|
W końcu jego kapitał zagrabionego czasu osiąga stan krytyczny: cztery lata. Rozbieżność pomiędzy czasem ogólnie panującym, a czasem jego życia staje się zbyt duża. Dochodzi do katastrofy, w wyniku której zostaje on przeniesiony poza świat. Tu lata, które zaoszczędził kradnąc sekundy musi wykorzystać naraz. Cały ten czas bez najmniejszej przerwy. Staje się więc więźniem czasu. Nie znajduje z tego więzienia żadnej drogi ucieczki. Ani chwili nie może poświęcić na zajęcia, które kiedyś tak szczelnie wypełniały mu życie. |
|
|
|
Sekunda po sekundzie, minuta po minucie spłaca swój dług. Odmierza go promieniem słońca skonstruowany przez niego samego - w jego celi - zegar. Cztery lata aż do ostatniego dnia. Wreszcie ostatnie ziarnko piasku w klepsydrze przesypało się. Zostaje zwrócony światu. Ale tu stała się rzecz dziwna, wprost niesamowita. Nie może już powrócić do momentu, w którym został wyrwany ze świata. Świat wcale nie stał, nie czekał na niego. W świecie też upłynęły cztery lata, a życie potoczyło się swoim nurtem bez jego udziału. Powraca więc do innego, zmienionego świata. Świata, dla którego on przez te cztery lata był martwy. Świata, w którym nie ma już dla niego - takim, jakim był kiedyś - miejsca, bo miejsce to zajął już ktoś inny. Człowiek ów staje przed dramatycznym wyborem dalszej drogi życia. Może udawać, że nic się nie stało. Na przekór wszystkiemu żyć tak, jak przedtem. Musiałby co prawda oszukiwać innych i siebie, ale mógłby tak żyć. Mógłby gdyby tylko jego duch, który kiedyś pchał go do kradzieży czasu nie został złamany. Jaką ma więc drugą ewentualność? Kontynuować swoją karę. Teraz już dobrowolnie, świadomie żyć poza światem. Ale po co? Jaki w tym sens? On sam tego nie wie. Nie pojmuje sensu, zaledwie go przeczuwa, ale właśnie ku udaniu się tą drogą się skłania.
"Poza światem" to tylko pozornie nowa wersja "Robinsona Kruzoe". Co prawda można ten film obejrzeć jako obraz zmagań współczesnego człowieka z dziką naturą. Człowieka pozbawionego wszystkich tych tak oczywistych a niemal niezbędnych narzędzi jak zapałki czy telefon. Jednakże - według mnie - tak obejrzany ten film będzie tylko stratą czasu. Oczywiście jest to kino jak najbardziej współczesne. Wspaniałe, barwne widowisko. Najbardziej niesamowita jest scena katastrofy - przez nią odradzam ten film ludziom o słabych nerwach. Pod tym względem obraz ten nie ustępuje innym. Wzruszająca jest scena rozstania z Wilsonem, jedynym przyjacielem, z którym dzielił samotność bohater. Wzruszająca, a przecież jednocześnie szokująca zważywszy kim lub raczej czym był ów odpowiednik Piętaszka. Na wielkie brawa zasłużył Tom Hanks - po prostu brak mi słów. Dla mnie jednak "Poza Światem" było czymś więcej niż kinem przygodowym. Ten film był pytaniem, które twórcy filmu postawili przede mną. Wskazali mi zegar. Skierowali mój wzrok na tykający zegar mego życia. I zapytali mnie: Co chcesz zrobić z tym czasem? Jak chcesz wykorzystać ten czas? Decyzja, którą podejmiesz lub której nie podejmiesz teraz zaważy na reszcie twojego życia. Czas upływa. |
27 marca 2001 21:14:20 |
||
Ten Years After* |
||
25 sierpnia 2011 15:22 |
||
Wczoraj oglądałem fragmenty Cast Away w telewizji. Od napisania powyższego tekstu minęło dziesięć lat. W rzeczywistym świecie. W moim życiu. Jak wykorzystałem ten czas? Dałem życie trójce przepięknych, inteligentnych i dość wrażliwych dzieci. Bardzo dużo czasu poświęciłem na ich wychowanie. Jednocześnie przez ostatnie sześć lat zarabiałem robiąc to, co lubię. Stałem się światowym specjalistą w wiedzy na temat Dersu Uzały. Oczywiście dużo czasu przepuściłem między palcami. Jednak dzieci już są dość odchowane. Wszystkie chodzą do przedszkola lub szkoły. Firma w której pracowałem zredukowała mój etat. Pora na nowy etap mojego życia. Czy dobrze wykorzystam ten czas? Zegar tyka... * Grupa Ten Years After - pamiętają ją starsi melomani - też programowo mierzyła się z czasem. Ten tytuł był wyzwaniem rzuconym zegarowi. Chcieli grać tak, by za dziesięć lat ich muzyka się nie zestarzała. Myślę, że i dziś tej muzyki, a szczególnie fenomenalnego gitarzysty Alvina Lee, można posłuchać z wielką przyjemnością. A przecież grupa powstała w roku mojego urodzenia, 44 lata temu. |
||
Pięć lat później |
||
6 października 2016 roku. Czwartek. Godzina 23:03 |
||
|
Za trzy tygodnie są moje 49 urodziny. Tak się składa, że tego dnia jest msza o uzdrowienie duszy i ciała w moim kościele. A za rok będzie msza w mojej intencji - żona już zamówiła. Czy wraz z wiekiem stałem się bardziej religijny? Ja, który kiedyś w młodości byłem wrogiem Kościoła, a potem byłem zafascynowany praktykami Dalekiego Wschodu? Owszem, uczęszczam na spotkania tzw. Grupy Czwartkowej w mojej parafii, dziś właśnie byłem, ale nie nazwałbym tego religijnością. Nie tym co zwykle pod tym pojęciem rozumiemy. To żywa religijność, charyzmatyczna, mistyczna, uwielbieniowa. Po załamaniu nerwowym, które przeżyłem dwa lata temu zapragnąłem coś zmienić w moim życiu. Pojechałem na Rekolekcje Uzdrowienia Wewnętrznego. Zaczęły dziać się niesamowite rzeczy. Potem kolejne rekolekcje. Wrecznie nadszedł dzień mojej Pięćdziesiątnicy. To było 27 listopada 2014 roku. Mój chrzest w Duchu Świętym. Dostałem niezwykły dar. To było duchowe poczęcie mojego nowego życia. Urodziłem się, tak jak należy, dziewięć miesięcy później, w nocy z 26 na 27 sierpnia 2015 roku, nad morzem, w Jarosławcu. Tego wieczoru była uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Zdałem sobie sprawę z tego, że Ona jest moją matką. Och, długo by opowiadać wszystko to, co się działo... Z jednej więc strony te ostatnie pięć lat przyniosny dosłownie cudowny efekt. Z drugiej - wciąż nie pracuję. Ciągle usprawiedliwiałem się opieką nad dziećmi. Potem chciałem pomnożyć majątek na giełdzie. W końcu miałem ten mistyczny odlot. Jednak pora najwyższa na zmiany. "Nowość jest tak stara jak świat" - usłyszałem dzisiaj ["Les enfants du paradis"]. Usłyszałem też, dziś wieczorem na uwielbieniu, że przeciwieństwem miłości jest lęk. Nie bać się zmian - to moje zadanie. Na koniec nie mogę nie napisać o najsilniejszym odczuciu czasu jakie mi się zdarzyło ostatnio przeżyć. Było to w trakcie pisania analizy "The Phone Booth". Coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, że "Rok 1984" jest dziełem lustrzanym do "Telefonu". Wybrałem się w tygodniu na mszę i w kościele mnie nagle oświeciło: 16 lat do tyłu od 2000 i 16 lat do przodu. Stało się dla mnie jasne jak Bóg bawi się czasem. |