|
POLOWANIE
NA DZIKI
Po herbacie strzelcy zabrali się do juczenia koni. Dersu zaczął się
także przygotowywać do drogi. Zarzucił na plecy tobołek, do ręki wziął
drewniane koziołki i berdankę. Po upływie kilku minut oddział nasz
ruszył w drogę. Dersu poszedł z nami.Wąwóz, przez który szliśmy, był długi i kręty. Z jego licznych rozgałęzień z szumem wypływała woda. Szczelina stawała się coraz szersza i przechodziła stopniowo w dolinę. Stare nacięcia na drzewach wskazywały nam ścieżkę. Gold szedł na przedzie i cały czas uważnie patrzał pod nogi. Czasem pochylał się ku ziemi i rękami rozgarniał listowie, — Co się stało? — zapytałem go. Dersu powiedział, że ścieżka ta nie jest dla konnych, lecz dla pieszych; wiedzie ona po sobolich potrzaskach i kilka dni temu szedł nią jakiś człowiek — prawdopodobnie Chińczyk. Byliśmy zdumieni słowami Golda. Zauważywszy nasze niedowierzanie zawołał: — Jak wasza nie rozumieć?! Popatrz sam! Skierował moją uwagę na szczegóły, które rozproszyły od razu wszystkie wątpliwości. Było to takie jasne i proste. Dziwiłem się, że sam tego wcześniej nie zauważyłem. Po pierwsze, na ścieżce nigdzie nie było śladów końskich, po drugie, nie była oczyszczona z gałęzi; konie nasze przedzierały się z trudem i wciąż zaczepiały jukami o drzewa. Następnie skręty stały się tak ostre, że koniom trudno było iść i musiały obchodzić ścieżkę. Przez strumyki ślady wiodły po kłodach i ścieżka nigdzie nie schodziła do wody; drogę zagradzały zwalone pnie, których nikt nie próbował usunąć. Ludziom nie zawadzały, a konie należało oprowadzać dokoła. Wszystko więc wskazywało na to, że ścieżka nie była przeznaczona dla podróżnych z jukami. — Dawno jeden ludzi chodzi — mówił Dersu, jakby do siebie. — Ludzie skończyć chodzić. — I zaczął obliczać, kiedy spadł ostatni deszcz. Ścieżką tą szliśmy około dwóch godzin. Las iglasty stopniowo przechodził w mieszany. Coraz częściej trafiały się topole, klony, osiny, brzozy i lipy. Chciałem już zrobić drugi postój, ale Dersu poradził mi, byśmy poszli jeszcze trochę. — Nasza prędko szałas znaleźć — powiedział i wskazał na obdarte z kory drzewa. Zrozumiałem go od razu. A więc gdzieś w pobliżu musiało znajdować się to, do czego potrzebna była kora. Przyśpieszyliśmy kroku i po upływie dziesięciu minut ujrzeliśmy na brzegu strumyka niewielki, o jednospadowym dachu szałas, zbudowany przez myśliwych czy też poszukiwaczy żeń-szenia. Obejrzawszy go dokoła nasz nowy znajomy potwierdził, że kilka dni temu przeszedł ścieżką Chińczyk i on właśnie nocował w tym szałasie. Świadczył o tym ubity deszczem popiół, pojedyncze posłanie z trawy i porzucone stare nakolenniki z daby. Zrozumiałem wówczas, że Dersu nie jest pospolitym człowiekiem. Miałem przed sobą wytrawnego tropiciela i mimo woli przyszli mi na myśl bohaterowie Coopera i Mayne Reada. Trzeba było nakarmić konie. Postanowiłem skorzystać z wolnej chwili, położyłem się w cieniu cedru i zasnąłem natychmiast. Olentjew obudził mnie po upływie pół godziny. Wówczas zobaczyłem, że Dersu narąbał drew, zebrał korę brzozową i wszystko to złożył do szałasu. Sądząc, że chce spalić szałas, starałem się odwieść go od tego zamiaru. Zamiast odpowiedzi Dersu poprosił tylko o szczyptę soli i garść ryżu. Zaciekawiony, po co jest mu to potrzebne, kazałem mu dać wszystko, czego chciał. Gold starannie zawinął zapałki w korę brzozową, osobno pozawijał w korę ryż i sól i zaczął gotować się do drogi. — Pewnie zamierzasz tu wrócić? — spytałem Golda. Pokręcił przecząco głową. Wówczas spytałem go, dla kogo zostawił ryż, sól i zapałki. — Jakiś inny ludzie chodzi — odpowiedział Dersu. — Szałas znajdzie, suche drwa znajdzie, zapałki znajdzie, nie przepaść. Pamiętam, że zrobiło to na mnie silne wrażenie. Zamyśliłem się. Gold troszczył się o nie znanego mu człowieka, którego nigdy nie zobaczy i który nigdy nie dowie się, kto przygotował mu drwa i pożywienie. Przypomniałem sobie, że moi ludzie odchodząc palili zawsze korę na ogniu. Robili to po prostu dla zabawy, nie przez jakąś złośliwość, a ja nigdy nie powstrzymywałem ich od tego. Ten dzikus objawiał większą miłość do ludzi niż ja. Troska o podróżnego... Dlaczego u ludzi, którzy mieszkają w miastach, te dobre uczucia, ta troska o cudze sprawy została tak przytłumiona? A przecież uczucia te dawniej niewątpliwie istniały. — Konie gotowe, trzeba by ruszać — powiedział podchodząc do mnie Olentjew. Ocknąłem się. Tak, trzeba ruszać... — Ruszaj! — wydałem rozkaz strzelcom i poszedłem naprzód ścieżką. Pod wieczór doszliśmy do miejsca, gdzie zlewają się dwie rzeczki i gdzie właśnie bierze początek Lefu. Zaraz po kolacji położyłem się spać i natychmiast usnąłem. Nazajutrz, gdy się obudziłem, wszyscy byli już na nogach. Wydałem polecenie osiodłania koni; podczas gdy strzelcy juczyli konie, zdążyłem przygotować planszę do pomiarów geograficznych i poszedłem razem z Goldem naprzód. Od miejsca naszego noclegu dolina zaczęła skręcać nieco na zachód. Lewe jej zbocza były strome, prawe — łagodne. Ścieżka z każdym kilometrem stawała się szersza i wygodniejsza. W jednym miejscu leżało zrąbane toporem drzewo. Dersu podszedł, obejrzał je i powiedział: — Wiosna zrąbali; dwaj ludzie pracowali, jeden ludzie wysoki, jego topór tępy, drugi maleńki, jego topór ostry. Dla tego zdumiewającego człowieka nie było żadnych tajemnic; niby jasnowidz wiedział o wszystkim, co się tutaj działo. Postanowiłem być bardziej uważnym, by posiąść podobną wiedzę. Wkrótce spostrzegłem jeszcze jeden zrąbany pień. Dokoła leżało mnóstwo przepojonych żywicą rozrzuconych drzazg. Zrozumiałem, że ktoś przygotowywał sobie rozpałkę. Ale co dalej? Dalej już niczego nie mogłem się domyślić. — Fanza blisko — powiedział Gold, jakby w odpowiedzi na moje rozmyślania. W istocie, wkrótce zaczęły się znów pojawiać obdarte z kory drzewa (wiedziałem już, co to znaczy), a w odległości jakichś dwustu metrów od nich, na samym brzegu rzeki, na małej polance stała fanza myśliwska. Niewielki budyneczek oblepiony gliną i pokryty korą. Był pusty. Świadczyło o tym wejście podparte z zewnątrz drągiem. Koło fanzy znajdował się maleńki ogródek, cały poryty przez dziki, a z lewej strony niewielka drewniana kapliczka, zwrócona jak zawsze frontem na południe. Wewnętrzne urządzenie fanzy było prymitywne. Żelazny kocioł wmurowany w niziutki piec, od którego szły kanały odprowadzające dym i ogrzewające jednocześnie kany, parę żłobionych koryt, drewniany czerpak do wody, duży żelazny nóż kuchenny, łyżka metalowa, miotełka do szorowania kotła, dwie zakurzone butelki, jakieś szmatki, jedna czy dwie ławeczki, oliwna lampka i skrawki zwierzęcych skór rozrzucone po podłodze — oto całe urządzenie fanzy. W górę biegu Lefu szły stąd trzy ścieżki. Jedna z nich to ta, po której szliśmy, druga, konna, wiodła na wschód i była najbardziej uczęszczana. Tą drugą ścieżką poszliśmy dalej. Strzelcy zarzucili koniom lejce na szyje, pozostawiając im samym wybór drogi. Mądre zwierzęta szły dobrze i w miarę możności starały się nie zaczepiać drzew jukami. W miejscach błotnistych i na piargach konie nie skakały, lecz stąpały ostrożnie próbując nogą grunt przed zrobieniem każdego kroku. Tak właśnie zachowują się miejscowe koniki, przyzwyczajone do przedzierania się z obciążeniem przez tajgę. Począwszy od fanzy myśliwskiej rzeka Lefu zaczęła nieznacznie wyginać się ku północo-wschodowi. Przeszedłszy jeszcze 6 km, podeszliśmy do położonych na prawym brzegu rzeki fanz rolniczych; znajdują się one u podnóża wysokiej góry, którą Chińczycy nazywają Tudinza. Niespodziewane pojawienie się oddziału wojskowego zaniepokoiło Chińczyków. Poprosiłem Dersu, by ich uspokoił i polecił nie przerywać pracy. Miałem ochotę przypatrzeć się życiu Chińczyków w tajdze i ich zajęciom. Porozpinane suszące się skóry zwierząt, sterty rogów marali, panty zawieszone do podsuszenia, woreczki z niedźwiedzią żółcią, jelenie wyporki, skóry rysie, kunie, sobole i wiewiórcze oraz wszelki sprzęt łowiecki — wszystko to wskazywało, że miejscowi Chińczycy zajmowali się przede wszystkim łowiectwem, w mniejszym zaś stopniu rolnictwem. Dokoła fanz znajdowały się nieduże działki ziemi uprawnej. Chińczycy siali pszenicę, czumizę i kukurydzę. Skarżyli się na dziki i opowiadali, że niedawno całymi stadami zeszły z gór w doliny i niszczyły pola. Dlatego trzeba było zbierać niedojrzałe jeszcze warzywa; teraz jednak, gdy żołędzie osypują się na ziemię, dziki powędrowały w dąbrowy. Słońce było jeszcze wysoko, postanowiłem więc wejść na szczyt Tudinzy, aby obejrzeć stamtąd okolicę. Dersu poszedł ze mną. Zabraliśmy ze sobą tylko strzelby. Góra Tudinza jest to masyw, który opada stromo w dolinę rzeki Lefu, a od strony północnej poprzecinany jest głębokimi wąwozami. Pożółkłe liście opadły już z drzew. Las wskutek tego rzedniał i tylko dęby stały jeszcze w swym ulistnieniu, już jednak wyblakłym i na pół uschniętym. Góra była stroma. Dwa razy siadaliśmy, by odpocząć, potem znowu wspinaliśmy się do góry. Ziemia dokoła była poryta przez dziki. Dersu zatrzymywał się często ł badał ślady. Wyczytywał z nich wiek zwierząt, ich płeć; dostrzegł ślady kulawego dzika, znalazł miejsce walki dwóch samców. Jeden gonił tutaj drugiego, wyobraziłem to sobie na podstawie jego słów. Wydawało mi się dziwne, że dawniej tych śladów wcale nie spostrzegałem, a jeśli je nawet widziałem, to nie umiałem wyczytać z nich nic więcej poza kierunkiem, w którym szły zwierzęta. Po upływie godziny dotarliśmy do szczytu góry pokrytej piargami. Siedliśmy na kamieniach i zaczęliśmy się rozglądać. — Popatrz, kapitan — powiedział Dersu wskazując na przeciwległe zbocze wąwozu. — Co to takiego? Spojrzałem we wskazanym kierunku i zobaczyłem jakąś ciemną plamę. Pomyślałem, że jest to cień rzucony przez obłok, i podzieliłem się z Dersu swym przypuszczeniem. Ten zaśmiał się i wskazał na niebo. Spojrzałem w górę. Niebo było, zupełnie czyste: na jego bezgranicznym błękicie nie było ani jednego obłoczka. Po upływie kilku minut plama zmieniła swój kształt i przesunęła się nieco w bok. — Co to takiego? — z kolei ja zapytałem Golda. — Tobie nie rozumiej — odpowiedział. — Trzeba chodzi zobaczyć. Zaczęliśmy schodzić, w dół. Wkrótce zauważyłem, że plama posuwa się także w naszym kierunku. Po jakichś dziesięciu minutach Gold zatrzymał się, usiadł na kamieniu i dał mi znak, bym zrobił to samo. — Nasza tutaj trzeba czekaj — powiedział. — Trzeba cicho siedź, nic-nic łamać nie trzeba, mówi także nie trzeba. Czekaliśmy. Wkrótce znowu zobaczyłem plamę. Urosła już do dużych rozmiarów. Mogłem już teraz rozróżnić, z czego się składa. Były to jakieś żywe istoty przesuwające się wciąż z miejsca na miejsce. — Dziki! — zawołałem. Były to istotnie dziki, gromada przewyższająca setkę. Niektóre zwierzęta odchodziły w bok od stada, ale zawracały natychmiast. Wkrótce już można było rozróżnić poszczególne zwierzęta. — Jeden ludzie bardzo duży — odezwał się cicho Dersu. Nie rozumiałem, o jakim „człowieku” mówi, i spojrzałem na niego ze zdumieniem. Pośrodku stada, niby wielki pagórek, wznosił się grzbiet olbrzymiego odyńca. Rozmiarami przewyższał pozostałe zwierzęta i ważył zapewne około 250 kilo. Stado zbliżało się bardzo szybko. Słychać już było wyraźnie szelest suchych liści deptanych przez setki nóg, trzask gałęzi, wydawane przez samce ostre odgłosy, chrząkanie świń i kwik prosiąt. — Wielki ludzie blisko chodzi nie ma — powiedział Dersu, a ja go znowu nie zrozumiałem. Największy odyniec był w samym środku stada, wiele zwierząt rozpierzchło się w różnych kierunkach, a niektóre oddaliły się bardzo od stada; wskutek tego, chociaż niektóre dziki podeszły tuż do nas, wielki odyniec wciąż jeszcze znajdował się poza zasięgiem strzału. Siedzieliśmy bez ruchu. Nagle jeden ze znajdujących się najbliżej dzików podniósł do góry ryj. Przeżuwał coś. Pamiętam jak dziś ten wielki łeb, nastawione uszy, dzikie oczy, ruchomy ryj z dwoma nosowymi otworami i białe kły. Zwierzę zamarło w bezruchu, przestało jeść i wpatrzyło się w nas złymi, pytającymi ślepiami. Wreszcie zrozumiało niebezpieczeństwo i wydało ostry kwik. Całe stado natychmiast rzuciło się w bok z parskaniem i hałasem. W tej samej chwili huknął strzał. Jedno ze zwierząt runęło na ziemię. W rękach Dersu dymiła strzelba. Jeszcze w ciągu kilku chwil rozlegał się po lesie trzask łamanych gałęzi, a potem wszystko ucichło. Dzik zastrzelony przez Golda był dwulatkiem. Zapytałem starego, dlaczego nie zastrzelił wielkiego odyńca. — Jego stary ludzie — powiedział o dziku z kłami. — Jego. źle jedz, mięso mało-mało pachnie. Uderzyło mnie to, że Dersu nazywa dziki- „ludźmi”. Zapytałem go o to. — Jego to samo, co ludzie — potwierdził. — Tylko koszula inny. Oszukaj — rozumie, gniewaj — rozumie, wszystko rozumie. To samo, co ludzie. Zrozumiałem już wszystko. Ten pierwotny człowiek miał animistyczny pogląd na przyrodę i wskutek tego personifikował wszystko, co go otaczało. Na górze pozostaliśmy dość długo. Dzień niepostrzeżenie się kończył. Krańce obłoków skupionych na zachodzie jaśniały jak roztopiony metal. Promienie słońca przebijając je układały się wachlarzem na niebie. Dersu naprędce wypatroszył zabitego dzika, zarzucił go sobie na ramię i poszliśmy do obozu. Po upływie godziny byliśmy już przy biwaku. W chińskich fanzach było ciasno i pełno dymu, postanowiłem więc ułożyć się pod gołym niebem, razem z Dersu. — Moja myśleć — powiedział Gold patrząc w niebo — nocą ciepło będzie, jutro wieczorem deszcz... Długo nie mogłem zasnąć. Przez całą noc majaczył mi się pysk odyńca z rozdętymi nozdrzami. Nie widziałem nic więcej oprócz tych nozdrzy. Najpierw wydawały mi się małymi punktami, potem zwiększały się nagle. Był to już nie łeb dzika, lecz góra, a nozdrza stawały się pieczarami, w pieczarach tych zaś znowu widziałem dziki z dużymi nozdrzami. Dziwnie zbudowany jest mózg ludzki. Z wrażeń całego dnia, z mnóstwa na j różnorodniejszych zjawisk i tysiąca przedmiotów, które na każdym kroku wpadają w oczy, pamięta się coś, co wcale nie jest ważne, co jest raczej przypadkowe, drugorzędne, a pamięta się to silniej niż wszystko inne. Niektóre okolice, gdzie nie miałem żadnych przygód, pamiętam znacznie lepiej niż te, gdzie coś mi się przytrafiło. Zapamiętałem, nie wiadomo dlaczego, jedno drzewo, które niczym nie różniło się od innych, mrowisko, pożółkły liść, pewien gatunek mchu itd. Myślę, że przedmioty te mógłbym narysować z najdrobniejszymi szczegółami. |