać. Niestety ta pierwsza, obiektywna wiedza skutecznie sugeruje nam to, że istnieje tylko jedna, zewnętrzna strona rzeczywistości, której każdy jest mniej lub bardziej znaczącą cząstką. Tymczasem naprawdę każdy z nas znajduje się w centrum wszechświata, a dokładniej mówiąc na krawędzi świata zewnętrznego i wewnętrznego. Ta druga strona - wnętrze każdego z nas - jest przestrzenią w której nasza świadomość, nawykła do szybkiego i jednoznacznego myślenia, nie najlepiej sobie radzi. Na początku podróży po krainie wrażeń i uczuć, instynktów i intuicji jesteśmy nieporadni jak niemowlęta a słowa, które normalnie przychodzą nam z taką łatwością, są tutaj uporczywą przeszkodą. Prawdy o nas samych musimy szukać na drodze mglistych spostrzeżeń, wieloznacznych wniosków, skojarzeń z zacierającymi się już wspomnieniami często tymi bolesnymi, których wspomninać wcale nie pragniemy. Podczas tych poszukiwań na niewiele zda się znajomość świętych i filozoficznych ksiąg Zachodu i Wschodu. To podróż po bezdrożach zupełnie innego świata, w którym nasza wolna wola raptem kurczy się do skupienia uwagi i milczenia.
Ciekawe jak Ty mnie widzisz? Kim ja dla Ciebie jestem? Pisarzem? To tylko symbol - etykieta przyklejana indywidualnej istocie. Proszę, nie próbuj mnie przyszpilić do swojej maty! Jeśli myślisz, że jestem tym, który zapisuje teraz te słowa jesteś bliżej prawdy, lecz ciągle tkwisz w błędzie. Nie jestem kimś. Jestem raczej czymś... czymś co, w tej akurat chwili, tylko skryło się za tym kto - według Ciebie - jest mną, a z którego usług gościnnie korzystam. Obawiam się, że nie bardzo potrafisz nas rozróżnić i nie dziwi mnie to. Nie da się ukryć, że on i ja jesteśmy sobie bliscy; rzec można: rodzina, bracia. Może nawet wydawać Ci się, że jesteśmy jednością, bo teraz zgodnie, po przyjacielsku, współpracujemy ze sobą, ale nie zawsze tak było i pewnie nie zawsze tak będzie...
Och, zapomniałem o tym.że Ty wciąż myślisz logicznie! Przez te psychologiczno - językowe fantazje na temat własnej tożsamości, gotów jesteś uznać mnie za wariata, a wtedy cała praca nad niniejszym tekstem poszłaby na marne. Jestem zmuszony dokonać wyboru: pisać racjonalnie z wiarą w siłę słów i okazać się głupcem o którym wspomniałem na wstępie albo pisać dla własnej przyjemności i być wolnym od złudzeń.
Kultura Zachodnia przeciwstawia religijną wiarę - naukowej wiedzy. W rzeczywistości jedno i drugie stoi po tej samej stronie - stronie wiedzy egzystencjalnej. Gdzie zaś miejsce na wiedzę esencjonalną?! Nadmiar cudzej, ogólnej wiedzy - brak wiedzy własnej - skłania jednostkę do przeintelektualizowania życia, skupienia uwagi na jego zewnętrznej stronie i oparciu swej egzystencji na przecenianych umiejętnościach ego. Objawem tej cywilizacyjnej choroby jest zewętrzny i wewnętrzny chaos wywołujący niepewność, niepokój lub życie w utopijnym świecie symboli bądź, tak często spotykaną, miernotę uczuciową i intelektualną. By nabyć własną wiedzę trzeba zdobyć się na własne myślenie, które wymaga o wiele więcej czasu i zaangażowania niż myślenie potoczne. Tryb życia jaki oferuje nam społeczeństwo nie daje na to żadnych szans. Leczenie tego cywilizacyjnego schorzenia polega więc między innymi na stworzeniu sobie przestrzeni dla własnego, twórczego myślenia; zerwaniu krępujących, psychicznych więzów ze społeczeństwem; uwolnieniu się od podmiotowego wyobrażenia własnego "ja"; pokonaniu negatywnych wpływów ego; odzyskaniu pierwotnego, dziecięcego, intymnego sposobu doświadczenia, a przede wszysktkim na szukaniu, szukaniu samego siebie, szukaniu za cenę nieuniknionych, bo koniecznych błędów, porażek, zwątpień, cierpień... Droga tych poszukiwań musi być spontaniczną, osobistą improwizacją, ponieważ w innym wypadku stanie się jedynie powielaniem jakiegoś schematu, odgrywaniem kolejnej, narzuconej z zewnątrz roli. Skuteczną kuracją jaką mogę polecić będącą uzupełniającym przeciwieństwem do tej indywidualnej drogi, jest praktyka jakiejś formy medytacji (np. wspomnianego uprzednio buddyzmu zen), lecz tylko pod opieką mistrza posiadającego subtelność autorytatywnych wpływów na uczniów a la Fań.
Pisząc dla Ciebie bez wątpienia wyszedłem na durnia mającego nadzieję na... Zresztą rzeczywiście mam nadzieję na to, że kiedyś dorośli będą wystarczająco czuli i mądrzy, by być dla swych dzieci tym, kim dla Pina był Fań. Chyba jestem owym rozgorączkowanym głupcem - pisarzem. Co proszę? Że niby mówiłem, iż nie jestem pisarzem? To tylko słowa, Przyjacielu. To jak mnie nazywasz i jak mnie widzisz - to dwie różne sprawy. Pamiętaj: są motyle i motyle. Bądź co bądź trzeba by zatrzeć to negatywne wrażenie co do mojej osoby. Wiem! Skończę ten esej pisząc dla własnej przyjemności - jako ja nie-ja - mimo tego, że przez ten eksperyment językowy pewnie wyjdę na obłąkanego poetę. Hm?! Nigdy nie twierdziłem, że łatwo jest znaleźć złoty środek. Trzeba go stale szukać - znajdując i gubiąc. Może właśnie na tym polega cała zabawa? Bawmy się...
Co do nas to mógłbym Cię pozdrowić wtedy, gdy on i Ty stalibyście ze sobą twarzą w twarz. Nię ja wybrałem swoją twarz, to raczej ona mnie wybrała, a przecież wszystko co mogę innym ofiarować zawdzięczam właśnie jej. Tym jedynym prezentem, na którego rozrzutnie rozdawanie mnie stać, jest uśmiech.